Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morrigan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morrigan. Pokaż wszystkie posty

12.01.2019

Od Morrigan cd. Od Xiaoyu

Sama nie wiem skąd u mnie ta decyzja. Pewnie to ostatnie wydarzenia. Straciłam rodzinę i perspektywa dania komuś domu była mi jakoś bliska. Ech... Morrigan nagle znalazła w sobie uczucia? Nie. Towarzyszyły mi już wcześniej. To Cerys pierwszy raz odczuła współczucie.
-Nikt cię nie chce? Widzę, że doskonale sobie sama radzisz, ale może zechcesz mi towarzyszyć? Będzie ci cieplej w karczmie. - zaproponowałam, a suczka pokiwała ochoczo łepkiem i podeszła do mnie ufnie. Mała, futrzasta kulka wpatrywała się we mnie bez cienia strachu, nieco zadziornie.
Ruszyłam przed siebie, a ona podążyła za mną. Nie odzywałam się do niej, układałam wszystko w myślach. Tak, chciałam jej dać dom, ale nie wiem, czy Obóz to dobre miejsce na wychowywanie szczenięcia. Może powinnam przetrzymać ją gdzieś aż nie skończy roku i dopiero wprowadzić ją w środowisko? Jest może w drugim, trzecim kwartale życia, pierwsze urodziny już niebawem, ale nie mam nikogo, kto zająłby się szczenięciem. Nawet Oscar i Lady mają teraz na głowie młodego. Przez ten czas zdążyłyśmy dojść do karczmy. Nie zatrzymywałam się, poszłam prosto do baru i zamówiłam pokój. Karczmarz wprowadził nas na piętro, do schludnej kwatery z nieszczelnym oknem. Nie narzekałam. Najczęściej spałam pod gwiazdami, więc jak dla mnie to i tak spory komfort. Posłanie było czyste i prawdopodobnie nie zapchlone, więc to już coś. Mała ochoczo wskoczyła na niskie łóżko i kilka razy spróbowała się odbić od lnianej poduchy wypchanej gęsim pierzem. Przypatrywałam się temu i przyłapałam się nawet na uśmiechu. Przecież przed kilkoma chwilami spała na ulicy, była sierotą, pewnie wiele przeszła, a jednak cieszy się tym żywotem.
-Jak ci na imię? - zapytałam w końcu, bo pytanie to dręczyło mnie już od dłuższego czasu.
-Xiaoyu. - przedstawiła się grzecznie.
-Świetnie. Mów mi... Cerys. - powiedziałam po sekundzie. To imię, ech... Czasem przypomina mi o tym, ile odebrały mi Żmije. Nawet moje imię.
Suczka przechyliła główkę. Przetwarzała przez sekundę, dwie, a potem znów podskoczyła, tym razem wyżej.
-Poczekaj tu grzecznie, a ja przyniosę ci coś do jedzenia. - poleciłam jej i wyszłam z pokoju.
Zeszłam schodami. Na parterze towarzystwo już się rozkręcało, więc wolałam, żeby Xia została u góry. Zamówiłam jakąś potrawkę, chyba z jagnięciny i szybko wróciłam. Wykorzystałam fakt, że karczmarz zajął się grupką po drugiej stronie baru i nie zauważył, że niosę jedzenie do nienagannie wręcz czystych pokojów. Pewnie nie byłby zadowolony, a jako Cerys nie mam immunitetu. Już w drzwiach powitały mnie wielkie szczenięce ślepia. Podstawiłam jej pod nos kolację, a ona bez słowa wzięła się do jedzenia. Tymczasem ja wyciągnęłam papiery z sakwy. Nic nadzwyczajnego, listy z potrzebnym wyposażeniem, pewnie nikt by nie zwrócił nawet na nie uwagi. Korespondencji Oriona nie brałam ze sobą. Nie ważne, czy zakodowane, czy nie. Jeżeli nie są potrzebne, nie biorę. Przeczytam wszystko jak wrócę...
W nocy trudno mi było zasnąć. Nie chodziło nawet o zimny wiatr, który bezczelnie wkradał się przez wadliwą konstrukcję okna. Zastanawiałam się co zrobić z Xiaoyu. Mała leżała obok mnie, przy mocniejszym podmuchu wiatru, wtuliła się we mnie i tak została. Nie śmiałam jej nawet ruszyć. W sumie, nie wiedziałam jak się zachować. To też mnie dręczyło. Nigdy nie będę dla niej jak matka. Mogę być co najwyżej opiekunką, może mentorką, jeżeli ze chce szkolić się w łowiectwie lub łucznictwie, ale matką? Nie... Wątpię. Chyba po prostu się do tego nie nadaję. Może dobrze, że... Ech...

Następnego dnia mała hasała wesoło u mojego boku, gdy szłyśmy ulicami Litore. Zatrzymałam się w końcu pod jednym z domów, który oczywiście należał do Rudzika. Zapukałam po raz kolejny, a tym razem pojawiła się w nich Lady. Wydawała się nieco zaskoczona, szczególnie, gdy zauważyła szczeniaka obok mnie.
-W czym... W czym mogę pomóc? - zapytała.
-Możemy wejść?
-Tak, tak, jasne! - otworzyła drzwi szerzej i cofnęła się, a ja weszłam powoli do środka.
Od razu przybiegł do nas szczeniak, którego widziałam poprzedniego dnia. Wesoło zamerdał ogonem i podszedł do Xiaoyu. Zawiązała się między nimi jakaś pogawędka, tymczasem ja gestem przywołałam Lady.
-Czy mogę ją u was zostawić? Góra kilka dni, muszę przygotować w Obozie miejsce, w którym będę ją mogła spokojnie zostawić. Jest twarda, to sierota, ale nie wiem, czy chcę żeby całą zimę spędziła w prostym namiocie. Chcę jej dać dzieciństwo, ale chyba nie jestem w stanie. - spojrzałam na czarną suczkę wyczekująco, z nutą smutku w głosie.

Xiaoyu? Lady?
| 703 słów → 35೧ |

5.01.2019

Od Morrigan

Założyłam na grzbiet sakwę z przytroczoną saksą. Nie można w nieskończoność siedzieć w lesie. Od tygodni nie wychodziłam poza Puszczę i szczerze mówiąc zaczęłam tęsknić za innymi naszymi terenami. Nawet to przeklęte Lapsae, pełne psów, nieustannie gwarne, wydawało mi się teraz bliskie. No i Pałac. Potężna budowla, z którą wiązałam tak wiele wspomnień. Wspomnień z Aaronem... A teraz? Odrzuciłam myśli o mordercach, którzy przesiadują teraz w Pałacu i ruszyłam. Kierowałam się do Litore. Mimo zmiany wyglądu wolałam  unikać stolicy. Chciałam przespacerować się malowniczymi uliczkami, może przejść się po plaży? Oczywiście moje cele nie były tak błahe. Musiałam przede wszystkim odwiedzić dom Oscara i Lady. Mieszkała tam z nimi łuczniczka, którą zbrojmistrzyni uznała za godną wstąpienia w szeregi Oriona. Wolałam uniknąć prowadzenia jej do Obozu, więc postanowiłam sama ją przetestować. Szybkim truchtem ruszyłam na zachód, żegnając się z zaufanym łowcą, któremu powierzyłam opiekę nad siedzibą pod moją nieobecność. Gdy tylko ucichły dźwięki obozu, przyspieszyłam do biegu. Co jakiś czas słyszałam jak zwierzyna umyka po moich bokach, ale nie przejmowałam się tym. Biegłam. Delektowałam się uczuciem wiatru na pysku, wysiłkiem, który tak mnie satysfakcjonował. Do nozdrzy docierały różne zapachy, jednak nie przejmowałam się nimi. Biegłam. Zwolniłam dopiero, gdy las zaczął się przerzedzać.  Gdzieś w oddali słyszałam Vall, ale nie szłam w jego stronę. Znałam tutejsze ścieżki jak nikt inny, więc wiedziałam, który korytarz bezgranicznego labiryntu zwierzęcych traktów wybrać. Przedzierając się przez kolczaste zarośla, usuwałam z drogi ciernie, by następnie znów sprawić, że wyrosną na ścieżce. To była najszybsza droga z Litore do Obozu i nie chciałam, żeby była dostępna. W końcu wybrnęłam na szerszą drogę i skierowałam się do miasta.

