Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscar. Pokaż wszystkie posty

11.01.2019

Od Oscara cd. Voodoo

Spojrzałem ze zniecierpliwieniem na Yasmin. Włóczyła się za mną, niosąc swoją torbę i głośno narzekając na głęboki śnieg, przez który szliśmy.
-Nie mogłeś wybrać jakiejś wydeptanej drogi? Przecież ja się tutaj zaraz zapadnę! - wykrzyczała, podnosząc wysoko łapy.
-Nie przesadzaj, nie jesteś ode mnie wiele niższa, a ja sobie radzę. - prychnąłem i uśmiechnąłem się do niej.
Po co ją targam przez zaspy? Chyba zostałem kurierem bo dostałem kolejne zlecenie na zakupy na rynku w Lapsae. Jeszcze trochę i zaczną się zastanawiać czy nie zostaję jakimś alchemikiem, bo to znów składniki eliksirów. Chyba postanowili wyposażyć się w broń chemiczną, czy coś w tym rodzaju, bo to niemalże same toksyczne i potencjalnie niebezpieczne roślinki. Ale cóż. Postanowiłem zabrać ze sobą Yas, niech się trochę zrehabilituje w oczach Cerys, bo przecież była tak blisko dostania się do Oriona. Wystarczyłoby żeby była w stanie podnieść łuk i strzelić... Eh.
-Chodź, chodź, bo zaraz ci łapy odmarzną. Niedaleko jest główna droga, tam jest już mniej śniegu.
Pobudzona tą wiadomością suczka, wykonała kilka susów i się ze mną wyrównała.
-Gdzie? Nic nie widzę! Tylko śnieg. I drzewa. I kamienie. I tego rudego... - zaczęła wymieniać.
-Rudego, co? - zdziwiłem się, ale po chwili zrozumiałem, że miała na myśli psa, który hasał wesoło po ścieżce za drzewami.
-Kryć się? - zapytała niezbyt dyskretnie.
-Czemu? Przecież po prostu idziemy do stolicy. - odpowiedziałem równie głośno.
Zauważył nas i widocznie przyjaźnie nastawiony, ruszył w naszą stronę. Zatrzymałem się, a Yasmin zrobiła to samo.
-Witajcie, mam na imię Voodoo. Wiecie może, co to za miejsce? - odezwał się wesołym tonem.
-Las, jak mniemam. - odparłem i ruszyłem kilka kroków, a Yas parsknęła.
-Och, doprawdy? Dziękuję za oświecenie miły panie. - odpowiedział pies zadziornie i skoczył, by zastąpić mi drogę.
-Tak. Zwyczajny las. Tam jest droga do stolicy, a my idziemy z Litore. Jesteś tutaj nowy? - tym razem byłem milszy, co zadowoliła rudego.
-Yhm. Niedawno mnie przyprowadzili. Wy też jesteście z Ziemi?
-Tak. Jestem Oscar, a ta istotka z tyłu to Yasmin.
-Miło mi. - ukłonił się grzecznie w patrząc na suczkę, która rozpaczliwie próbowała pozbyć się grudek śniegu z sierści.
-Możemy już iść do Lapsae? Mam dość zimna. Idźmy do karczmy! - zaproponowała wesoło.
-O nie, nie, nie... Idziemy kupić zioła na rynku i nic poza tym. - odpowiedziałem stanowczo.
Brakuje mi tylko nieprzytomnej Yasmin, którą trzeba będzie zgarniać ze stolicy.
-A, to szkoda. Myślałem, że się ze mną rozejrzycie. Na razie mieszkam w jaskini, ale wolałbym raczej zamieszkać w mieście.
-Spokojnie, możesz z nami iść i zastanowimy się na miejscu. - zaproponowałem, a on skwapliwie pokiwał głową.
-W drogę! - zarządziła Yasmin i skacząc jak sarenka ruszyła przed siebie.
Zatrzymała się po chwili, odwróciła i spojrzała na mnie zdezorientowana.
-Too... Gdzie ta droga? - zapytała z lekkim uśmiechem.


Po kilkunastu minutach byliśmy już mieście. Znów ten gwar, przekrzykiwania się kupców i oczywiście kuszący zapach dymu, dobywający się z karczmy. Nie. Jest nam zimno, ale muszę pilnować Yas. Szła u mojego boku i rozglądała się ciekawsko. Nie  odezwała się słowem nawet, gdy mijaliśmy karczmę. Za to Voodoo był znacznie bardziej rozgadany. Zdążyłem się dowiedzieć, że jest bezrobotny, ale fascynuje go magia i będzie się jej uczył, że zdarzyło mu się już porazić prądem zająca, więc sądzi, że elektryczność to jego moc, że miał mnóstwo rodzeństwa i że był sportowcem. Coś jeszcze? Z pewnością. On gadał, a ja szedłem w milczeniu, co jakiś czas grzecznie potakując. Gadał nawet kiedy targowałem się z kupcem. Skoro już o targowaniu mowa... Gdy tylko odszedłem od stoiska zauważyłem, że Yasmin nie ma w okolicy.
-Wu.. Łudu... Ech, Dusiek! Gdzie Yasmin? - zapytałem zaniepokojony.
-Co? - zamrugał zdezorientowany.
-Ech... Polazła. Dobraa. Nie będę jej pilnował jak małolata. Może da sobie radę, nie będę jej szukał. Pójdziemy potem do karczmy i może ją znajdziemy... Czego potrzebujesz Voodoo? Może poszukasz mieszkania w stolicy? - zaproponowałem.

Voodoo?
| 620 słów → 30೧ |

5.01.2019

Od Oscara cd. Od Commodusa

Spędziłem przy Horusie jeszcze kilka godzin, ale on, mimo że przez cały czas leżał przy ogniu i był przykryty skórami, nie obudził się. Jego oddech, początkowo płytki, wrócił do normy, jednak pies pozostawał nieprzytomny. Miałem poczucie winy, wiedziałem że coś jest z nim nie tak, ale nie zareagowałem, pozwoliłem mu po prostu odejść. Ale... Przecież to nie szczenię! Czemu miałbym się o niego martwić? No właśnie... Chyba powinienem. Przez cały czas zdarzyło mi się raz usnąć u jego boku. Piętnaście minut drzemki, nic więcej. Obudził mnie Horus, miał drgawki. Zawołałem medyka, a on szybko zaczął podawać wojownikowi jakiś napar. Uspokoił się.
-Niedobrze. To była ostatnia dawka. Nie mam już więcej tego zioła, a rośnie tylko latem. Ktoś musi iść do Lapsae i go dokupić. - zaczął się skarżyć medyk.
-Jak się nazywa? Mogę to zrobić, czuję że muszę się jakoś przydać, a na razie tylko przy nim siedzę. - zwierzyłem się mu.
-Dobrze w takim razie. To skiernik złocisty. Nie jest to zwykłe zioło, więc może być droższe, ale cóż, jakoś ci to wynagrodzę. Jest przechowywany w fiolkach z wodą, rozpoznasz go jeżeli znajdziesz odpowiedniego handlarza.
-Nie musisz mi tego wynagradzać. Ważne, żeby Horus wyzdrowiał, bo chyba zacząłem go traktować jak członka rodziny. - parsknąłem, choć sytuacja nie była za wesoła.
Rzeczywiście, Horus często nas odwiedzał i stał się naszym bliskim przyjacielem.
-Dobrze, ruszam. Tylko zgłoszę to Cerys. - poinformowałem psa i ruszyłem truchtem do głównego namiotu.

