21.06.2019

Powitajmy nową suczkę w sforze!

Powitajmy nową suczkę w sforze!
Moira to trzyletni mieszaniec. Postanowiła pozostać tymczasowo stajenną.
Podczas wizyty u Wyroczni poznała swój żywioł - umysł.
Teraz zostanie oprowadzona po terenach sfory przez Przewodnika.

9.06.2019

Od Yasmin cd. Elijaha

Suczka skrzywiła się, czując jak rośliny boleśnie zaczynają oplatać jej łapy. Zacieśniająca się z każdą sekundą pułapka, została przełamana w jednym miejscu, a konkretnie na lewej, przedniej łapie. Od razu zaczęła ciągnąc kolejne, choć bez skutku, na samym początku. Gdyby nie to, że wieczór i nadchodząca noc dawała jej sił, nigdy nie zdecydowałaby się na podobne zagranie. Ale nie znała też mocy psa, to fakt. Atakuje, gdy tylko i wyłącznie jest pewna wygranej. Czy choć i to zagranie było racjonalne? Nie miała bladego pojęcia, jak gorzkie rozczarownie mogło się tak szybko zmienić w taką furię. Kłapnęła zębami na drugi powróz, tym samym wyjmując z kołczanu strzałę, której ostrzem zaczęła piłować kolejną roślinę. Mimowolnie widziała cofającego się o krok samca, chcącego przywołać kolejne rośliny. A może by tak do niego wystrzelić kilka strzał? Czuła delikatny ciężar łuku na jej grzbiecie. Lekko się ugięła pod ciężarem roślin ciągnących ją ku ziemi, mimo że były jedynie na dwóch tylnych łapach.
- Co myślałeś, debilu? - samica warkneła głucho w stronę medyka - Że to, że nie mam żadnej konkretnej mocy, oznacza, że przygwoździsz mnie do ziemi tymi swoimi roślinkami? I co? Zostawisz jak biednego szczeniaczka za karę?
Yasmin czuła się fatalnie, wiedząc że w porównaniu z innymi psami nie może liczyć na swoją moc. A może podświadomie i niechcący eskupal trafił w jej czuły punkt? Lady ma ogień, spaliłaby to zielsko w kilka sekund... Horus by się tym nie przejął a jedynie zerwał to łapą ze śmiechem i łzami rozbawienia w kącikach oczu. Nawet niektóre szczeniaki nie obawiałyby się żadnych takich przeciwności. Jedynie w czerni nocy jej poziom sprawności fizycznej wzrasta i daje większe pole do popisu. Po za tym, może liczyć jedynie na swoje umiejętności. W czasie tych kilku sekund miała ochotę rozpłakać się i pozostać tam, gdzie jest. Tak po prostu. Jej chwilowym marzeniem było to, aby wszystko wokół niej zamieniło się w głuchą pustkę i zostawiło ją w spokoju. Łapy zaczęły jej drżeć z emocji lub strachu przed samą sobą. Nigdy nie miała wyrzutów sumienia, że pozbawiła kogoś życia, choć wiele razy mogła ... nie zabijać. Po prostu mogła się oddalić, gdy ktoś doszczędnie dostał nauczkę. Jedynym psem, który zawsze powtarzał jej, że jest słaba, był Horus. Ale to on jest zarazem jedynym niepokonanym przez Yasmin psem i to on ją wszystkiego nauczył. Wręcz wychował, choć niecałkowicie. Znosił jej humory i stęki, gdy trzeba było - pomógł. A reszta... nie narzeka na Lady ani Oscara, są oni znajomymi. Słodka zemsta za wszystkie krzywdy niekiedy przynosi ukojenie... A ona nigdy nie popuszczała, choćby nie wiem co. Niekiedy jedna rzecz potrafiła zawładnąć jej ciałkiem i przejąć kontrolę także nad umysłem. Przez jej ciało przeszedł dreszcz niepewności i strachu, jej blednące spojrzenie nakierowała na szykującego się do ataku Elijaha.