Zimno nie wydawało się przeszkadzać wszędobylskim mewom, które swoimi krzykami zdążyły mnie przekonać, że moja tęsknota była nieuzasadniona. Wolałam słuchać leśnych ptaków, nawet sójek, które również krzyczały nie do zniesienia. Trzeba jednak przyznać, że Litore ma swój urok. Ostatnio byłam tu bodajże zeszłej zimy, gdy na polowaniu dopadła nas burza śnieżna. Teraz łatwiej było mi się cieszyć śniegiem, od którego odbijało się delikatne światło słońca. Szczenięta biegały dookoła i bawiły się w białym puchu. Podbiegły do mnie i okrążyły mnie w koło, by znów pobiec dalej. Obejrzałam się mimowolnie za nimi i poczułam ukłucie żalu. Aaron nie żyje. Zawsze marzył o szczeniętach. Poroniłam i umarł nie mogąc poczuć jak to jest być ojcem... Westchnęłam i odgoniłam od siebie te myśli. Postanowiłam od razu udać się do domu Lady. Skręciłam w boczną uliczkę i po kilku minutach stałam już u jej drzwi. Zapukałam i czekałam, aż nie otworzył mi Oscar.
-Mo... Ekhem... Cerys? Co ty tutaj robisz? - poprawił się i zapytał.
-Podobno macie w domu łuczniczkę. Chcę ją przetestować. - wyjaśniłam i ruszyłam przed siebie, ale pies zatorował mi drogę.
-Nie wiem... Nie wiem czy to odpowiedni moment na egzaminy. Yasmin jest... W niedyspozycji... -uśmiechnął się nieśmiało.
-Czyżby? - uniosłam brwi.
-Tak. - burknął, ale sunął mi się z drogi.
Bez słowa wparowałam do salonu. Sytuacja tam wyglądała bardzo ciekawie... Dookoła biegał mokry szczeniak, który roznosił wodę po całym pokoju. Przed kominkiem siedziała czarno-biała suczka i trzymając blisko siebie wiadro, ochoczo wymiotowała. Zamrugałam szybko, jakby próbując sobie zmyć ten obraz z oczu.
-Oscar?
-Tak? - podszedł do mnie uśmiechnięty.
-Gdzie jest Lady?
-W Obozie. Musiałyście się minąć. - odparł i chwycił za skórę na karku szczeniaka, który akurat koło niego przebiegał.
-Eeeej! To niesprawiedliwe! - wykrzyczał, po czym, zauważając mnie, grzecznie się uciszył. - Dzień dobry.
-To twoje szczęście? - zapytałam gestem głowy wskazując na małego.
-CO? Nie, nie, nie, nie... Adoptowała go... - zaczął po puszczeniu szczeniaka, ale przerwał, z powątpiewaniem spoglądając na suczkę pod kominkiem.
-Wrócę tu... Niebawem. - mruknęłam i skierowałam się do drzwi.
-Tak, to dobry wybór.- westchnął i odprowadził mnie.

Postanowiłam, że przenocuję w karczmie. Skierowałam się do niej truchtem, myśląc o tym, co zobaczyłam w domu Lady i Oscara. Moje przemyślenia przerwał widok szczenięcia, śpiącego na kawałku skóry, pod jednym z domów. Coś mnie tknęło, może żal, a może resztki współczucia, które jeszcze pałętały się po mojej duszy.
-Co ty tutaj robisz? - zapytałam, budząc delikatnie futrzastą kulkę.
-Śpię... - mruknęła przez sen.
-Ach, doprawdy? A czemu na zewnątrz, na zimnie?
Suczka otworzyła oczy i ziewnęła.

Xiaoyu?
| 678 słów → 30೧ |

21.12.2018

Od Morrigan "Zdrada"

Szkarłatny strumień zatrzymał już swój bieg. Spoczywał. Zaczął już przybierać ciemną barwę, musiał tak trwać już od dłuższej chwili. Metaliczny zapach. Czerwień na marmurowej posadce, białej niczym śnieg, białej niczym jego sierść... Miękka sierść, w którą mogłam się wtulić, gdy świat stawiał zbyt wiele wyzwań. Ta biel, która przed laty mignęła mi gdzieś w zaroślach, dostrzegłam ją kątem oka. Jego spokojny głos, który był zapowiedzią lepszego jutra. Już go nie usłyszę.
Oto leżał przede mną Aaron. Przywódca Sfory Jutrzenki. Mój partner. Leżał w kałuży krzepnącej krwi. Na posadce, o której czystość tak dbał. Och, wybacz. To nie ja ubrudziłam. Nie naniosłam krwi po polowaniu. To ty, wiń tylko siebie...
Z głębi mojej krtani wydobył się cichy jęk. Drżałam. Mrugałam szybko. Niech ten obraz zniknie. ZNIKNIE. Przecież to musi być sen. Budzę się... Budzę! BUDZĘ. Nie... Nie oszukuj się. On leży przed tobą, a szkarłatny strumień zatrzymał swój bieg. Nie krąży już w jego żyłach. Nie przeciska się przez zakamarki serca. Wydarł się z niego, wydarł się z jego piersi.
Chyba upadłam. Tak leżę przed nim. Przed jego pyskiem. Jego oczy nadal są spokojne. Zbyt spokojne. Spogląda na mnie z wyrzutem. Przepraszam, mogłam być przy tobie... Zawsze narzekałeś, ze uciekam od obowiązków. Miałeś rację, mogłam być przy tobie. Poszłam, to był krótki spacer... Mogłam być przy tobie...
Szeptałam, czując zimno posadzki. On już nie wróci. Odszedł. Zginął. Ktoś go zabił.
Wstałam gwałtownie, aż zakręciło mi się w głowie. Łzy sprawiały, że widziałam niewyraźnie, jednak szkarłatnej plamy nie sposób było nie dostrzec. Podeszłam bliżej. Głęboka rana. Dźgnięcie. W klatkę piersiową. Precyzyjne. Zabójca wiedział co robi. Serce zabiło mi mocniej. Po raz ostatni spojrzałam w spokojne oczy mojego partnera i odeszłam. Chwiejnym krokiem, niemal upadając na schodach, dotarłam do komnaty, w której przebywał generał.
-Aaron. Zabili go. - powiedziałam cicho. Znów poczułam to dziwne uczucie. Jakby ktoś wypełnił mi serce ołowiem. Upadłam. Widziałam jak pies wstaje i biegnie. A potem... potem już nic nie widziałam.

Kilkanaście dni później...

Trochę już minęło, a trup nadal śni mi się po nocach. Widziałam jego pogrzeb. Już nigdy go nie zobaczę, a jego oprawcy nadal żyją. To nie mógł być ten biedny pies z północy. Niczym nie zawinił. Widziałam to w jego zachowaniu. Obserwowałam go aż do egzekucji. Oni nadal są na wolności. Uwięzili mnie. Zamknęli w lochu, założyli dziwaczne łańcuchy, przez które nie mogłam używać telekinezy, ani moich mocy. Zostawili w ciemnościach. W ciasnej celi. Zaczęłam panikować. Nienawidzę, nienawidzę. Takie pomieszczenie budzą moją odrazę. Bez światła, w duchocie. Musiałam się wydostać. I udało mi się. Na szczęście na zamku nadal pozostali wierni mi poddani. Szpiedzy, wojownicy i przede wszystkim wszyscy moi łowcy. Nie wierzyli, że to ja zabiłam. Przecież byłam z nimi na polowaniu, krew była zakrzepła, gdy wróciłam. Oni to wiedzieli, jednak nie mieli wystarczającej siły, by przekonać dowódców. A może dowódcy nie chcieli być przekonani...
Teraz żyję w Puszczy, w małym obozie napadanym co jakiś czas przez potwory. Dajemy sobie radę. Jeden z łowców przyniósł mi niedawno małą buteleczkę. Mówił, że to Mutatio, że jeżeli nie chcę utkwić w tej puszczy na wieki, muszę zmienić wygląd. Szukają mnie. Wszyscy. Szpiedzy, wojsko, nawet zwykli mieszczanie, kuszeni wysoką nagrodą. Chyba nie mam wyjścia.
Spoglądam na buteleczkę z błękitnym płynem jarzącym się w świetle słońca. Czas na zmianę. Kto wie, może to uratuje mi życie.