Stwierdziłem, że nie będę wracał się do Litore, żeby wsiąść na sanie i pojechać do Lapsae. Puszczę od stolicy nie dzieliła ogromna odległość, a stan Horusa był w miarę stabilny. Wziąłem niewielkie sanie i jedną jelenią tuszę, którą upolowali dzisiaj inni łowcy. Jestem myśliwym, wracam z Puszczy ze zdobyczą, żeby sprzedać ją w Lapsae. Wszystko jasne i spójne. Ładunek nieco mnie spowalniał, ale dziarskim truchtem pokonywałem kolejne kilometry, żeby po około pół godziny ujrzeć baszty Pałacu. Skręciłem na zachód, by skierować się do miasta i już po chwili szedłem po wyłożonych brukiem uliczkach. Zawitałem w karczmie, by sprzedać mięso. Otrzymałem kilka monet i mogłem wyruszyć na targ. Szybko znalazłem kilka straganów z ziołami, ale na żadnym nie dostrzegłem fiolek ze skiernikiem. Dotarłem do części targu, w której stoiska mieli alchemicy i sprzedawcy amuletów. I właśnie tam, wśród eliksirów, dostrzegłem pojedynczą fiolkę ze złotym kwiatem.
-Przepraszam!- zwróciłem na sobie uwagę sprzedawcy, nieco niższego ode mnie airedale teriera. - Czy to skiernik złocisty?
Pies zdziwił się nieco i odwrócił, a na jego pysk wstąpił wyraz zrozumienia.
-To zioło w fiolce? Tak, to skiernik. W czym mogę pomóc? - zapytał. Zauważyłem, że przybrał minę dobrze mi znaną, minę sprzedawcy, który wyczuł możliwość zysku.
-To świetnie się składa. Chętnie go kupię. - zacząłem ostrożnie tłumaczyć, żeby pies nie poczuł się zbyt pewnie.
-Nie wiem, czy nie zauważyłeś, mój chłopcze, ale nie handluję ziołami. Sprzedaję eliksiry, a ten skiernik jest mi potrzebny do produkcji.
-Ach tak? Cóż, nigdzie nie mogę go znaleźć. Może jednak jest cena, która pana zadowoli? - poruszyłem się lekko, aby monety w mieszku wydały tak bliski kupcom dźwięk.
-Doprawdy? Rzeczywiście o tej porze jest trudno dostępny. Prawdziwy rarytas. - uśmiechnął się.
-Cena? - zapytałem zniecierpliwiony.
-Hmm... Skoro tak go potrzebujesz... Może trzysta soli?
-ILE? Nie przesadzajmy... Pójdę poszukać gdzie indziej... - prychnąłem i zacząłem się oddalać.
-Poczekaj, poczekaj! Może się dogadamy! - krzyknął za mną, a ja uśmiechnąłem się z satysfakcją.
-Mam propozycję... Kupię od ciebie eliksir, a zioło dostanę w komplecie.
-Nie ma mowy, ale wybierz eliksir, może się dogadamy.
-W takim razie... Experium. Ile?
-250.
-Bez przesady. Inni są w stanie sprzedać mi go za 220.
-Ale inni nie są mną, słynnym w całym Eos alchemikiem, który... - zaczął wywód.
-Dobrze, dobrze. Wystarczy. Wezmę go za 250, ale zioło w pakiecie. - zaproponowałem.
-To zioło jest teraz bardzo cenne...
-280.
-Potrzebuję go... - mruknął niecierpliwie, ale wiedziałem, że kusiła go ta propozycja.
-To może trzysta? Experium i zioło. Ostatnia moja oferta. Kto od ciebie kupi zioła? Przecież to jedyna taka propozycja! - zachęciłem go.
-Zgoda. - westchnął.
Podał mi fiolkę i eliksir, a ja dałem mu mieszek z odliczonymi solami.

Szedłem zadowolony z siebie ulicami Lapsae. Interes życia. Nagle usłyszałem spanikowane głosy innych psów. "Pali się! On się pali!". Podbiegłem do miejsca zamieszania i dostrzegłem bordera, którego łapa zajęła się ogniem. Chwyciłem wiadro z... wodą... Tak... Zapewne wodą. Nie ważne, czym była jego zawartość, oblałem nią łapy psa, a te zgasły. Wrzawa się skończyła, a pozostały tylko niezadowolone psy i ich wredne uwagi.
-Musisz trochę uważać. - uśmiechnąłem się do niego. -Jesteś tutaj nowy, prawda?
-Tak, dopiero mnie tu przyprowadzono. - odparł nieśmiało.
Przedstawił się i poprosił, abym go oprowadził. Nie bardzo podobała mi się ta myśl, śpieszyłem się do Puszczy, ale pomyślałem, że po drodze mogę mu co nieco pokazać.
-Nie pokażę ci całych terenów, ale chętnie zaprowadzę cię do Litore. To naprawdę ładne miasteczko na południu, nad morzem. Często się tam zatrzymuję, bo mieszkała ta wcześniej moja partnerka i chwilowo zajmujemy jej dom. Może się rozejrzysz i stwierdzisz, że tam zamieszkasz? Chyba lubisz ciepło? - parsknąłem spoglądając na iskierki, które wydobywały się z łap Caiusa.
-Czemu nie? To zawsze coś. - stwierdził i wziął w pysk fragment Kryształu.
-Hola, hola. Spokojnie, nie musisz go nosić za sobą. Wystarczy go raz dotknąć w Grocie Wyroczni. Chyba, że wolisz go zatrzymać jako pamiątkę. - uśmiechnąłem się i telekinezą przeniosłem kryształ do swojej sakwy.
-Hmm... Dobrze. - zgodził się niepewnie.
-Dostałeś już sole na drobne wydatki i mieszkanie? - zapytałem, a on pokiwał głową. -Proponuję w takim razie kupić ci jakąś sakwę, żebyś nie musiał wszystkiego nosić w pysku.
Podszedłem do stoiska ze skórzanymi torbami i wybrałem jedną, która na oko była odpowiednia dla Caiusa. Przymierzyłem na ją na nim i stwierdziłem, że będzie dobra. Zgodził się ze mną i podał mi mieszek z monetami, a ja wyciągnąłem telekinezą kilka i zapłaciłem sprzedawcy. Pies z zaciekawieniem przyglądał się latającym solom. Kiedy odeszliśmy, zapytał mnie cicho:
-Ja też tak mogę? Tak, żeby przedmioty latały?
Uśmiechnąłem się delikatnie i pokiwałem głową.
-Możemy to przećwiczyć po drodze, ale teraz chodźmy. Muszę się śpieszyć, bo mój przyjaciel potrzebuje pomocy. - powiedziałem i przyspieszyłem, a border ruszył za mną.
Truchtaliśmy, Caius z łatwością dotrzymywał mi tempa, więc droga szła gładko. Ciągnąłem za sobą sanie zabrane z obozu.
-Teraz idziemy na południe, do mojego domu. Zaraz miniemy Forum, czyli miejsce, gdzie odbywają się zebrania. Możesz tam czasem zdobyć jakieś zlecenie... A właśnie! Jaką profesję wybrałeś?
-Strażnik terenów. - odpowiedział z uśmiechem.
-Ach tak? A wiesz już gdzie będziesz stacjonował? - zapytałem.
-Jeszcze nie, muszę najpierw wybrać miejsce zamieszkania.
-No tak... Wracając. Tamta płaska skała na polanie. Widzisz tablicę z boku? Możesz tam coś ogłosić. Kręci się tutaj sporo psów. A teraz pójdziemy dalej.

I tak mijała nam droga, aż nie dotarliśmy do Litore. Zaprowadziłem Commodusa do mojego domu, bo chciałem mu pokazać mapę terenów sfory. Wszedłem do domu, a Lady przywitała mnie od razu głośnym: "Gdzie się włóczyłeś??". Przedstawiłem jej Caiusa i wytłumaczyłem po co go przyprowadziłem. Wyciągnąłem też fiolkę ze skiernikiem.
-Horus wpadł do rzeki. Opiekuje się nim nasz medyk. Zanieś to do niego, bardzo cię proszę, a ja zajmę się naszym gościem.
-Obóz? - zapytała szeptem, a ja pokiwałem głową.
-Dobrze, już idę. Zajmij się Aragonem, siedzi w kąpieli. - mruknęła i poszła po swój ekwipunek.
Tymczasem ja podszedłem do stołu, przy którym siedział Commodus i rozglądał się ciekawsko. Z półki zdjąłem zwiniętą w rulon mapę Eos i rozwinąłem ją na blacie.
-Dobrze. Teraz pokażę ci, gdzie co jest i gdzie są strażnice...

Commodus?
Oscar kupuje Experium i zioło, które oddaje medykowi. Opiszę skiernika kiedyś.
| 1217 słów → 60೧ + 10೧ | Zakup: Experium → -220೧ |