Upewniwszy się, że okrywa ich blask jasnego księżyca, Yasmine wstała. Rzuciła się do przodu i wymijająco uciekła od magicznego ataku rzuconego przez Elijaha. Głęboko zaciągła powietrze przez pysk i z błyskiem rozbawienia w oczach uderzyła samca w bok. Nie było ono mocne, choć samica włożyła w nie więcej energi niż zazwyczaj. Ale nie musi być napiętnowany siłą. Bez trudu odskoczyła od niego, gdy chciał ją ugryźć w odwecie. Czuła ruch każdego mięśnia w jej ciele a zdenerwowanie przeciwnika popudzało jej krew żyłach. Cieszyła się jak młode szczenię, gdy uganiający się za nią pies starał się ją ugryźć czy powalić. Za każdym razem uciekała, czując jedynie odgłos kłapnięcia szczęk atakującego nad jej grzbietem. Gdy owa zabawa zaczęła ją nużyć, przeszła do własnego, wymyślnego ataku. Przecież zestrzelenie kogoś byłoby zbyt proste, prawda? Wgryzła się w kark a szarpiący się pod nią pies nie mógł sprawić nic, aby jej szczęki rozwarły się choć na chwilę. Bawiła ją ta bezsilność ofiary. Rzuciła się do okolic krtani i zawcięcie zaczęła szarpać i szarpać... Wgryzła się mocniej, czując mocniejszy napływ krwi. Poczuła charakterystyczną woń krwi, która przeżerała jej nozdrza. Jej smak drażnił jej jasnoróżnowe podniebienie, zabarwiając zęby i okolice pyska na ciemną czerwień. W jej oczach błyszczało zadowolenie i chęć dalszej zabawy. Strużki cieczy spływały jej z pyska na łapy, z łap na wilgotną ziemię.
~
- Horus! To niesprawiedliwe! - jęknęła, uginając grzbiet pod ciężarem cielska samca.
Karmelowy owczarek ułożył się w poprzek, leżac na niej i z zadowoloną miną wpatrywał się w jej reakcję.
- Ależ przecież cię ostrzegałem. Jeśli popełnisz błąd, będę na tobie leżeć przez... eeee... kilka minut.
- Śmierdzisz potem i jesteś mokry od... potu - powiedziała i przekręciła łebek - Złaź. Natychmiast.
Owczarek rozciągnął łapy i z uśmiechem zamerdał ogonem, na co samica cicho się roześmiała.
- A obiecujesz że będziesz bardziej uważać? Jak widzisz, jedynie moja dobra wola może cię uratować od wąchania mojego wspaniałego potu. Jestem większy i mam większe możliwości, tak, moja panno? A ty musisz zaakceptować swoje predyspozycje, bo inaczej ciężko z tobą będzie. Masz je odpowiednio wykorzystać. Gdy atakuję cię pies taki jak ja, zauważ, że jest on o wiele silniejszy i być może szybszy. Ale to ty masz atuty, które jemu brak. U ciebie ma górować zwinność i inteligencja, przezorność jak i spryt. Masz przeciwnika zagiąć. I nie licz na swoje moce.
W jednej chwili mina suczki zmieniła barwę na zimniejszą w odbiorze.
- Jak to? - po chwili chciała coś powiedzieć, lecz Horus jej przerwał.
- Takto. Masz żywioł nocy i tylko w jej otoczce czujesz się dobrze. Ale jest też dzień i nie możesz o nim zapomnieć.

Dzień później dowiedziała się, że gdy Horus wracał z nocnej zmiany do domu, został zaatakowny. Ledwo wybronił się zabijając kilku napastników, ale i tak mocno oberwał. Gdy przyszła go odwiedzić w podmiejskiej lecznicy, majaczył ciągle o czmyś w gorączce. Na jego pysku malowała się bezsilność i żałosny strach. Gdy później zapytała go o przyczynę tego zachowania, z wewnętrzynym wahaniem odpowiedział, że nie chciał nikogo zabijać. To był instynkt, który nim zawładnął. Te psy miały rodzinę, były zwykłymi włóczęgami chcącymi zarobić i go okraść. Nic mu właściwie nie zrobili oprócz kilku siniaków.