Wiele się nie zmieniło. Nadal jestem tego samego wzrostu, nadal poruszam się równie lekko, nadal jestem sprawna. Nadal czuję otaczające mnie zapachy i nadal mogę polować. Zmieniło się moje umaszczenie, odrobinę budowa. Mam lśniącą, srebrną sierść. Mogę odetchnąć z ulgą. Nadal jestem wyżłem. Bałam się, że zostanę jakimś kurduplem, który co najwyżej podgryzie kostki jeleniowi. Łowcy już się przyzwyczaili. To oni dołączyli do mnie w obozie w Puszczy. Nadal są mi wierni. Kilku z nich zaginęło, ich towarzysze nie wiedzą co z nimi. Mogli dołączyć do wroga. Szukamy ich, szukamy wszystkich, którzy mogli mieć coś wspólnego z zamachem. Jest nas niewielu, góra trzydzieści sztuk. Mam nowy przydomek. Cerynitis, chociaż większość skraca to do Cerys. Srebrna łania. Brzmi lepiej niż Luna. Morrigan powoli wychodzi z użycia. Posługujemy się pseudonimami, żeby nas nie znaleźli. Nie wysyłamy raportów pocztą, żeby nikt ich nie przechwycił Posłańcy przekazują informacje ustnie. Zmobilizowaliśmy już część wywiadu. Jest zaledwie sześciu szpiegów, ale robią dobrą robotę. Jest też zbrojmistrz. Czarna suczka, nie wiem czy ją wcześniej spotkałam. Wszyscy nazywają ją Rudzikiem, nie wiem kto ją zwerbował. Raz przyprowadzili ją do mnie, bo była narzeczoną jednego z zaginionych łowców, Oscara. Była bardzo skora do pomocy, wszystko, by go tylko odnaleźć, by się przydać. Mimo, że dalej nie udało się go odnaleźć, nie traci nadziei. Rozmawiałam z nią już kilka razy, bo jest nieocenioną pomocą przy dozbrajaniu naszej grupy.

Weszłam do niewielkiego namiotu na obrzeżach obozu. Sama kryjówka mieści kilkanaście namiotów i ziemianki, wykonane, by pełniły funkcję spichlerzy. Mamy już przygotowany polowy szpital, bo dołączył do nas medyk. Jeden z namiotów zajmuje właśnie Rudzik. Gdy ją odwiedziłam, była zajęta szlifowaniem drewnianych ramion sporego łuku. Przyjrzałam się broni z ciekawością. Była prosta, bez zbędnych zdobień, jednak wyglądała na dobrze wykonaną. Nie potrzeba nam ozdób, a broni, która pomoże przeżyć. Suczka mnie zauważyła. Podniosła wzrok znad drewna. Był pełen nadziei.
-Żadnych nowych wieści. - powiedziałam już po raz kolejny. Młoda suczka nadal wierzyła w powrót Oscara, jednak tylko pokiwała głową, zacieśniwszy zęby.
-On musi gdzieś być. Nie wierzę, żeby przyłączył się do tych łajdaków, przecież był łowcą. Ty byłaś jego dowódczynią, mógł im odmówić. - powtarzała się.
-Tak, wiem. Chociaż to nie musiało być takie proste. Przywódca, to przywódca, on trzyma władzę, więc...
-NIE. Przecież ty powinnaś ją trzymać, oni nie mogli cię.. - wybuchnęła.
-Mogli. Zrobili to. Przecież czekałam na egzekucję. Przecież miałam być następna. Dziękuję losowi za to, że mam lojalnych towarzyszy! A Oscar był jednym z nich. Uspokój się dziewczyno. Jest z tobą coraz gorzej! - z każdym słowem podchodziłam do niej bliżej. Uciszyła się. Spoglądała na mnie z niepokojem, nieco  z wyrzutem.
-Ja wiem jak boli strata. Ale ty możesz żyć jeszcze nadzieją. Jesteś wolna. Ciesz się tym. Wróć do domu. Czekaj na niego. Jeżeli uda się nas tutaj znaleźć, wyślę go do Litore. Wróć do domu. Jeżeli znasz kogoś lojalnego, przekaż mu nieco informacji. Nie mów mu kim jestem, kim byłam. Nie mów gdzie jesteśmy. Nasz wywiad będzie cię odwiedzał i informował. Jeżeli kogoś znajdziesz, przekażesz jego dane agentom, a oni zadecydują czy przyda się naszej grupie. Masz wrócić do domu. Czekaj na niego. Możesz jeszcze żyć nadzieją. - mówiłam powoli, spokojnie, a na mordce Rudzika pojawił się zadziorny uśmiech. Widać było po niej, że chce działać, nawet mimo łez, które kręciły się w kącikach jej oczu.

(No i co u ciebie Lady, jak się bawisz w domku? Oscar, do roboty.)

1091 słów → 10ᘯ + 50ᘯ

15.06.2018

Od Morrigan

Leżałam na futrze jakiegoś zwierzęcia. Może jeszcze kilka godzin temu mogłabym spokojnie rozpoznać jakiego, ale w tej chwili? Byłam otumaniona przez jakieś zioła, napar, który został mi na siłę wepchnięty przez medyka. Od rana tylko wrzaski, westchnienia, łkanie. Słyszałam je od każdego, kto do mnie przyszedł. Wielu z nich nawet nie znałam, zamieniłam może kilka słów. To współczucie nie było skierowane do mnie, raczej do Aarona, który właśnie stracił szansę na wypełnienie swojego obowiązku jako przywódca i samiec. Czułam się w tej chwili jak rzecz. Nigdy wcześniej nie przyszło mi na myśl, że inni mogą mnie tak widzieć. Jako kogoś, a raczej coś, co ma tylko urodzić następców. Czy właśnie tak traktowano przywódczynie, władczynie, królowe? Bardzo prawdopodobne. Przez całe życie próbowałam udowodnić, że jako suka nie jestem słabsza, mam silną wolę i niezbędne umiejętności, a w tej chwili? Właśnie wtedy poczułam się słaba. Jak nigdy. Otoczona przez zszokowane i zasmucone psy. Zasmucone bynajmniej nie z powodu szoku jaki przeżyłam, gdy okazało się, że moje nienarodzone szczenięta są już martwe. Zasmucone, bo może zostać przerwana ciągłość dynastii. Jakby to stanowiło istotę naszego życia w tym świecie! Miałam ochotę wstać, pobiec, zatopić swój żal, rozczarowanie, ból... Zatopić w krwi zwierzęcia, potwora. Przecież właśnie tak radziłam sobie wcześniej z tymi emocjami. Byłam jednak tak słaba...
Słońce górowało nad horyzontem, gdy ciężkie, dębowe drzwi otworzyły się i weszła przez nie śnieżnobiała postać. Aaron. Spojrzał na mnie ze współczuciem. Jego pysk nosił ślady przeżyć, które towarzyszyły mu od rana. Przebywał właśnie w Grocie Wyroczni, gdy posłaniec pobiegł z wieścią o moim poronieniu. To musiał być dla niego szok. Mogłam wyobrazić sobie jak zareagował. Zaśmiałam się gorzko, a on spojrzał na mnie z niepokojem.
-Czemu się śmiejesz? Co w tym wszystkim jest zabawnego? - Błędnym wzrokiem omiótł całą salę, by w końcu spojrzeć na mnie.
-Jesteś wstrząśnięty. -zauważyłam, może mało odkrywczo.
-Nie masz pojęcia jak bardzo, przecież właśnie straciłem...
-Następców - dokończyłam chłodno.
Spojrzał na mnie, z tym samym zdziwieniem i niepokojem co wcześniej.
-Szczenięta. Dzieci. Nasze dzieci.
-I to ty jesteś oszołomiony, zrozpaczony? Co ja mam powiedzieć?! Dzisiaj dowiedziałam się, że te małe serca przestały bić. Noszę w sobie trupy, zwłoki. Nie wiesz jaką odrazę do siebie poczułam, a jednocześnie jak wielki smutek. Nigdy nie wyobrażałam siebie w roli matki. Owszem, dopuszczałam taką ewentualność, jednak nigdy, NIGDY nie potrafiłam sobie wyobrazić, że będę troskliwą, kochającą matką. Miałam nią zostać przez wzgląd na ciebie, na nasze wspólne szczęście. Czułam, że jestem na to gotowa i właśnie dzisiaj poczułam, że owszem, byłam. Właśnie wtedy, gdy dowiedziałam się, że one są martwe!
Aaron milczał. Rozważał moje słowa. Wydawał się o wiele starszy niż w rzeczywistości,, pogrążony w rozpaczy, smutku. Przecież dla niego też była to strata. Może byłam jednak za ostra?
Nie zdążyłam naprawić moich słów. Wyszedł powoli, mimo, że krzyknęłam za nim rozpaczliwie. Medyk wszedł zaraz i obejrzał się za siebie. Westchnął cicho i podał mi znów jakiś wywar. Tym razem wypiłam bez słowa sprzeciwu. Niech robią ze mną co chcą. Niech dzieje się co chce.
Promienie wiosennego słońca wpadały przez okno, ptaki bez wytchnienia kontynuowały swoje pieśni, a ja zasypiałam, uspokojona przez dziwne zioła. Niech się dzieje co chce... Mogę teraz nawet umrzeć. Przecież skoro śmierć może spotkać niewinne, bezbronne stworzonka, nie może być tam tak źle...