31.12.2018

Od Oscara cd. Od Horusa

Wściekła Lady chodziła w te i we w te po całym domu. Yasmin została przeniesiona do swojego pokoju i spała słodko w oparach alkoholu. Siedziałem przed kominkiem, a czarna suczka mrucząc pod nosem, przemykała raz po raz za moimi plecami. Wiem, że pokładała w Yasmin nadzieję, chciała ją wprowadzić w środowisko Oriona i wierzyła, że Morrigan doceni dobrą łuczniczkę. A teraz? Wiem, że w karczmie przebywały psy z Obozu, przecież sam z nimi rozmawiałem. Wystarczy tak niewiele. Cerys nie przyjmie kogoś, kto od tak, w środku dnia wypija kilkanaście kufli piwa i resztę przesypia na  ladzie baru. Przecież opiekowała się w międzyczasie szczenięciem. No właśnie...
-Lady, gdzie jest Aragon? Nie wrócił jeszcze? - zapytałem wyraźnie zaniepokojony.
-Ara... No nie! Gdzie go ostatnio widziałeś?
-Na targu... Pójdę po niego, zaczyna się robić ciemno.
Zimą słońce zachodziło o wiele szybciej. Wziąłem swoją sakwę i wyszedłem z domu. Na świeżym śniegu zauważyłem ślady biegnące ścieżką na północ. Pewnie należały do Horusa. Horus... Poszedł w stronę wodospadu. Chciał iść nad wodospad. Mógł iść do Obozu... Ale chciał iść nad wodospad. Nie, nie. On coś sobie zrobi, ja to wiem. Wpadłem do domu.
-Idź po Aragona! Ja muszę sprawdzić czy Horus nie robi czegoś głupiego...- rzuciłem w stronę Lady i wybiegnąłem. Kierowałem szedłem szybkim truchtem po śladach owczarka i gdy tylko wypadłem z miasta, ruszyłem biegiem. Wkrótce usłyszałem wodospad, ale odetchnąłem z ulgą, bo Horus skręcił do Puszczy. Zwolniłem nieco, ale postanowiłem dalej za nim podążać. Cerys wyraźnie zaznaczyła, że idąc do Obozu trzeba zatrzeć ślady. On tego nie zrobił. Wziąłem do pyska jodłową gałąź i zrobiłem to za niego, pomagając sobie od czasu do czasu podmuchem powietrza. Nie wyglądało to zbyt naturalnie, ale nikt postronny  nie domyśliłby się, że ktoś tędy ostatnio szedł. Tymczasem ślady Horusa zmieniły bieg i wyraźnie zaczął kierować się nad rzekę, która dalej przepływała przez Obóz. Nie podobało mi się to... Rzuciłem gałąź gdzieś w krzaki i ruszyłem pędem za tropem. Dotarłem nad brzeg, w miejsce, gdzie stała niewielka ławeczka. Ślady wyraźnie wskazywały, że Horus wszedł do rzeki, ale z niej nie wyszedł. Przeklnąłem pod nosem i rzuciłem się biegiem wzdłuż brzegu. Nigdzie go nie widziałem. Jego, czy chociażby jego zwłok. Czułem ból głowy. Aż tak się stresowałem? Przecież on gdzieś musi być, może dopłynął i tam co wyłowili? Mam nadzieję...
I wtedy to zobaczyłem. Leżał na brzegu, w nienaturalnej pozie. Na jego ciele siedział, kruk, który wzniósł się w powietrze z krakaniem, gdy podszedłem bliżej. Upadłem przy nim i poczułem jak oczy robią mi się wilgotne. Chciałem go dotknąć, całego we krwi. Wyciągnąłem szyję, by dotknąć go pyskiem i wtedy uświadomiłem sobie, że nie czuję krwi. Tylko mokrego psa...
Wyskoczył. Wielki biały kształt rzucił się na mnie, a ja zauważyłem go w ostatnim momencie. Sztylet poszybował w jego pierś i wtedy poczułem krew. Krew tryskającą z ciała mamuna. Upadł na śnieg z jękiem, warknął i zamarł szczerząc długie kły w grymasie. Westchnąłem ciężko i spojrzałem na Horusa. Nie był ranny, ale trząsł się z zimna, nieprzytomny. Pozostało mu niewiele czasu, wychłodzi się.
Porzuciłem kuszącą wizję oskórowania mamuna i wybicia mu kłów i zarzuciłem sobie na grzbiet ciało border colliego. No tak, był lekki jak na wojownika, jednak i tak krępował moje ruchy. Pobiegłem z nim jak najszybciej mogłem w kierunku obozu. Po kilku minutach wpadłem na plac.
-Zajmijcie się nim, zaraz się wychłodzi!- wydusiłem z siebie, dysząc. Kilka psów rzuciło się na pomoc i po chwili Horus leżał już na skórach, przy ognisku. Zaczęli mi zadawać pytania, ale ja tylko kręciłem głową. Usiadłem obok wojownika i lekkimi podmuchami ciepłego powietrza znad ogniska, zacząłem suszyć jego bujną sierść.
-Chłopie, ty się nawet zabić nie umiesz porządnie... -mruknąłem kręcąc smutno głową.

Horus?
609 słów → 30೧

30.12.2018

Od Oscara

Obudziłem się przed wschodem słońca. Czułem w powietrzu zapach morza. Wróciliśmy do Litore. Nikt nie miał wiedzieć o naszym ślubie, miał być tajemnicą. Przyjęliśmy go od Cerys, a nie od Przywódcy, więc nie był oficjalnie potwierdzony i nie figurował w archiwach. Nie chcieliśmy go oficjalnie przyjąć, nie od Saula. Wystarczy nam to, co mamy teraz. Gdy Morrigan wróci do Pałacu jako prawowita Przywódczyni, zadba o to, żebyśmy byli uznani za partnerów. A teraz cieszymy się z tego co mamy... Mamy siebie.
Zszedłem po schodach do kuchni. Rozpaliłem ogień w palenisku, oczywiście z użyciem krzesiwa. Lady ma w tej kwestii o wiele łatwiej, ale ja przynajmniej potrafię przeżyć upadek z urwiska... Westchnąłem, a do moich nozdrzy dotarł zapach dymu. Otworzyłem szafkę i wyciągnąłem płatki owsiane. Do rondla wlałem nieco wody, która po chwili zaczęła wrzeć. Dorzuciłem płatki i kawałki suszonej dziczyzny. Nie było to wytworne danie, a prosta potrawa, która dodaje sił podczas polowań. Doprawiłem wszystko i nabrałem nieco do drewnianej miski. Zacząłem zastanawiać się, jak spędzę dzisiejszy dzień. Lady zapewne ma sporo pracy w kuźni, a ja? Wczoraj byłem na polowaniu. Dzisiaj? Dzisiaj to nie jest konieczne, więc znów nie mam co robić. Nie miałem nigdy problemu z trenowaniem przed domem, lub w jego okolicy, ale teraz czuję się nieswojo. Każde wyjście z domu, lub z Puszczy stresuje mnie. Wtedy... Wtedy było ciemno, ale... Może ktoś zdążył się mi przyjrzeć? Ze wszystkich łowców, tamtej nocy to ja najbardziej rzucałem się w oczy. Wystarczy, że ktoś mnie rozpozna, zdradzi gdzie mieszkam, co robię... I po mnie. A wtedy?
Z przemyśleń wyrwał mnie dźwięk kroków na schodach. To była oczywiście Lady. Stanęła obok mnie i przeciągnęła się z przymrużonymi oczyma.
-Co tak pachnie?
-Owsianka. Może nie pogardzisz. - uśmiechnąłem się, mimo, że dalej miałem przed oczami wyobrażenia tortur.
Skrzywiła się lekko. Wiedziałem, że nie będzie szczęśliwa. Moje popisy w kwestii śniadań nie mogły równać się z naleśnikami.
-Jakoś sobie poradzę. - zapewniła i usiadła na przeciwko mnie.
-Jak uważasz. - prychnąłem i niemal teatralnym gestem odsunąłem od siebie pustą miskę.
-Czemu wstałeś tak wcześnie? - zapytała wyraźnie zaciekawiona.
-Przecież dzień taki piękny, aż szkoda spać. - uśmiechnąłem się szeroko wskazując na okno, za którym szalała burza śnieżna.
-No tak, rzeczywiście. - odburknęła.
-Mam nadzieję, że się w końcu uspokoi, bo muszę iść na targ.
-Na razie się na to nie zapowiada. Zostań w domu jeśli nie chcesz wrócić do domu z soplami na pysku. - zaśmiała się.
-Tak, burzy śnieżnych mam dość, tak samo jak skoków do wody... - skrzywiłem się.
-No dobrze. To ja zajmę się śniadaniem, a ty idź obudź Yasmin i Aragona. - poleciła mi Lady.


Na szczęście po południu słońce znów zaczęło oświetlać malownicze uliczki Litore, pokryte grubą warstwą śniegu. Na nowo rozbrzmiał gwar miasta. Założyłem sakwę na grzbiet i pożegnałem się z Lady, która siedziała już w kuźni i nożem rzeźbiła w ramionach potężnego łuku. Skierowałem się na targ, jak zwykle pełen psów. Podszedłem do kilku stoisk z bronią i przyjrzałem się beznamiętnie towarom. Mam pod dachem zbrojmistrza, żelastwa mi nie brakuje. Nie reagowałem na zachęty kupców i szedłem dalej. Dotarłem do niewielkiego straganu, którego blat pokryty był aksamitnym materiałem. Za ladą stała starsza już suczka i uśmiechała się miło. Sprzedawała różnobarwne amulety.
-Witaj młodzieńcze. Może chcesz zakosztować dodatkowej mocy? Nie martw się, to prawdziwe amulety, nie jakieś tanie kamyki. - zapewniała.
Zdążyłem się już przekonać, że dar, który otrzymujemy dzięki Kryształowi, potrafi uratować życie, jednak nie widziałem potrzeby, żeby płacić za coś, czego zapewne nie użyję.
-Nie wiem czy tego potrzebuję... - mruknąłem, jednak nie odszedłem. Spoglądałem na lśniące kamienie i mój wzrok utkwił na czarnym krysztale w srebrnej, ozdobnej oprawie. Suczka to zauważyła.
-To Noctis. - wyjaśniła i podniosła amulet. -Daje żywioł nocy. Szpiedzy bardzo go lubią, chociaż nie zawsze dostają jakieś przydatne moce. Raz jeden pies kupił go ode mnie, a potem prosił o zwrot soli, bo nie mógł spać w nocy. A przecież to przydatne. Nie musisz spać, widocznie bardzo... - zaczęła opowiadać historię swojego życia.
W pewnym momencie przestałem jej słuchać i zacząłem się poważnie zastanawiać, czy jest mi on w ogóle potrzebny. Zdecydowałem. Może Lady się nie obrazi, że płacę tyle za kamyk...