Pozbawiła się powietrza na mocne kilka sekund, powodując gwałtowny atak kaszlu. W ślepiach górowało przerażenie i obrzydzenie własną osobą. Nie chciała zabijać. I tak by nie skrzywdziła za mocno Elijaha bo na pewno pomogłyby mu te roślinki. Ale gdyby się postarała... Poszarpany płaszcz oddzielał ją od zewnętrznego świata tworząc coś w rodzaju niezniszczalnej bariery. Pies ruszył w jej stronę z nieznanym jej wyrazem pyska.
- Zostaw mnie! - warknęła bez pewności, w czym efekcie przypominało to bardziej cichy pisk.
W kącikach oczu pojawiły się kropelki łez, które znikły gdzieś w oddali przy nagłym skoku. Wyswobodziła się z uwięzi oplatających ją pnączy i uciekła w mrok leśnej głuszy. Nie odwróciła się, mimo że słyszała jakieś krzyki czy nawoływania.
- Daj mi święty spokój! - krzyknęła jej głos roszedł się po lesie.
Zawierały kolejny słowny pocisk? A może obelgę? Nie chciała już nikogo znać i poznawać. Chciała do jedynego psa, który ją znał. Chciała do Horusa, który by pewnie rzucił coś mądrego a późnie po prostu ją pocieszył. Nauczył. Pomysłała o medyku i jej idiotycznemu zachowaniu. Gdyby tam została, mogłaby go zaatakować. Mogłaby zranić. Mogłaby zrobić coś złego. I poźniej by żałowała. Pierwszy raz obudziły się w niej tak skrajne emocje skierowane na temat zabijania. Nigdy wcześniej nie miała z tym problemu a teraz... teraz cierpiała. Biegła z otwartym pyskiem a noc prowadziła ją w nieznanym kierunku. Gałęzie smagały jej futro, niebieski płaszcz darł się w kolejnych miejscach a jej umysł przygniatały wyrazy pysków psów zabitych. Biegła, aby zgubić swoje lęki i obawy. Przebierała łapami coraz szybciej i szybciej, omijając wyrastające przed jej pyskiem drzewa czy krzewy. Miała wrażenie, że minęło jedynie kilka sekund od spotkania z psem a naprawdę przemineła dobra godzina. Nie przestawała biec aby pozbawić się zdolności myślenia.

W końcu usiadła wykończona pod drzewem jabłoni. Ranek zawitał dopiero teraz, spychając księżyc na drugi, zasłonięty i niewidoczny plan. Białe kwiecie drzewa tuliły ją zapachem a kora koiła. Bała się zamknąć oczy i zasnąć, ale w końcu poddała się uczuciu zmęczenia. Nie wiedziała gdzie jest i co tu robi, ale perspektywna kojącego snu pod owocodajnym drzewem... wygrała.

Elijah?
Łap i płacz za kiczowaty odpis.