Dźwięk strzelby. One tam są, razem z nim. Nie dowiem się nigdy jak wyglądały, nikt mi ich nie pokazał. Nie rozpoznam ich, gdy już tam będę. Czy one będą znały mnie? A może jednak będzie między nami więź... Brata rozpoznam gdziekolwiek się teraz znajduje. Nieważne, czy wyrósł już na dorosłego psa. Czy w ogóle po śmierci się dorasta? Pewnie nie. Tym bardziej go rozpoznam...

Obudziłam się spokojna. Uśmiechnięta. Mimo, że we śnie dręczył mnie dziwaczne myśli. Trzeba żyć dalej. Niech nie widzą już słabości. Jestem silna. Zawsze byłam. Nawet wtedy, gdy straciłam rodzinę, gdy zostałam sama. Teraz mam Aarona, całą psią społeczność. Sforę. Jakoś to będzie. W końcu przestaną na mnie patrzeć z politowaniem. Choćby wszyscy się smucili, pokażę im, że ja chcę żyć dalej, nie poddam się. Do ostatniej kropli krwi. Taka już jestem i muszę taka pozostać.

Cóż. Morri poroniła. Nie wiem co mnie natchnęło. Tak będzie.
| 680 słów → 30೧ |

3.04.2018

Od Morrigan cd. Od Cenizy

Wyglądałam od niechcenia przez okno, po którym spływały pojedyncze krople deszczu. Świat znów pokrył się szarością. Jednolita warstwa chmur płynęła nisko nad ziemią, nie dopuszczając do jej powierzchni promieni słońca. Westchnęłam cicho i podniosłam się z poduszki, na której leżałam. Przeciągnęłam się, by następnie truchtem ruszyć w kierunku wyjścia z komnaty, która należała do mnie i Aarona. On sam znajdował się jak zwykle w swojej kancelarii. Wkroczyłam do niej przez uchylone drzwi. Mój partner stał przez lustrem oprawionym w skórę. Starannie poprawiał wszelkie niedoskonałości w swoim wyglądzie. Ja także powinnam zacząć się przygotowywać, w końcu nie tylko on bierze udział w dzisiejszym balu. Nie lubiłam jednak tych wszystkich przyjęć. Dziesiątki obcych psów kręcące się w moim pobliżu, czasem ocierające się o mnie w zatłoczonej sali, czy też podczas tańca. Nie mogę utrzymać bezpiecznego dystansu. Wiecznie ktoś znajduje się tuż obok mnie, na wyciągnięcie sztyletu. Jeden sprawy ruch skrytobójcy, a już osuwam się na posadzkę, wśród wrzasków, z krwią wypływającą z mojego pyska. Paranoja powiadacie? Zbyteczna ostrożność? Tchórzostwo? Pfff... Za dużo w życiu widziałam, aby teraz spokojnie spoglądać w oczy nieznajomym. Szczególnie, że wojna wisi w powietrzu, a nasze "ukochane" iskierki nie próżnują...
Z zamyślenia wyrwało mnie wyczekujące spojrzenie Aarona, a właściwie jego odbicia w gładkiej tafli lustra. Uśmiechnęłam się delikatnie. Tylko on daje mi poczucie bezpieczeństwa. Może to naiwne uczucie, ale cóż, z psychiką się nie dyskutuje.
-I jak? - zapytał w końcu.
-Szczerze? Wyglądasz tak jak zwykle, a siedzisz tutaj dobre dwie godziny. - parsknęłam i podeszłam do niego bliżej.
Przewrócił oczami i znów zatopił swój wzrok w lustrzanej powierzchni. W rzeczywistości widziałam różnicę. Mimo, że zawsze dbał o czystość, nieustannie gdzieś się krzątał. Czasem nie miał czasu, by strzepać z siebie kurz starych ksiąg lub zmyć plamy błota na swoich łapach, pozostałe po wędrówce. Teraz? Odszykował się. Jego sierść lśniła w nikłym świetle wpadającym przez okna. Żadnych kołtunów, była idealnie ułożona. Jedynie w oczach widać było tego energicznego psa, który teraz krył się pod warstwą prestiżu i dumy. Kaszlnęłam, gdy dotarła do mnie chmura pachnideł, którymi zbombardował się Aaron.
-A ty? - zapytał, spoglądając na moją sierść, pokrytą warstwą pyłu, matową, gdzieniegdzie "ozdobioną" igliwiem.
-Chyba na razie zrezygnuję z tego wykwintnego towarzystwa. Odwiedzę was wieczorem, wiem jak bardzo ci na tym zależy. Nie chcę się tam jednak pchać. Dobrze wiesz, że tam nie pasuję. Jestem prostym psem z prowincji, a co gorsza z Ziemi. Te koronowane głowy i ich sunie obładowane kilogramami złota i kamieni przecież dobrze o tym wiedzą. Dostrzegam tą wrogość. Niech nie czują się zbyt pewnie...- ostatnie zdania wypowiadałam pogardliwie, z wyczuwalną dozą wrogości.
-Daj spokój. Darzą cię takim samym szacunkiem, co mnie. - odwrócił się gwałtownie.
-Tak, wmawiaj to sobie dalej, a ja znikam. - parsknęłam i zniknęłam za drzwiami.
Słyszałam za sobą gadkę o obowiązkach i odpowiedzialności, jednak szybko oddaliłam się od kancelarii. Wzięłam łuk i kołczan, by wyruszyć w drogę do lasu. Na szczęście zaczynało się rozpogadzać.
-♦-
Błoto powstałe po wiosennych roztopach nie przeszkadzało mi znacznie w wędrówce. Cieszyłam się zielenią, która pokrywała coraz większe połacie terenu, pojawiając się także na liściastych drzewach.Towarzyszyła mi nieprzerwana pieśń ptaków. W gąszczu roślin co jakiś czas coś poruszało się gwałtownie, na co ostrożnie reagowałam. Czułam się tam jednak o niebo lepiej, niż w zatłoczonej sali balowej. Niestety, tutaj także przyszło mi się spotkać z pobratymcem.
Kierowałam się na moją ulubioną polanę, na której ćwiczyłam w samotności łucznictwo. Czasem natrafiałam tutaj na zające, które stawały się celami dla pierzastych pocisków. Nie szczędziłam futrzaków. Mnożył się niesamowicie na okolicznych łąkach i stały się wręcz plagą psów utrzymujących się z rolnictwa. Ja natomiast czerpałam przyjemność z widoku puszystego truchełka. No co? Fakt.
Tym razem jednak na polance wyczułam innego sierściucha. Przebywała na niej obca dla mnie suczka. O nie, nie dam się włóczyć obcym po okolicach Pałacu. Wszystkie siły wywiadowcze zmobilizowane do walki z szpiegami, a tutaj ktoś panoszy się po moim terenie. Nałożyłam strzałę na cięciwę i powoli ruszyłam przed siebie. Niestety zdradziły mnie gęste zarośla, które trzaskały, gdy je przemierzałam. Stwierdziłam, że skoro element zaskoczenia zawiódł, trzeba działać szybko. Wypadłam na otwartą przestrzeń i od razu ruszyłam do strategicznego punktu, w którym osłonięta byłam od ewentualnych bełtów, a zarazem miałam dobre pole widzenia. Nigdzie nie dostrzegłam jednak nieznajomej. Postawiłam na słuch i węch. Gdzieś tutaj jest. W zaroślach. Porusza się niespokojnie. Hmm... Czyli nie jest szpiegiem zahartowanym w boju. Nie miałam zamiaru jednak zwyczajnie wyjść i się odsłonić. Może nie jest sama? Nie, nie czuję nikogo. No cóż. Raz kozie śmierć...
-Hej, ty! Wiem, że tu jesteś. Wyjdź, odłóż broń i stój spokojnie, a nic ci nie grozi.- zawołałam, nadal osłonięta.
Suczka za wszelką cenę chciała jednak udowodnić, że nie jest naiwna. Mnie natomiast obserwowała para czerwonych ślepi, należących do kulki futra, na którą mam zwyczaj polować...