Schowałem świeżo zakupiony amulet do sakwy i raźnym krokiem ruszyłem do karczmy. Oczywiście nic nie wspominałem o tym Lady. Wolałaby żebym produktywnie spędzał czas, a nie przesiadywał po knajpach, ale cóż. Nie musi o tym wiedzieć. Po drodze zauważyłem Aragona, który skakał wśród śniegu razem z innymi szczeniętami. Stwierdziłem, że Yasmin jest w okolicy, więc nie przejmowałem się tym zbytnio. Wszedłem do karczmy i natychmiast zauważyłem grupkę łowców. Dołączyłem do nich przy stole.
-Wypuścili was z lasu? - zapytałem, zastanawiając się jak dyskretnie wypytać o sytuację w obozie.
-Tak, burza połamała kilka gałęzi. Zawaliła nam namioty, ale się z nimi uporaliśmy. - odpowiedział jeden z nich, nieco bełkotliwie.
-Chłopie, jest ledwo po południu, a ty już się kufla chwyciłeś? - podniosłem brew spoglądając na innych. Tak, jak myślałem, tylko on, stary Kilian, sączył ochoczo grzaniec.
-A co mi pozostało? Te hadry zabrały mi żonkę, zarżnęli jak ją samą zostawiłem... Syn patrzał na śmierć matki... - wesołość zniknęła z jego oblicza, ale ja przejmowałem się bardziej tym, czy ktoś nie usłyszał jego żalów. Szpieg, jeden nieuczciwy obywatel i po nas.
-Bandyci strasznie się ostatnio zrobili śmiali... - dodał smutno inny z moich towarzyszy, widząc jaki jestem spłoszony.
-Sam się rozejrzyj. Ile z nich, tutaj obecnych, straciło kogoś przez te Żmije... - zaczął Kilian zbyt głośno.
Miał rację. Dookoła mnie wielu było samotnych psów, które smutno popijały coś w milczeniu. Nagle przy barze zauważyłem znajome postaci.
-No, chłopaki. Muszę coś załatwić. Pilnujcie Kiliana, niech nie wpadnie w kłopoty. - spojrzałem na nich porozumiewawczo i odszedłem w kierunku baru, przy którym siedzieli Horus i Yasmin. Suczka leżała na blacie i cicho pochrapywała, wtulona w sierść wojownika. Obok niej stało kilka opróżnionych kufli.
-Co wy tutaj robicie? - zapytałem cicho, a pies odwrócił się w moją stronę.
-Pogrążam się w melancholii... Nie widać? - popatrzył na mnie tak, że udało mi się zaobserwowac przekrwione białka jego oczu.
-A ona? Chyba przesadziła...
-Nie wiem... Mówiła coś do mnie, ale byłem zbyt zajęty przemyśleniami... - westchnął cicho i spojrzał na kufel.
Poszukałem wzrokiem barmana. Spojrzałem na niego pytająco, a on prychnął.
-On od godziny pije wodę, a ona się mu zwierza i pije na jego koszt. Mi to nie przeszkadza, w końcu ktoś zapłaci. - uśmiechnął się spoglądając na mój mieszek.
-Horus? Pomożesz mi ją odnieść do domu? - zapytałem z nadzieją, rzucając przy tym garść soli na ladę.

Horus?
Oscar wykorzystuje nagrodę jaką jest dowolny amulet z rynku - Noctis wpada do wyposażenia.
1060 słów →  50೧ + 10೧

24.12.2018

Od Oscara cd. Od Lady

Spojrzałem w jej oczy pełne wyczekiwania. Słowa ugrzęzły mi w ustach, a serce zabiło mi mocniej. Ślub. Wizja poślubienia Lady, szczęśliwego życia razem, gromadki dzieci. Poczułem jak dreszcz sunie mi po kręgosłupie. To było to co utrzymywało mnie przy życiu w tylu momentach.

      Spadam. Nie czuję niczego, poza pędem. Nabieram prędkości, a zimny wiatr miota moim ciałem. Kiedy to się skończy? Przecież ta przepaść nie była tak wysoka. Echo jeszcze nie skończyło powtarzać mojego żałosnego "Przepraszam". Czas jakby zwolnił, choć pęd nie słabnął. Oczami wyobraźni widziałem życie, które wyślizguje mi się z objęcia niby delikatna nić. Moje marzenia. Chatka nad morzem, w której mieszkam razem z Lady. Lady. Moją partnerką. Miałem tyle planów, a zarazem tyle obaw. Czemu wcześniej się z nią nie ożeniłem? Czego się bałem? Przecież była dla mnie jak powietrze... POWIETRZE. Znów poczułem zimny wiatr. Zrobiłem to, co robiłem dziesiątki razy na treningach. Wylądowałem w wodzie, ale mocą zamortyzowałem upadek. Żyłem. Jednak przede mną było jeszcze mnóstwo wyzwań. Lodowaty strumień porwał mnie, a ja poddałem się jego nurtowi.

-Lady... Ja... Sam nie wiem. Nie wiem czy właśnie tego nam potrzeba... - wydukałem, a na jej pysku pojawiło się zdziwienie i niepokój.
-Co ty mówisz? Przecież... - zaczęła, a ja ruszyłem kłusem przed siebie. - OSCAR! Wracaj tu!
-Przepraszam, ja... sam nie wiem. Naprawdę. Za każdym razem jak o tym myślę...
-Czy ty się boisz? - spojrzała na mnie poważnie.
-Co? Czemu miałbym... - wymamrotałem.
-Boisz się, że skończy się złota wolność? - zapytała, a jej głos przybrał niebezpieczny ton.
-O czym ty mówisz? - pokręciłem głową z niedowierzaniem.
-Będę cię ograniczać, tak? Nie będziesz mógł chodzić gdzie chcesz? Tak to postrzegasz? A może coś ukrywasz... - zaczęła mówić szybko, a jej słowa uderzały we mnie jak plaskacze.
-Przestań. LADY. Kocham cię i nie marzę o niczym innym, ale nie wiem, czy to dobry czas. Wiesz, to wszystko, ruch oporu...
-A co to przeszkadza? Czy nie liczymy się tylko my?
-A co jeżeli ktoś nam nas odbierze, czy wtedy będzie ci łatwiej pogodzić się ze stratą?
-Oscar. Kiedy ktoś mówił mi, że nie żyjesz, że nie ma już nadziei, bolało mnie to bardziej niż jakikolwiek fizyczny cios. Myślisz, że jeżeli będziesz moim partnerem, będzie mi ciężej znieść cierpienie, które i tak jest już tak przeogromne?

    Wóz ruszył z miejsca. Poczułem jak uderzam o jakiś ładunek, ale nie mogłem się nawet poruszyć. Nie dość, że byłem wyczerpany, to jeszcze mnie związali. Nie miałem sił. Patrzyłem tylko przed siebie i widziałem jak oddalamy się od terenów Sfory Jutrzenki. Jechaliśmy na północ. Pozostawiałem dom. Przyjaciół. Lady. Czy kiedykolwiek się z nią zobaczę? Spełnię marzenia? Czemu się wcześniej nie ożeniłem? Czego się bałem? Przecież była dla mnie jak powietrze! Nic. Żadnego przypływu mocy. Nadal oddalałem się od niej. Ciekawe jak szybko pogodzi się z moją śmiercią, zapomni i zacznie żyć nowym życiem. Może lepszym? Może spotka kogoś, kto będzie dla niej jak powietrze? A ja? Umrę, albo będę żył. Z poczuciem winy, że nie spełniłem marzeń.