2.06.2019

Od Elijaha cd. Yasmin

Siedziałem pośrodku polany, wodząc po niej wzrokiem z nieoczekiwanym smutkiem. Wieczorny, chłodny wiatr mierzwił moją sierść. Dłuższe kosmyki falowały podczas solidniejszych podmuchów nieskrępowanie, zaburzając kształt mojej sylwetki. Obok mnie leżały zapełnione medykamentami torby - znacznie lżejsze, po całym tym męczącym dniu. Wszędzie roznosiła się wyraźna woń krwi, która litrami wsiąknęła tamtego dnia w ziemię. Po gruncie walały się pozostałości po bandażach, butelki, fiolki. Nie miałem siły, by je zebrać. Patrzyłem się na nie z niemym przygnębieniem, nie mogąc zdobyć się na jakikolwiek ruch. Ściemniło się, do tego stopnia, że z ziejącej czernią pustki wyłuskiwało mnie jedynie zimne światło Księżyca. Kątem oka spostrzegłem zbliżającą się Yasmin. Odwróciłem od niej wzrok, mając nadzieję, że nie zmierza w moją stronę. Myliłem się.
- Na co czekasz? - radośnie lawirowała pomiędzy porzuconymi na polanie przedmiotami.
Wzdrygnąłem się, słysząc jej nienaturalnie wręcz wesoły głos. Poczułem jak po mojej skórze przebiega nieprzyjemny dreszcz. Chcąc ukrócić to irytujące uczucie, wstałem.
- Na pewno nie na ciebie - rzuciłem mimochodem, otrzepując się z tony kurzu, która zdołała przyczepić się do mojej jasnej sierści. Lśniące drobinki wyraźnie odcinały się od nikłej łuny nocnego światła.
Chwyciłem za skórzane rzemienie otaczające wieko mojej torby. Zaciągnąłem je bez trudu, z wprawą budowaną przez całe miesiące praktyk. Klamry zachrzęściły przyjemnie, dając mi pewność, że dobrze chronią zawartość sakw. Starałem się ostentacyjnie ją ignorować, żywiąc najszczerszą nadzieję, że takie zachowanie ją zniechęci. Odwróciłem się od niej, w całości poświęcając swoją uwagę na sprawdzanie drobnego ładunku. Po dokładnych oględzinach zarzuciłem juki na grzbiet, szykując się do drogi powrotnej. Ruszyłem wolnym krokiem, kierując się na główny trakt wąską, piaszczystą ścieżką, która przecinała polanę. Teoretycznie mogłem nocować w Helecho, mój domek był jednakże... w nie najlepszym stanie. Dalej nie zabrałem się za konieczne naprawy, takie chociażby jak załatanie dachu. Pragnąłem wrócić do Lapsae, nawet jeżeli jedynym miejscem, które na mnie czekało, była niewielka, zatęchła klitka w jakiejś podniszczonej kamienicy. Najgłębsze partie mojego umysłu proponowały, bym poprosił o nocleg Yasmin, odrzucałem jednak tę myśl natychmiast. Chciałem pobyć sam. Zastrzygłem uszami, rejestrując delikatny ruch. Nie mogłem tego zweryfikować, ale byłem prawie pewny, że suka w dalszym ciągu stoi raptem kilka metrów ode mnie.
- Za... Zaczekaj - wydusiła po chwili, tracąc swój zwyczajny rezon.
Westchnąłem cicho, w zasadzie nawet nie dlatego, że mnie to zirytowało. Czułem się źle. Miałem ochotę odciąć się od wszystkiego i wszystkich, zaszyć się gdzieś i po prostu odpocząć. Uniemożliwiała mi to.
- Horus powiedział, że z chęcią przyjmie cię na jakieś treningi. Może poduczyć cię w walce - zaczęła tłumaczyć, łapiąc ze mną przelotny kontakt wzrokowy.
Zgarbiłem się nieco, w wyrazie zniecierpliwienia. Tak, jasne. Z pewnością robi to z dobrego serca! Oczami wyobraźni widziałem jak, gdy tylko odszedł na kilka kroków, szydził z mojej marnej postury.
- Niech ten twój Horus lepiej powie jak najszybciej dostać się do Lapsae. Chwilowo to jest mój główny problem - warknąłem, nieznacznie strosząc sierść na karku.
Yasmin przymrużyła oczy i cofnęła się raptownie. Jej uszy opadły smętnie na boki.
- Ja... Przecież dobrze wiesz, że nie to miałam na myśli - żachnęła się, na powrót przyjmując ofensywną postawę.
Burknąłem ze złością, szurając łapami po zimnej ziemi. Moje pazury pozostawiły nań szarpane bruzdy.
- Zostaw mnie! Gdyby nie ty, mógłbym w spokoju odpocząć! - rzuciłem się do przodu, lądując niemalże pod jej pyskiem.
Wyszczerzyła kły, górując nade mną. Wytrenowane mięśnie lekko drżały pod jej skórą, jakby gotowe do ataku. Obróciłem się, ponownie wracając na drogę. Z mojej torby wydobył się charakterystyczny dźwięk obijanego szkła. Fuknęła coś pod nosem, nie siląc się nawet na jakieś słowa. Wpatrywała się we mnie z nagłą, przerażającą wręcz złością. Drżałem. Moje serce biło znacznie szybciej niż zazwyczaj. Dyszałem, z trudem łapiąc oddech. Szła za mną. Nawet nie próbowała się ukrywać. Jej łapy dudniły o podłoże cicho, lecz wyraźnie. Wręcz trzęsła się w nieopisanej furii, będąc raptem o krok od zrobienia czegoś głupiego. Nagle przyśpieszyła. Krzyknęła stłumionym głosem, będąc raptem metr ode mnie. Skoczyłem gwałtownie, by stanąć z nią twarzą w twarz. Machnąłem łapą. Z ziemi wystrzeliły cztery, zielonkawoniebieskie pnącza, łapiąc za jej kończyny i brutalnie przygważdżając samicę do gruntu.
- Może sobie tu tak posiedzisz do rana? - prychnąłem z pogardą. - Może zmądrzejesz.

Yasmin?
672 słowa