Ceniza?? Logomorfy atakują (wszyscy zginiemy)
| 792 słowa → 35೧ |

1.03.2018

Od Morrigan cd. Od Conann'a

Dzień chylił się już ku końcowi, gdy siedziałam w jednej z karczm rozsianych po Litore. Wyglądałam przez okno. Przez brudną szybę wpadały do wnętrza pomarańczowo-złote promienie zachodzącego słońca. Gawędzący klienci wypełniali pomieszczenie gwarem. Słychać było dźwięki lutni, której struny ktoś szarpał leniwie. Przy kontuarze manewrowała zgrabna suczka, którą siedzące nieopodal psy, próbowały zaprosić do rozmowy. Ona jednak stanowczo recytowała im listę obowiązków, które ma na głowie. Wszystko z daleka emanowało sielanką, tak charakterystyczną dla tej nadmorskiej mieściny. Aż chciałoby się oddać przemyśleniom... Zawsze znajdzie się jednak coś, co zakłóci spokój i przerwie błogie chwile wypoczynku.
Drzwi karczmy otworzyły się gwałtownie. Zimne powietrze wtargnęło do środka wraz z płatkami śniegu. Płomień paleniska poruszył się silnie i znacznie osłabł, a ja poczułam jak jeży mi się sierść. Nagły strumień zimna nie należał do niczego przyjemnego. Rozmowy ucichły, a wszystkie pary oczu skierowały się na przybysza stojącego w progu. Oddychał ciężko, na sierści zaczął gromadzić się lód. Podszedł do mnie zdyszany, a ja zmierzyłam go pogardliwym spojrzeniem. Szybko jednak zrozumiałam, że zbliżający się w moim kierunku pies jest posłańcem. Do grzbietu przypasane miał owinięte skórą pojemniki na zwoje. Otworzył jeden z nich i podał mi wiadomość. Zbliżyłam kartkę do świecy stojącej na stole i zaczęłam szybko czytać zapisane na niej słowa.
Mruknęłam niezadowolona. Wieści jednoznacznie wskazywały na to, że będę musiała w natychmiastowym tempie opuścić Litore i udać się w drogę powrotną do Pałacu. O poranku miała przybyć delegacja ze Sfory Iskry. Napięte stosunki między naszymi "państwami" potęgowały ważność tej sprawy. Oczywiście musiałam przyjąć ją ja, gdyż Aaron ponownie wybierał się na Ziemię. Ciekawe, że nie pomyślał o spokojniejszym stanowisku, takim, które będzie mógł spokojnie wykonywać w Pałacu i nie opuszczać zbyt często swoich rodaków. Bądź co bądź, to on sprawował tutaj faktyczną władzę. A ja? Ja miałam tytuł, obowiązki, a zero doświadczenia czy chęci do papierkowej roboty. Nie można mnie zamknąć w kancelarii i oczekiwać, że wyglądanie na zewnątrz przez okno zaspokoi moją potrzebę obcowania z naturą. Muszę czuć wiatr, prawdziwe życie. Mieć pod łapami trawę i świeżą ziemię, a nie kamienną posadzkę. Jednak tytuł i pozycja, niosą za sobą masę zadań do wykonania.
Upewniłam się, że posłaniec otrzyma ciepły posiłek, a następnie zaczęłam szykować się do drogi. Gorący napój, którego nie zdążyłam jeszcze wypić szybko wylądował w manierce. Miałam nadzieję, że włożony do wewnętrznej części płaszcza, nie ostygnie zbyt szybko. Nie mogłam również zapomnieć o broni. W końcu wybierałam się po nocy na podróż przez pół naszych terenów. Coś z całą pewnością mogło kręcić się po okolicy, w szczególności, że zamierzałam przejść brzegiem Puszczy. Na grzbiecie wylądowały łuk i kołczan. Przypasałam też skórzaną pochwę z nożem saksońskim, z którym praktycznie się nie rozstawałam. Poza mieszkiem starannie ukrytym w płaszczu, nie miałam większego dobytku. Poza tym, w sakiewce znajdowało się jedynie kilka monet, jednak i dla niektórzy gotowi są odebrać życie.
W końcu szybkim krokiem ruszyłam w kierunku drzwi karczmy. Otworzyłam je, by następnie poczuć strumień mroźnego powietrza ogarniający całe moje ciało. Płatki śniegu wdzierały mi się do oczu, więc musiałam je przymknąć. Brnęłam dalej przed siebie, nie widząc zbytnio co robię. Oczywiście musiałam w końcu na kogoś wpaść.
-Uważaj, gdzie idziesz! - usłyszałam gniewną uwagę rzuconą przez innego psa.
Mruknęłam cicho i odrzuciłam kaptur, odwróciłam się, by kryształki lodu nie bombardowały moich i tak już pokrzywdzonych ślepi. Mrugnęłam kilka razy i w końcu, w świetle padającym z wnętrza budynku, zauważyłam stojącego obok mnie osobnika. Zlustrowałam go wzrokiem, na jego pysku nie widać było gniewu, który przecież wyraźnie zaznaczył się w wypowiedzianym przez niego zdaniu. Przyglądał się mi obojętnie, jego oczy nie zdradzały niepokoju, czy zawstydzenia. Patrzył bezpośrednio na mnie, wzrokiem spokojnym, lecz nieugiętym. Po chwili milczenia raczył się odezwać.
- Oh, Morrigan, wybacz. Nie spodziewałem się, że to ty. - powiedział chłodno, bez zbędnych uprzejmości.
Znał mnie, a ja kojarzyłam jego. Był to jeden z nowych łowców, którzy nie mieli okazji uczestniczyć w ostatnich łowach. Przynajmniej tak sądziłam. Aaron poinformował mnie o nowych psach w naszych szeregach, a stojący przede mną mieszaniec pasował to opisu jednego z nich, a mianowicie Conann'a. Nie widziałam nikogo, kto nosiłby podobny naszyjnik. Postanowiłam więc zaryzykować.
-Nic nie szkodzi. Witaj Conann. - przywitałam się obojętnie. Nie chciałam, aby w moim głosie pobrzmiewała niepewność. - Wybacz, że nie porozmawiamy dłużej, ale się śpieszę.
Ruszyłam szybko na przód, lecz po kilku krokach zatrzymałam się. Spojrzałam za siebie, w kierunku drzwi, przez które właśnie przechodził pies. Naszła mnie myśl, że przydałby mi się kompan w podróży. Obecność drugiej istoty znacząco podnosi szanse na przeżycie podczas takiej wędrówki. Nie uważałam się bynajmniej za bezbronną, jednak liczebność ma znaczenie.
-Hej! - krzyknęłam za nim. - Jak sobie radzisz w walce?
Odwrócił się nieco zaskoczony moim pytaniem. Wyraził to podniesioną brwią, nie pozwolił sobie na żaden inny gest. Widocznie oczekiwał na dalsze wyjaśnienia, mojego jakże bezsensownego pytania.
-Nie chciałbyś się może wybrać do Lapsae? Przydałoby mi się towarzystwo w podróży. Chyba zdążyłeś już dowiedzieć się co czyha na nasze życie w dziczy. Nawet z obcym jakoś lżej być rozszarpywanym przez mantikorę.
-Cóż. Właśnie stamtąd wróciłem i perspektywa wracania tam przez zamieć nie wydaje mi się szczególnie pociągająca. - odpowiedział spokojnie. Odwrócił się w stronę drzwi karczmy i zniknął w jej wnętrzu.
-Ach tak. - mruknęłam do siebie.
Spojrzałam na drogę przede mną. Mogłam iść dalej, zostawić mieszańca w Litore i nie ryzykować jego życiem. Ale cóż. Perspektywa samotnej wędrówki "nie wydawała mi się szczególnie pociągająca". Stwierdziłam, że spróbuję go jeszcze przekonać. Przecież każdy chce się wykazać. Weszłam w ślad za nim do budynku. Usiadłam przy jego stole i spojrzałam na niego z wyczekiwaniem. Odwrócił się, lecz w końcu popatrzył mi prosto w oczy. Nadal obojętny.
-Podobno się śpieszyłaś. - zauważył.
-Jasne. Z pewnością przydam się w Pałacu, jeżeli moje truchło będzie gniło pod drzewem. Wiesz, co? To idealny moment, by pokazać przełożonej na co cię stać.
Wyjęłam z płaszcza manierkę z jeszcze ciepłym napojem i wzięłam łyk. Conann tymczasem przemówił. Chłodno, nie zdradzając żadnych emocji.
-Na co ci się przydam? Nie mam nawet broni. Myślisz, że obronię się zębami, jeżeli rzuci się na mnie stwór pokroju mantikory?
Szybkim ruchem wyciągnęłam nóż i położyłam go na stole.
-Może nie jest to miecz szlachetnego rycerza, czy innego rzeźnika, ale powinno dać ci satysfakcję z posiadania czegoś ostrego, a i ubić da się tym co nieco. Odpocznij sobie chwilę, ogrzej się. Będę czekać w okolicy szpitala. Jeżeli nie będzie cię za pół godziny, idę sama.
Wzięłam ze sobą nóż i wyszłam. Zastanawiałam się, czy pies się zdecyduje. Wolałam wiedzieć, jak radzą sobie w walce moi łowcy.