 Serce zabiło mi mocniej. Drżałem. Oscar, ogarnij się. Zrób to, zrób to. NIE. Nie, przestań o tym myśleć. Bądź poważny. Kij z tym.
Odszedłem. Odszedłem jak kompletny cham. Pozostawiłem ją samą. Tą, która tak cieszyła się z mojego powrotu. Czemu? Bo się bałem. Bałem się tej rzeczywistości, o którą tak bardzo marzyłem. Bałem się, że zawiodę. Ale zrobiłem to już. Powierzyłem jej swoje życie, gdy zapytałem, czy zostanie moją partnerką, a teraz? Boję się go całkiem oddać. Boję się spełnić tej obietnicy. Czy będzie ze mną szczęśliwa? Czy ja będę z nią szczęśliwy?

     Zabiłem ich. Wreszcie dorwałem broni, uwolniłem się. Pozbyłem się tych paskudnych typów. Jestem wolny. Mogę wrócić do domu, do Lady! Przecież właśnie o tym marzyłem przez cały ten czas. Będę mógł spełnić moje marzenia, NASZE MARZENIA. Nie zawiodę. Wezmę ją na plażę i obiecam jej miłość, wierność i uczciwość, a potem w niebo uniosą się lampiony. Tak jak chciałem. Przeprowadzimy się do chatki nad morzem i będziemy ze sobą na dobre i na złe. Przy domku zbudujemy kuźnię i mały tor treningowy. I ogródek. Będziemy mieli ogródek z ziołami i wonnymi kwiatami. Taki jest plan. I ja go spełnię. A teraz? Stoję na środku obozu, wśród ciał, z krwią na sierści. Przede mną długa droga.

Jestem kompletnym idiotą.
Następnego dnia stałem już po wielkim drzewem, w towarzystwie Cerys. Obok nas płynął delikatnie strumień. Śnieg pokrywał ściółkę, jednak wszystko rozświetlały latarnie stojące pniach ustawionych po obu stronach ścieżki, która wiodła do obozu. Stałem na samym jej końcu. A po drugiej stronie, na zakręcie, pojawiła się ona. Lady. Prowadził ją Horus. Była kompletnie zdezorientowana. Po obu stronach odśnieżonej drogi stali wszyscy członkowie ruchu oporu, którzy właśnie nie pełnili służby. Któraś z suczek podbiegła do Lady ze śmiechem i założyła jej na głowę wianek z jemioły. Moja narzeczona spojrzała na mnie, zszokowana. Któryś z psów zaczął delikatnie pobrzękiwać na lutni, towarzyszył mu szum strumienia, a w gałęziach pobliskich jodeł zaczął śpiewać ptak.

Lady?

808 słów → 45ᘯ

23.12.2018

Od Oscara cd. Od Lady "Przypadki Lelka cz. III"

Wyruszyliśmy z rana. Na zewnątrz powitała nas szara zimowa rzeczywistość. Światło wschodzącego słońca nie przebijało się przez chmury. Z jednej strony dobrze, w taką pogodę łatwiej będzie nas przeoczyć. Czy wywoływaliśmy podejrzenia? Raczej nie. Dziarskim truchtem przemierzaliśmy trakt wiodący do Lapsae, rozmawiając żywo o głupotach. Mieliśmy sporo do nadrobienia. Lady opowiadała mi jak przypałętała się do niej ta czarno-biała suczka i jej szczenię. To znaczy nie jej, ale jednak jej. Nieważne...
Wkrótce zauważyliśmy przed sobą wodospad. Słyszeliśmy go już od dawna, ale dopiero, gdy zamajaczył na horyzoncie, odbiliśmy na wschód, kierując się do Puszczy. Nie przyspieszyliśmy. Nadal truchtaliśmy, tym razem rozprawiając o smoku, którego Lady szczęśliwie zaobserwowała na spacerze. Cisza nastała dopiero, gdy zaczęliśmy się zagłębiać w las. Miałem przygotowaną broń. Lady też poluzowała swoją. To ona prowadziła. Znała kręte ścieżki wydeptane przez zwierzynę, których Morrigan często używała podczas polowań. Ustanowiła kilkanaście traktów, które przecinały się, zakręcały, kończyły ślepymi zaułkami. Tylko trzy z nich prowadziły do właściwego obozu.
Po kilkunastu minutach, coś mignęło mi w zaroślach. Lady też to zauważyła. Zaczęliśmy węszyć, a suczka mnie uspokoiła. To jakaś czujka, która właśnie pobiegła poinformować o zbliżających się do obozu psach. Już wkrótce na ścieżce pojawił się Horus, a za nim trójka innych, masywnych psów. Wojownicy. Czyli udało mu się kilku zwerbować. Ruchem głowy zachęcił nas abyśmy ruszyli dalej.
-Nikt was nie śledził? - zapytał cicho, a Lady pokręciła głową.
Kilkanaście metrów dalej wojownik odwrócił się gwałtownie, aż podskoczyłem i mój sztylet wysunął się z pochwy na kilkanaście centymetrów. Zrozumiałem jednak, że Horus tylko sprawdza, czy nikt za nami nie idzie. Zadowolony z rezultatu, ruszył szybciej, żwawym truchtem, więc i my przyspieszyliśmy. Dotarliśmy na niewielką polanę z jednym namiotem, podobnym do tych, w których nocowaliśmy podczas dłuższych wypraw łowieckich.
-I co? To tyle?- prychnąłem. Spodziewałem się czegoś okazalszego.
Lady mruknęła coś pod nosem, a Horus zgromił ją wzrokiem. Nie miałem czasu zapytać o co im chodziło, bo z namiotu wyszła suczka o srebrnej sierści.
Lady i Horus ukłonili się lekko, a ona odwzajemniła gest z delikatnym uśmiechem. Znałem ten uśmiech. U Morrigan wyrażał zazwyczaj wielką radość, bo oszczędnie okazywała emocje.
-Dobrze cię widzieć. Jeszcze trochę i musielibyśmy otworzyć obozowy szpital psychiatryczny. - powiedziała zupełnie poważnie jednak moi kompani uśmiechnęli się szeroko. Westchnęła cicho i też zaczęła chichotać. Moje przybycie naprawdę przyniosło jej ulgę.
-Więc teraz mam do ciebie mówić Cerys, a nie per Przywódczyni, Pani Morrigan? - zapytałem zadziornie.
Przecież jestem łowcą, a ona nigdy się nad nami nie wywyższała. Była jedną z nas i nadal jest naszą przewodniczką. A jednak wiele się zmieniło.
-Widzisz jakie przekorne są eliksiry? Dali mi flaszkę i osiwiałam, to uznali to za znak i nazwali mnie od mitycznych patronów łowców. Świetnie musieli się bawić, poeci. - prychnęła.
-Rzeczywiście świetnie się bawicie. Poznałem już Rudzika, Łanię, a ten tutaj to zapewne Sokół. - wskazałem na Horusa, a on wykonał gest, który miał być zapewne uniesieniem brwi. - Kim w takim razie jestem?
-Oposem. Udajesz trupa. - stwierdziła chłodno Srebrna Łania.
Parsknąłem, chociaż bawiło to tylko mnie.
-Co się stało? - zapytałem widząc poważne miny reszty.
-Nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ty... - mruknął Horus, a w jego głosie wyczułem żal, może nawet cierpienie. Odezwał się i zniknął w zaroślach.
-Kogo stracił? - zapytałem cicho, bez cienia radości.
-Pamiętasz Agnes? Była naszą sąsiadką. - odezwała się Lady, a ja poczułem w piersi ciężar. Już po raz kolejny w ostatnich tygodniach.

Jeżeli Agnes nie wróci, to Horus ma żałobę. AGNES do nogi.

553 słów → 25ᘯ

22.12.2018

Od Oscara "Przypadki Lelka cz. II"

Siedzieliśmy już cieple. Naprzeciwko siebie. Od naszego spotkania minęło już kilkanaście minut, ale Lady nadal miała oczy wilgotne od wzruszenia. Uśmiechałem  delikatnie za każdym razem, gdy przecierała pysk łapą. Ta chwila rozmowy z Yasmin, która otworzyła mi drzwi, uświadomiła mi, jak bardzo Lady przeżywała moją nieobecność. Aż wstyd przyznać, że podczas mojej tułaczki miałem czas o niej myśleć tylko w pogodne noce, gdy deszcz i wiatr nie torturowały mojego ciała. A ona? Ona przez cały ten czas trwała w napięciu, nie spała, przekuwała żałość w stal, która miała nieść zniszczenie w szeregach wroga. Właśnie, wroga…
-Co z Saulem? Morrigan odebrała mu już władzę? – zapytałem z nadzieją, jednak znałem odpowiedź.
-Nie. Ma pod sobą większość wojska. Nieliczni znają sytuację, nie mamy zbyt wielu zaufanych sojuszników. Poza tym… Nie widzisz się z nią od tygodni i pytasz o wojnę? Mało romantycznie… - skwitował owczarek, który pojawił się w drzwiach do kuchni.
-Horus? Co ty tutaj robisz? – Lady natychmiast się podniosła.
-Spokojnie, siadaj. Mam wieści, ale nie są jakoś szczególnie ważne. – uśmiechnął się zadziornie.
-Możemy wrócić do kwestii Saula? Wy, to kto? Gdzie jest Morrigan? – upomniałem się.
-Coś ty taki ciekawy? – spojrzał na mnie z podejrzeniem.
-Ryzykowałem życie, żeby ją uwolnić. Nie musisz się martwić. Poza tym… Spędziłem trochę czasu u Iskier i mam informacje.
-To ty rzuciłeś się wtedy do rzeki… - mruknął.
-Wielu łowców wtedy zginęło?- zapytałem cicho, bo głos utkwił mi w krtani.
-Złapali ich. Siedmiu. Przykro mi. Są uznani za zaginionych, ale…
-Zamordował.
-Czekaj, czekaj. Rzeki? Horus, wiedziałeś o wszystkim i nic mi nie powiedziałeś?! – Lady ponownie się podniosła i podeszła do psa.
-Nie miałem pewności czy to on. Poza tym… Miał nikłe szanse na przeżycie… - mruknął i uśmiechnął się do mnie.
-Spokojnie. Mam doświadczenie jeżeli chodzi o unikanie upadków. – uśmiechnąłem się szerzej. Teraz moje portfolio znacząco się powiększyło.
-W takim razie może podzielisz się z nami informacjami, które zdobyłeś? – zaproponował Horus.
-Mów lepiej gdzie żeś się włóczył! – rozkazała Lady.
-Wiecie co… Ja najchętniej poszedłbym spać… - uśmiechnąłem się nieśmiało.
Miałem nadzieję, że mi wybaczą i dadzą spokój. Wędrówka nieźle mnie wymęczyła, a opowiadanie o tych przygodach, mógłbym zostawić na inny wieczór.
-Cóż… - mruknął pies – W takim razie poinformuję Cerys.
Szybko wyszedł z pomieszczenia, rzucając krótkie pozdrowienie.
-Kim jest Cerys? – zapytałem. Mam dużo do nadrobienia…

Lady? Krótkie, ale jest :p

373 słów → 15ᘯ

Od Oscara "Przypadki Lelka cz.I"

Tego feralnego dnia byłem z pozostałymi łowcami na polowaniu. Morrigan jak zwykle przewodziła. Łowy były pomyślne, udało się schwytać kilka jeleni, które miały zagościć na stołach w Pałacu. Przywódczyni szła przodem, my w tyle, cicho podśpiewując. Na saniach leżały oprawione tusze zwierząt, a w powietrzu unosił się aromat krwi. Śnieg prószył delikatnie opadając nam na nosy, co jakiś czas śnieżna czapa zsuwała się z gałęzi drzew. A my maszerowaliśmy dziarsko i cicho podśpiewywaliśmy. Nawet Morrigan udzielił się radosny nastrój. Nie była śmiertelnie poważna, szła niemal skocznie, odwracając się co jakiś czas z uśmiechem, gdy tylko wyciągaliśmy wyższe tony. Przed nami majaczyła już sylwetka Pałacu, ukrytego pośród zaśnieżonych drzew. Przyśpieszyliśmy na myśl o ciepłej gospodzie w Lapsae i misce gorącego gulaszu, który zapewne gotował się na palenisku. Wciągnęliśmy sanie na dziedziniec. Z kuchni przybiegł czeladnik i wziął się za krojenie mięsa na mniejsze kawałki i wnoszenie ich do spichlerza. Zaraz dołączył do niego pozostały personel kuchni. Do jednych z sań, na których leżały tusze dwóch dorodnych łani, zaprzężono konia. Jeden z nas zajął się jego prowadzeniem, podczas gdy my truchtaliśmy u jego boku. Wkrótce dotarliśmy do stolicy i skierowaliśmy się do karczmy. Od strony kuchni przywitał nas karczmarz i zaraz zawołał swoich pomocników, by ci wnieśli mięso do środka. My ruszyliśmy do stołów, na których zaraz pojawił się ciepły posiłek. Rozmawialiśmy ze sobą w miłej atmosferze, gdy to karczmy wbiegł posłaniec.
-Przywódca! Został zamordowany! – wykrzyczał, a wszyscy goście, w tym i my, podnieśli się natychmiast. Zaraz zalał go potok pytań, ale on odpowiedział tylko, że ni jeszcze nie wiadomo i pobiegł dalej.
Spojrzeliśmy po sobie niespokojnie i zdecydowaliśmy biegiem ruszyć do zamku. Zajęło nam to kilka minut, ale w końcu zdyszani dotarliśmy na dziedziniec. Było tam już zbiegowisko psów szepczących do siebie nawzajem i snujących domysły. Nikogo nie wpuszczano do Pałacu. Straże stały na każdym przejściu. W końcu zapanowała cisza. Na jednym z balkonów pojawił się generał Draich.
- Przywódca został zamordowany. Udało nam się odnaleźć sprawcę. To wysłannik ze Sfory Zorzy. Jako jedyny miał się dzisiaj spotkać z władcą. W jego komnacie znaleziono przedmioty ubrudzone krwią, w tym sztylet. Magowie i alchemicy potwierdzili, że to krew Aarona. Sfora jest w żałobie. Od lat nie zdarzyło się żadne zabójstwo na tak wysokim szczeblu. Sprawca został skazany na śmierć. Wyrok zostanie wykonany jeszcze dzisiaj. Proszę się rozejść.
Gdy tylko skończył mówić, strażnicy zaczęli siłą wypierać wszystkich z dziedzińca. Postanowiliśmy się pokojowo usunąć i wrócić do gospody, by zarezerwować pokoje. Na miejscu opisaliśmy obecnym co się wydarzyło. Wszyscy byli w szoku. Żaden nie protestował w sprawie egzekucji. A ja? Sam nie wiem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze o wielu sprawach. Chyba akceptowałem wyrok. Do czasu.
Niedługo po tych wydarzeniach o współpracę z wrogiem oskarżono Morrigan. To już mnie poruszyło. Mnie i moich towarzyszy. Ale nikt nie protestował, gdy straże brutalnie zabrały ją do wieży, w której mieściły się lochy. Nikt się nie odezwał. My też nie. Spojrzeliśmy tylko po sobie wzrokiem pełnym niepokoju.
Już tej samej nocy powstał plan jak wydostać Morrigan. Brat jednego z nas, strażnik więzienny, miał zostawić niedomknięte drzwi do lochu podczas pełnienia warty następnej nocy. W ciągu dnia udało nam się dostać do wnętrza Pałacu i umknąć strażom. Jako łowcy potrafiliśmy zachowywać się cicho i dobrze ukryć. Pozostało dostać się do wieży i uwolnić naszą dowódczynię. A to nie było łatwe, pełno straży, ponadto w stanie gotowości. Jeden z nas musiał odwrócić ich uwagę.
-Zgłaszam się. – powiedziałem w końcu nieśmiało. Nikt nie chciał zgłosić się na to stanowisko, jednak żaden nie protestował, gdy wstałem i się odezwałem. Spojrzeli po mnie smutno. Wiedziałem, że to może się źle skończyć. Przecież idziemy uwolnić więźnia nowej władzy. Zapewne Rada już wybrała nowego Przywódcę, a Morrigan jest więźniem, jego więźniem. Jeżeli dowiedzą się, że to my, wszyscy zginiemy, albo w najlepszym przypadku trafimy do lochów.
-Jeżeli się nie uda i… - przełknąłem głośno ślinę – zawiodę… Powiedzcie jej, że przepraszam.
Nie musiałem nic więcej mówić. Doskonale wiedzieli o co mi chodzi. Komu mają to powiedzieć. Pokiwali smutno głowami. Ruszaliśmy na niemal samobójczą misję, by uratować kogoś, kto nieraz już nami przewodził i uratował przed porażką. Nie możemy jej zawieść.
Czy się udało? Tak. Widziałem jak moi towarzysze uciekają z Morrigan po wąskiej ścieżce na zboczu i znikają w lesie. Nie mogli się zatrzymać, wiedziałem. Nie mogli mi pomóc. Przede mną stało kilkunastu strażników. Wyciągnięte włócznie celowały prosto we mnie. Stałem na brzegu muru i dyszałem ciężko po długim biegu. Za mną? Kilka metrów przepaści. Przede mną i obok mnie? Strażnicy podlegli nowej władzy, którzy przekażą mnie Saulowi. Wybór? Oczywisty.
-PRZEPRASZAM! – krzyknąłem jak najgłośniej, naiwnie licząc, że Lady mnie usłyszy, że mi wybaczy i zrozumie. Mój głos niósł się echem po ścianach urwiska, gdy ja spadałem w dół, w przepaść. Widziałem pyski strażników wychylających się z muru. Jeszcze moment, wytrzymaj… I jest.
Podmuch wiatru, który udało mi się stworzyć, uratował mnie przed śmiercią w bystrej rzece, ale strażnicy nie muszą o tym wiedzieć. Mają widzieć jak spadam do rzeki, chwytam się skał i umieram, by potem zsunąć się bezwładnie w nurt. Przez kilkanaście minut płynąłem bezwładnie, uderzając o skały i błagając, aby pęcherzyki powietrza, które tłoczyłem sobie do nozdrzy, nie przestały powstawać, abym się nie utopił. Wreszcie wypełznąłem na brzeg. Nie wiedziałem gdzie jestem. Było ciemno, a dookoła mnie tylko las i rzeka. Leżałem na brzegu przez kilka minut i próbowałem uspokoić oddech. Udało mi się umknąć śmierci, teraz będzie już tylko lepiej…
NO COOŚ TY OSCAR. Życia nie znasz? Zawsze może być gorzej. Oczywiście, że musiał pojawić się potwór. Moczarnik w pełnej okazałości. Pojawił się tuż obok mnie i wyszczerzył paskudne zęby. Nie miałem sił by z nim walczyć.
-Zjedz mnie paskudo. Ale szybko. Oszczędź cierpienia. – wyszeptałem i zacząłem się śmiać, co jednak nie zbiło potwora z tropu.
Gorzej zareagował dopiero na strzałę, która trafiła go prosto w skroń. Z lasu wyłonili się… Nie. Nie łowcy. Bandyci. To musieli być bandyci. Podeszli do mnie i uśmiechnęli się parszywie.
-Spójrz bracie, jaki piękny młodzieniec. Ciekawe, czy mamusia za nim tęskni. Może zapłaci, żeby znów go zobaczyć…
-Tfu. Więcej warte byłoby jego futro. Nie zastanawiaj się, zabijaj. Przecież na nic się nie przyda.
A jednak. Przez miesiąc wędrowałem z nimi i próbowałem zdobyć ich zaufanie. Pilnowali mnie żebym im nie uciekł. Robiłem im za niewolnika. Gotowałem, rozpalałem ogień, czyściłem broń. A potem? Zabiłem. Z zimną krwią. Za to wszystko, co mi zrobili. Wywieźli mnie na teren Iskier. A mi pozostało wrócić. Do Jutrzenki. Do Lady. Co się tam dzieje? Czy wojna już wybuchła? CZY LADY ŻYJE? Niczego nie byłem pewny. Ale przede mną była długa droga.
Udało się. Stoję przed progiem naszej chatki w Helecho. Czekam, by ujrzeć pysk mojej ukochanej. Otwieram drzwi z rozmachem, a tam… Pustka. NIE. NIE. NIE. Biegnę do sąsiadów.
-CO SIĘ STAŁO Z LADY?- pytam niemal w szlochu.
-Wyjechała do Litore. – odpowiada ze zdziwieniem starsza suczka.
-Co za ulga. Dziękuję, dziękuję, dziękuję! – krzyczę i biegnę do dorożki.
-LITORE. Zawieź mnie do Litore, tylko jak najszybciej.
Nie widziałem jej tak długo…