Connan?
| 1081 słów → 50೧ + 10೧ |

25.02.2018

Od Morrigan cd. Od Remusa

Seter, mimo że nadal nie był do mnie przekonany, postanowił użyczyć mi jednego ze swoich sokołów. Udałam się za nim do jego siedziby, gdzie przechowywał resztę swojej pierzastej zgrai. Powitała go ona głośnym okrzykiem, na co pies odpowiedział mrucząc coś pod nosem. Uśmiechnęłam się na widok stada wrzeszczących zwierząt i ich poirytowanego właściciela. Szybko jednak spoważniałam i zaczęłam przyglądać się ptakom. Wybrałam jednego z nich.
-Ten jest już wytresowany? - zapytałam, na co pies odpowiedział skinieniem głowy.
Wyszedł gdzieś na chwilę, po czym przyniósł metalową puszeczkę na wiadomości. Zwinęłam w jak najcieńszy rulonik wcześniej przygotowaną wiadomość i wsunęłam ją do opakowania. To zostało następnie przywiązane do nogi sokoła, który widocznie się niecierpliwił. Gdy wszystko było gotowe, pies odszedł na pewną odległość, by wypuścić posłańca. Ja tymczasem zaczęłam grzebać w mieszku. Nie sądziłam, że ktoś tak do mnie nastawiony postanowi pomóc mi bezinteresownie. Może i oceniałam go zbyt pochopnie, ale ktoś, kto niedawno trafił do Eos nie miał zawrotnego budżetu. Każdy sol z pewnością mu się przyda. Wyciągnęłam garść monet i położyłam je na stojącym obok pieńku. Zaczekałam, aż sokolnik powróci. Robił to z ociąganiem. Jeszcze przez chwilę przyglądał się przestworzom, w które niedawno wzbił się jego podopieczny. W końcu jednak przydreptał do mnie powoli.
-Dziękuję. - odezwałam się, gdy był wystarczająco blisko.
Skinął tylko głową w odpowiedzi. Skoro uważał, że słowa są nam niepotrzebne, postanowiłam, że również będę ich szczędzić. Ruchem głowy wskazałam na leżące obok pieniądze, a następnie zaczęłam się oddalać. Nie szedł za mną, bo i po co? Jedno było pewne, nie zawiązała się między nami nić przyjaźni, ani jedno cieniusieńkie włókno. Mogłam więc bez zbędnych pożegnań ruszyć z powrotem do Litore. Miałam tam ciekawsze zajęcia.