LADY?

1156 słów → 10ᘯ + 55ᘯ

19.07.2018

Od Oscara cd. Od Lady

Siedzieliśmy na trawie, tuż obok niskiego, kamiennego murka, który oddzielał podwórko od posesji sąsiada. Co robiliśmy? Nic szczególnego, chyba tylko delektowaliśmy się chwilą. Słońcem, którego promienie padały na spokojną osadę i potęgowały jej swojski nastrój. Śpiewem ptaków, który umilał ten czas. Zapachem trawy i kwiatów, rosnących przy ścianie chatki. Na ulice toczyło się życie. Wędrowcy mijali kamienne domki i kierowali się każdy w swoją stronę. Co poniektórzy zatrzymywali się w niewielkim zajeździe, inni przechodzili przez furtki i wchodzili do domostw, a pozostali po prostu maszerowali w kierunku Lapsae lub innych części naszych terenów. Spojrzałem na Lady. Na jej czarnym futrze nadal można było dostrzec matowe ślady mąki. Uśmiechnąłem się delikatnie na ten widok. Szturchnęła mnie czule pyskiem.
Szybka, spontaniczna myśl. Wstałem dynamicznie, przez co suczka zachwiała się lekko, jako że była dotychczas o mnie oparta. Zmarszczyła brwi i zawołała za mną, podczas gdy ja biegłem już do domu.
-Co ci się stało?
-Nic, nic. Zobaczysz wkrótce. - odkrzyknąłem z wnętrza budynku.
Wziąłem ze sobą swoją sakwę, która była zapakowana po niedawnych łowach. Do sakiewki wrzuciłem kilka monet. Torbę Lady chwyciłem w zęby i wyszedłem na zewnątrz. Podałem jej ją telekinezą i zamknąłem drzwi, by następnie szybko ruszyć do furtki. Obejrzałem się za siebie i ruchem głowy zachęciłem suczkę do podążania za mną.
-Gdzie idziemy?
-Zobaczysz! - odpowiedziałem w biegu, ale po chwili się zatrzymałem.
-Co? Już, o co ci chodzi?
-Nie, jeszcze nie. Chciałem cię tylko ostrzec, będziemy w drodze przez całą noc.
-Nie przesadzasz? Gdzie chcesz tak właściwie dojść? - nie przestawała pytać.
-Na wybrzeże. Południowe. Musimy tam dojść. - przekonywałem.
-Czemu? O co ci tak właściwie chodzi?!
-Nie bądź taka niecierpliwa. Dotrzemy tam razem. Chociaż moim celem, jest sama droga. - dodałem trochę tajemniczo i pobiegłem, dając suczce czas na przemyślenie tych słów.
Po kilkunastu sekundach usłyszałem za sobą jej kroki. Uśmiechnąłem się do siebie.
Biorę ją do Litore, bo dawno tam nie byłem. Chciałem tam chwilę pobyć, mieć czas na przygotowania. Do ślubu, rzecz jasna, przecież wiem jak Lady kocha morze, więc chciałem, aby ten najważniejszy moment w życiu przeżyła przy szumie fal. W sumie to nie rozmawiałem z nią jeszcze  tym i właśnie w Litore chciałbym to wszystko omówić. Chcę mieć ten czas, aby rozejrzeć się w okolicy tego miasteczka. Może udałoby mi się znaleźć odpowiednie miejsce na przeprowadzkę. Będzie nam potrzebne coś większego niż dwupokojowa chatka w Helecho, a wcześniejsza rezydencja Lady też nie była zbyt przestronna. Mam tyle planów, jednak wcześniej musimy tam dojść. Czemu dojść? Czemu nie wsiąść do powozu i spokojnie dojechać? Nie wiem. Chyba zwyczajnie chciałem mieć więcej czasu na rozmowy, bez podsłuchującego woźnicy.
Rozmyślałem o tym wszystkim i nieco straciłem czujność. Tymczasem obok mnie pojawiła się już Lady.

(Lady?)
Okropne, wiem, ale wena?? Podróż przedślubna i czas na rozmowy.  