Odpis mało ambitny, ale jakoś weny nie mam :/
| 278 słów → 10೧ |

23.02.2018

Od Morrigan cd. Od Remusa

Obudziłam się niewielkim pokoiku na piętrze karczmy. Za oknem widziałam jeszcze gwiazdy, lecz pierwsze poranne zorze pojawiały się już na wschodzie horyzontu. Na niebie nie było żadnego śladu po wieczornej burzy śnieżnej, ani jednej chmury. Przez cienkie ściany mogłam usłyszeć równomierne oddechy moich towarzyszy. Wszystko dookoła mnie emanowało spokojem, tak charakterystycznym dla tego nadmorskiego miasteczka. Delikatny zapach soli towarzyszył nieustannie, wdzierał się do nozdrzy z każdym oddechem. W moim przekonaniu woń oceanu nie mogła się równać z igliwiem i ściółką leśną, jednak i ona niosła ukojenie po dniu pełnym wrażeń. Chciałam jeszcze poleżeć na łóżku i upajać się nią, jednak ciężko było mi pozostać na jednym miejscu, gdy słońce wdrapywało się powoli na niebo. Wstałam i przeciągnęłam się nieco. Przypomniał o sobie chłód wpadający do pomieszczenia przez nieszczelne okno. Stwierdziłam, że wybiorę się na spacer po plaży. Rzadko odwiedzam Litore i w ogóle Południowe Wybrzeże, więc chciałam wykorzystać chwile spędzone w tych okolicach. Zeszłam po schodach na parter. W świetle dogasających palenisk widziałam łowców leżących na specjalnie dla nich rozłożonych skórach. Większość z nich spała. Niektórzy leżeli w bezruchu. Gdy mnie zobaczyli, podnieśli głowy, ale pozwoliłam im odpoczywać. W pełni im się to należało.
Wyszłam na kamienne ulice miasta. Zalegało na nich mnóstwo śniegu, który utrudniał poruszanie się. Mimo tej przeszkody, szybko wyszłam za mury miasteczka i znalazłam się na drodze prowadzącej na plażę. Tutaj warunki wcale się nie polepszyły, a wręcz przeciwnie, śnieżna pokrywa wydawała się głębsza niż w Litore. Nie odpuściłam sobie jednak zaplanowanego spaceru. Na wschodniej części nieba coraz wyraźniej malowały się żółte i różowe wstęgi światła. Doskonale słyszałam fale wpadające na piaszczystą plażę i uderzające o nadbrzeżne kamienie oraz okrzyki mew, które mimo wczesnej godziny przeszukiwały już sterty wodorostów wyrzuconych przez sztorm. Wkrótce i ja przechadzałam się po zimnym, wilgotnym piasku. W przeciwieństwie do ptaków nie interesowały mnie glony. Chciałam się zwyczajnie poruszać, więc przyspieszyłam do truchtu. Moje łapy raz po raz zanurzały się w lodowatej wodzie, co jedynie motywowało mnie do szybszego biegu. Po pewnym czasie biegłam już bez opanowania, zwyczajnie ciesząc się tą chwilą. Musiałam wyglądać jak szczenie, które pierwszy raz jest na plaży, ale nie obchodziło mnie to. Mało kto kręcił się o tej porze w tej okolicy. Słońce wzeszło już na dobre. Postanowiłam wrócić do karczmy, by zjeść jakieś śniadanie, a następnie wybrać się do szpitala. Chciałam wiedzieć jak czują się łowcy pokiereszowani poprzedniego dnia przez dzika.
Wróciłam po swoich śladach, więc tym razem przeprawa przez zaspy zajęła mi mniej czasu. Ulice powoli były odśnieżane, więc po Litore można było się swobodnie poruszać. Weszłam do karczmy, w której wyraźnie unosiła się woń owsianki. Przy stołach siedzieli już moi towarzysze. Większość z nich jadła już z drewnianych misek, inni stali  w kolejce by nabrać sobie strawy z postanowionego na ogniu naczynia. Dołączyłam do nich. W końcu udało mi się zjeść posiłek. Za nocleg i jedzenie zapłaciliśmy już poprzedniego dnia, więc mogłam udać się prosto do szpitala. Tam powitała mnie energiczna pielęgniarka. Mówiła niezwykle szybko, więc wytłumaczenie mi jakie zabiegi przeszli poszkodowani nie zajęło jej długo. Zapewniała, że nie minie długo, gdy znów zaczną chodzić, ale przestrzegła, żeby nie wysilali się zanadto. Słuchałam tego śmiejąc się w duchu, a zarazem podziwiając jej tempo. Mi zapewne  poplątałby się język. Psy leżące obok nas, owinięte bandażami, miały wyraz pyska, jakby słyszały tą gadkę co najmniej kilkanaście razy, co w sumie nie byłoby dla mnie sporym zaskoczeniem.
W końcu zakończyłam wizytę w szpitalu. Ranek był słoneczny i nie zapowiadało się na pogorszenie pogody. Łowcy powoli wracali do swoich domów, niektórzy kręcili się po ulicach Litore. Stwierdziłam, że pozostanę tutaj jeszcze na jeden dzień. Musiałam jednak wysłać list do Aarona. Z pewnością zamartwia się z powodu wczorajszej burzy śnieżnej. Rozumiem go, ale jego opiekuńczość bywa czasem męcząca. Carrow został w Lapsae, nie brałam go ze sobą na polowanie, więc musiałam dotrzeć do najbliższego miejsca, by przesłać wiadomość. Oczywistym wyborem stała się najbliższa strażnica. Postanowiłam udać się tam natychmiast.
Wyszłam z miasta i ruszyłam na zachód, ścieżką wydeptaną wśród drzew rosnących nieopodal plaży. Towarzyszył mi świergot ptaków, które licznie przesiadywały na ich gałęziach. W końcu dotarłam na niewielką polankę. Usłyszałam okrzyk sokoła. Znałam go dobrze, bo w końcu mój towarzysz był przedstawicielem tego gatunku. Następnie zauważyłam psa z łańcuchem w pysku. Na drugim jego końcu miotał się skrzydlaty drapieżnik. Przechyliłam głowę i przyjrzałam się im z ciekawością. Nie przypominam sobie, żebym spotkała wcześniej tego setera. Było to bardzo prawdopodobne. Ciągle przychodzi mi mijać nieznajomych, a Aaron co chwilę wybiera się na Ziemię. Po chwili szarpania się z ptakiem, obok mnie znalazł się nieświadomy tego osobnik. Upadł i wypuścił metal z pyska, lecz natychmiast go złapał. Spojrzał na mnie nieco zdezorientowany. Nie odezwałam się słowem, co chyba jeszcze bardziej zbiło go z tropu. On również nie zamierzał rozpocząć rozmowy, może przez łańcuch w pysku, może przez nieśmiałość lub nie ufność. Nie ważne z jakiego powodu nie zanosiło się na konwersację, postanowiłam to zmienić. Nie chciałam zwyczajnie zostawiać go tutaj i iść dalej.
-Pomóc ci może?- zapytałam, po czym pośpiesznie się przedstawiłam. -Jestem Morrigan, przywódczyni.
Ktoś może nie rozumieć, czemu za każdym razem, gdy ujawniam swoje imię, podaję także pozycję. Ja chcę jednak szczerze uświadomić rozmówcy z kim ma do czynienie, nie konieczne z pychy.
Pies wypowiedział kilka niezrozumiałych słów, z zębami zaciśniętymi na metalowych ogniwach. Stwierdziłam, że nie będę czekać na wyraźną zgodę, w szczególności, że sokół po raz kolejny wyrwał się seterowi. Pomogłam sobie telekinezą, by zatrzymać go w miejscu. Musiał się mocno zdziwić. Najwidoczniej wcześniej nikt go tak nie potraktował.
Jego (najwyraźniej) właściciel popatrzył na unoszącego się bezwładnie ptaka, a następnie na mnie. Zlustrował mnie dokładnie wzrokiem, a następnie spojrzał głęboko w oczy. Było to nieco krępujące, lecz trwałam w bezruchu czekając na jakiekolwiek słowa z jego pyska. Doczekałam się. Burknął coś niezrozumiale. Dosłyszałam pojedyncze słowa i domyśliłam się ich znaczenia "nie prosiłem o pomoc". Gdybym miała zły humor, puściłabym sokoła i niech biega łajdak za łańcuchem, ale miałam tego dnia wyjątkowe pokłady cierpliwości. Pozwoliłam sobie obejrzeć dokładnie nieznajomego. Nosił ślady ciężkiego żywota. Życie przykro go doświadczyło, co widać było nie tylko w jego okaleczonym ciele, ale i samym zachowaniu. Miał w sobie sporą dawkę nieufności, charakterystyczną dla osób tego typu. Najwyraźniej nie życzył sobie mojego towarzystwa, ale mi przydałaby się jego pomoc. Natknęłam się najpewniej na sokolnika, a właśnie jego potrzebowałam w tym momencie.
-Piękny sokół.- powiedziałam. Zdążyłam już zauważyć w jak dobrej formie jest drapieżnik. Pies spojrzał na niego kątem oka, ale nie odezwał się słowem. Może nie darzył sympatią swojego podopiecznego, a może (co bardziej prawdopodobne) nie darzył ją mnie.
Westchnęłam.
-Możesz mi pomóc? Potrzebuję przesłać list do Pałacu. Przestań zachowywać się jak spłoszony futrzak. Nie musisz się mnie obawiać. To, że noszę broń nie oznacza, że chcę od razu rozszarpać cię na strzępy i rzucić ghulom na pożarcie.- z każdym słowem mój głos stawał się głośniejszy.
Wspominałam coś o pokładach cierpliwości? Najwyraźniej nastąpiło nagłe na nie zapotrzebowanie i wyparowały w przeciągu dwóch zdań. Porównanie do spłoszonego futrzaka nie przypadło jednak seterowi do gustu. Czułam, że za chwilę zwyczajnie odejdę.

(Remus?)
| 1165 → 65೧ |

22.02.2018

Od Morrigan

 O świcie zaczęłam przygotowywać się do polowania. Aaron natomiast wybierał się po raz kolejny na Ziemię. Krzątał się po całej komnacie, podczas gdy ja zajmowałam się swoim łukiem. W końcu pożegnałam się z nim i wyszłam z Pałacu. Wcześniej powiadomiłam już łowców o nadchodzących łowach, więc szereg znanych mi psów ustawił się na dziedzińcu. Wśród nich był Oscar, którego zdążyłam poznać w Lapsae poprzedniego dnia. Przywitałam się z nimi i oznajmiłam, że ruszamy na południowe obrzeża Puszczy. Dawno tam nie bywaliśmy, a starałam się dobrze planować miejsca polowań, by nie eksploatować nadmiernie zwierząt na jednym terenie. Podróż trochę zajmie, więc postanowiłam wyruszyć wczesnym rankiem.
Podążaliśmy szlakiem prowadzącym w stronę Vall. Nie szliśmy w żadnej zorganizowanej formacji. Łowcy oddali się pogawędkom lub rozglądali się zwyczajnie na boki, węsząc. Minęliśmy w końcu wodospad i przed nami ukazała się ściana drzew. Stwierdziłam, że wejdziemy w ich głąb, lecz nie oddalając się zbytnio od granicy lasu, będziemy podążali na południowe wybrzeże. W gąszczu poczułam się o wiele lepiej. Przyspieszyłam i zaczęłam węszyć. Inni podążyli za mną. W końcu dotarliśmy w odpowiednią okolicę. W białym puchu widoczne były tropy jeleni. Przyglądałam się im przez krótką chwilę. W powietrzu unosił się jeszcze zapach zwierzyny, a ślady pozostawiono w świeżym śniegu. Z całą pewnością nasza potencjalna zdobycz znajdowała się gdzieś w pobliżu. Ruszyliśmy truchtem. Każdy skupił się na swoim zadaniu. Oprócz mnie, jeszcze dwóch łowców miało ze sobą łuki. To my mieliśmy zaatakować jako pierwsi. Reszta rzuci się do pościgu za rannym zwierzęciem lub zaatakuje w razie naszego niepowodzenia.
Po kilku minutach ujrzałam wśród drzew pierwszą łanię. Stała jednak w zbyt dużej odległości by oddać strzał. Szeptem wskazałam ją więc swoim towarzyszom i zaczęliśmy się zbliżać w jej kierunku. Nie była sama. Nieopodal pożywiały się jeszcze trzy inne jelenie. Obraliśmy sobie za ofiary dwie największe samice. Wyciągnęłam łuk i nałożyłam strzałę na cięciwę. Inni łucznicy zrobili to samo. Wymierzyli w jedną z łani, ja celowałam w drugą. Łowcy w napięciu oczekiwali na swoją kolej. Broń zagrała złowróżbną pieśń, a trzy pociski ruszyły w stronę już zaalarmowanych zwierząt. Celowałam w serce, lecz nagły ruch celu, spowodował, że strzała przebiła co najwyżej płuco. Pozostali mieli więcej szczęścia. Jeden z nich trafił w najczulszy punkt i zdobycz upadła już po kilku susach. Moja ofiara skoczyła w gęstwinę, lecz inni łowcy ruszyli w szaleńczym pościgu. Pobiegłam za nimi. Trójka pozostała, aby zająć się zdobyczą. Noże błysnęły w słońcu, by następnie zatopić się w szkarłacie.
Kolczaste krzewy targały sierść gnających przede mną myśliwych. Doskonale widziałam jasnoczerwony szlak wytyczany przez ranne zwierzę. Łatwo można było rozpoznać natlenianą krew płucną. Z całą pewnością chybiłam. Przygnębiłam się tym nieco. Trenowałam bardzo pilnie, aby nie popełniać błędów. Nie oznaczało to bynajmniej porażki. Łowcy dogonili jelenia. Kąsali mu nogi, by spowolnić go w biegu. W końcu udało im się go dopaść, a jeden z nich rzucił się mu do gardła. Jedno porządne ugryzienie zmiażdżyło tchawicę i rozerwało naczynia krwionośne. Nie zawsze korzystamy podczas polowania z ostrzy. Nadal kieruje nami pierwotny instynkt, który nakazuje używać swoich kłów. To czasem skuteczniejsze niż telekineza, a z całą pewnością łatwiejsze. Umorusany krwią pies dyszał ciężko. W oczach błyszczały iskierki satysfakcji. Pochwaliłam go, a on skinął z wdzięcznością. Znów zalśniło ostrze noża. Zwierzę oprawiono, a mięso ułożono na specjalnie przygotowanych saniach. Dwóch łowców zgodziło się na ich ciągnięcie. Wszyscy wróciliśmy do miejsca, w którym padła druga łania. Na szkarłatnym śniegu czekała trójka, która pozostała, by ją oprawić. Wyruszyliśmy w drogę powrotną przez Puszczę.
Znów rozległy się rozmowy, niektórzy gratulowali zasłużonym dla tych łowów. Do mnie natomiast podszedł Oscar. Stwierdził najwidoczniej, że to dobry moment na pogawędkę. Zgodziłam się zamienić z nim kilka zdań. W sumie chciałam doświadczyć nieco towarzystwa.

Oscar?
| 607 słów → 30೧ | Polowanie → 10 PU |

19.02.2018

Od Morrigan cd. Od Oscara

Śnieg prószył delikatnie, gdy przemierzałam las porastający okolice Forum. Nagie korony drzew kołysały się lekko na wietrze. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, z jakiej to przyczyny opuściłam ciepłą komnatę Pałacu i wybrałam się na ten spacer. Wilgotne powietrze jedynie potęgowało panujący na zewnątrz chłód.
-Musiało mi się na prawdę nudzić...- mruknęłam zaraz po tym, jak czapa śniegu zsunęła się z drzewa, metr obok mnie.
Słońce znajdowało się za chmurami, więc krajobraz wcale nie przypadł mi do gustu. Mogłabym się jeszcze rozwodzić nad tym, jak niezadowolona byłam z tej wyprawy, lecz mam wrażenie, że mało kogo obchodzą moje kaprysy.
Stwierdziłam, że najlepiej zrobię jeśli wrócę do Lapsae. Niekoniecznie do Pałacu, bo Aaron już dawno wyruszył na Ziemię po kogoś nowego, a nikt interesujący nie kręcił się po zimnych korytarzach twierdzy. Wizyta w karczmie nie wydawała się głupim pomysłem. Ruszyłam przez zaśnieżony las w kierunku górujących nad koronami drzew, wież.
Szelesty w dziczy nie powinny nikogo dziwić. W końcu cały ten świat żyje, zwierzęta nieustannie przemierzają gęstwinę i nie raz zdarzy im się wywołać jakiś hałas. Jednak dźwięki, jakie słyszałam za sobą nie opuszczały mnie przez dłuższą chwilę. Starałam się nie okazywać, że się nimi w ogóle przejęłam. Czułam się śledzona i oto uczucie ani myślało zniknąć. Drogę do miasta pokonałam stale nasłuchując, lecz nie odwracając zbyt często. Raz zrobiłam to gwałtownie, by upewnić się, że nikt nie idzie bezpośrednio za mną. Ktokolwiek to był, krył się w gąszczu.
Nie sądziłam, że kamienne ulice Lapsae kiedykolwiek przyniosą mi ulgę. Przechadzały się po nich psy, które w razie mojego zabójstwa będą świadkami. Uśmiechnęłam się na tą myśl. Weszłam do miasteczka, przechodząc obok stanowiska strażników miejskich. Wartownik skinął mi, ja odwzajemniłam gest, a następnie skierowałam się do karczmy. Było zimowe popołudnie, więc kucharze uwijali się przy paleniskach. Dym, który się z nich unosił, nieskutecznie próbowano usunąć z pomieszczenia przez otwarte okna. W rezultacie jego warstwa unosiła się w powietrzu, lecz nie przeszkadzała znacząco w oddychaniu. Usiadłam przy jedynym wolnym stole, w kącie sali. Przy pozostałych odbywały się przyjacielskie spotkania lub zajmowały je psy, które zwyczajnie chciały zjeść obiad poza domem.
Podeszła do mnie młoda suczka - kelnerka. Przywitała się i odebrała moje zamówienie. Stwierdziłam, że zamówię ciepłą zupę. Czekając na posiłek, wyglądałam przez okno. Wychodziło ono na targ. Między stoiskami z bronią kręcił się nieznany mi owczarek niemiecki. Poważnie zaczęłam zastanawiać się, czy nie to nie on podążał za mną w lesie. Nigdy go nie widziałam, mógł być szpiegiem. Nie lubiłam wyciągać pochopnych wniosków, więc postanowiłam go obserwować. Przyglądał się nożom wystawionym na sprzedaż przez miejscowych rzemieślników. Niczego jednak nie kupił. W końcu ruszył w kierunku karczmy i wszedł do jej środka. Na moje nieszczęście, jedyne wolne miejsce znajdowało się przy moim stole. Pies ruszył w moim kierunku. Nie wydawał się jednak zachwycony tą koniecznością.

Oscar?
| 460 słów → 20೧ |