448 słów → 20౧

1.07.2018

Od Oscara

Krok w przód, krótkie cięcie. Z drewnianego słupka sypią się drzazgi, podczas gdy ostrze sztyletu zatrzymuje się w jego połowie. Dynamiczne pociągnięcie i już mogę uderzać po raz kolejny. Nie było to bardzo ambitne ćwiczenie, lecz zawsze jakieś. W Eos spędziłem już sporo czasu, więc moja telekineza znacznie się poprawiła. Nie znaczy to bynajmniej, że trening kontrolowania broni jest bezużyteczny. Postanowiłem poprzestać na moim sztylecie. Był jednym z tych, którymi można się zachwycić. Dbałem o niego, była to moja jedyna broń. Kolejne zamachnięcie. Tym razem czubek słupka upada na gęstą trawę. Przyjrzałem się krawędzi ostrza, lecz nie było na nim ani śladu zadrapania. Podrzuciłem sztylet w powietrze, by następnie płynnym ruchem umieścić go w pochwie.
Stwierdziłem, że przyszedł czas na ciekawszy trening. Miałem dość zwyczajnego uderzania w kijek, więc postanowiłem wybrać się na polowanie. Potrzebne mi było mięso, więc nie widziałem przeszkód, by postąpić wraz z planem. Spojrzałem jeszcze w kierunku Helecho. Nie dostrzegłem jednak domostw. Zasłoniły je gęsto rosnące w tym miejscu drzewa. Gdzieś tam krzątała się suczka o czarnej sierści. Przez głowę przemknęła mi myśl, że może chciałaby wybrać się ze mną, jednak błyskawicznie zniknęła. Co jak co, ale babrać się krwią swoich ofiar wolę bez niej.
Żwawym krokiem ruszyłem na południowy wschód, do lasu rosnącego nad jednym z dopływów Matre. Upodobałem sobie ten teren po jednym z polowań z resztą łowców. Morrigan zabrała nas tam na polowanie na drobnego zwierza. Las przerzedzał się znacznie, bardzo często można było trafić na polany przecięte przez wartki strumień. Żyło w nim sporo królików, można było też spotkać stado saren. Jelenie raczej nie zapuszczały się w te rejony, choć czasem udało się je zauważyć, gdy wędrowały na gęściej zalesione stanowiska. Stwierdziłem, że sarna w zupełności wystarczy mnie i Lady, więc i na tym zatrzymały się moje ambicje. Gdy tylko rozpoznałem znajome obiekty, przypadłem do ziemi i zacząłem węszyć. Spośród delikatnych, trudnych do wychwycenia zapachów kopytnych, szczególnie wyróżniał się aromat królika. Nie zadowalało mnie to wystarczająco, więc ruszyłem dalej, w dół strumienia. Bezchmurne niebo zachwycało intensywnym błękitem, na którego tle raz po raz pojawiała się pędząca sójka. Krzyki tych ptaków towarzyszyły mi przez dłuższą chwilę. Nie ukrywam, trochę mnie denerwowały, jednak ich beztroska upewniała mnie o bezpieczeństwie.
Po kilku minutach truchtania i nieustannego węszenia, ujrzałem przed sobą polanę pełną króliczych nor. Futrzaki kicały i pożywiały się świeżą trawą, jednak pozostawały czujne. Już miałem odchodzić w dalszym poszukiwaniu większej zwierzyny, gdy ogarnęło mnie zwątpienie. Oddaliłem się już znacznie od Helecho, a nadal nie napotkałem świeżych tropów saren, nawet mimo faktu, że były pospolite w tej okolicy. Stwierdziłem, że poprzestanę na kilku królikach. Przypadłem do ziemi i w ukryciu krzewów leszczyny zacząłem się zbliżać do ofiary. Najbliższe mi zwierzę jadło spokojnie i najwidoczniej straciło czujność. Nie wstawało co chwilę by się rozejrzeć jak pozostałe. Trzeba było jednak uważać na resztę kolonii. Sprawiłem, by delikatny wietrzyk wiał w kierunku przeciwnym do tego, z którego się zbliżałem. Do nozdrzy dostał się intensywny zapach zwierza. W moim umyśle coraz mocniej dawał o sobie znać pierwotny instynkt łowcy. Wołał "Krwi!!". Wystarczająco blisko. Królik nawet nie zdąży pisknąć, gdy moje kły zatopią się w jego ciele...
Skok, szybki ruch i podrygujące ciałko zwisa z mojego pyska. Rozglądam się na boki, gdzie przerażeni kompani mojego przyszłego obiadu rozbiegają się z przeraźliwym okrzykiem i znikają w norach. Mięśnie przestają się kurczyć. Futrzak jest już bezwładny. Krew spływa po jego futrze, a jej błogi zapach dostaje się do moich zmysłów. Czuję na języku ciepło, jej metaliczny smak. Adrenalina powoli opada. Jestem zwycięzcą w tym starciu, jednak to nie wszystko. Jeden marny królik wystarczy zaledwie na jeden, niewielki posiłek, a ja chcę zrobić zapas.
Po krótkiej chwili stwierdziłem, że czas wrócić do Helecho. Na polowanie wrócę później. Ruszyłem w drogę powrotną, rozglądając się za tropami saren. Zwierzak z moim pysku skutecznie pozbawiał mnie możliwości węszenia, czułem krew. Tym razem poruszałem się szybciej, nie zatrzymywałem, a jedynie brnąłem przez leśne poszycie truchtem, przez cały czas kierując się w stronę osady. W końcu minąłem słupek z odrąbanym czubkiem i dostrzegłem zabudowania. Na ulicy minąłem kilka psów, jeden nawet ukłonił mi się grzecznie. Odwzajemniłem gest sądząc, że to jeden z tutejszych, nawet mimo, że go nie znałem. Nie przejąłem się tym znacznie i skierowałem do domu. Przeskoczyłem niski kamienny murek, by skrócić sobie drogę i wylądowałem na trawie. W oknie pojawiła się głowa Lady. Najpierw była obojętna, potem zdziwiona, aż w końcu oburzona. Przechyliłem głowę zastanawiając się o co może jej chodzić, po czym przypomniałem o króliku. Domyśliłem się o coo poszło, jednak suczka i tak postanowiła mi to wygarnąć.
-Byłeś na polowaniu beze mnie? - bardziej stwierdziła niż zapytała, gdy wszedłem do domu.
-Tak. Stwierdziłem, że nie będziemy się razem babrać krwią. - odpowiedziałem, gdy pozbyłem się z pyska balastu.
-I złapałeś jednego, małego królika? - prychnęła.
-Więcej do szczęścia nie potrzebuję. Złap sobie jeśli chcesz obiad. - uśmiechnąłem się złośliwie.
-Złapię. Będziesz jadł zupę z szczątkową ilością mięsa, a ja pieczeń. Zobaczysz. - stwierdziła i ruszyła w kierunku drzwi.
-Czy to wyzwanie? - zapytałem z uśmiechem.
-Podejmujesz się?
-Kto złapie większą zdobycz?
-Nie zmarnuje się.
-W taakim razie... Zgoda. - stwierdziłem.

Lady? No to popolują sobie razem :v
Wspólne mordowanie, jakie to romantyczne <3

| 847 słowa → 40೧ | Walka → 5 PU | Polowanie → 5 PU |

Napisz w komentarzu na co punkty chcesz wydać :p

7.04.2018

Od Oscara cd. Lady | Bal

Zanurzyłem się po szyję w gorącej wodzie. Czułem, jak moje mięśnie się rozluźniają. Nie miałem jednak czasu na relaksacyjne zabiegi. Musiałem się umyć, uczesać i odpowiednio przyszykować. Razem z Lady postanowiliśmy skorzystać z ostatnich dni festiwalu i wziąć udział w przyjęciu w Pałacu. Nieco stresowała mnie perspektywa krążenia pośród wykwintnych gości ze sfory naszej, ale i innych. Musiałem się zaprezentować jak najlepiej, szczególnie, że miałem naprawdę poważne plany.
Wstałem i wodą z wiadra spłukałem z siebie mydliny. Następnie, już poza prowizoryczną wanną, zacząłem suszyć swoją sierść. Wykorzystałem do tego swoje moce, bo w końcu mają mi pomagać. Podmuchy wiatru szybko uporały się z wilgocią. Następnym krokiem było wyczesanie kudłów. Nie robiłem tego często. Szczerze, uważałem, że jest mi to zupełnie zbędne, ale dzisiejsza okazja była wyjątkowa. Szczotka poszła w ruch, chociaż mało zręcznie. Zajęło mi mnóstwo czasu zanim osiągnąłem wynik chociażby zadowalający.  Przejrzałem się w lustrze i stwierdziłem, że wyglądam nie najgorzej, przynajmniej jak na moje standardy. Nigdy nie dbałem zbytnio o wygląd. Ale dzisiaj…
Podszedłem do skrzyni stojącej pod oknem w salonie. Zacząłem wyciągać kolejno znajdujące się wewnątrz przedmioty, aby w końcu wydobyć gwóźdź dzisiejszego programu. Niewielkie pudełeczko o barwie wzburzonego morza. Włożyłem je do sakiewki i odetchnąłem głęboko, szykując się na nadchodzące chwile.
Wyszedłem z domu i rozejrzałem się dookoła. Słońce chyliło się już ku zachodowi, oblewając okolicę ciepłym blaskiem. Na niebie pojawiła się już blada tarcza księżyca. Panującą wokół ciszę przerywał jedynie melodyjny głos drozda. Miałem ochotę przystanąć na chwilę i wsłuchać się w słodkie kwilenie, jednak musiałem już ruszać. Bal zbliżał się wielkimi krokami. Drogę do Lapsae pokonałem truchtem. Niejednokrotnie spotykałem psy podążające w tym samym kierunku co ja. Nikt jednak się tak nie śpieszył. Nie wierze jednak, że nikt nie odczuwał tego zniecierpliwienia, radosnego oczekiwania aż spojrzy się w oczy ukochanej osoby, aż usłyszy się jej głos i poczuje ciepło ciała obok siebie… Potrząsnąłem głową.
-Zachowaj te pokłady uczuciowości na później… - mruknąłem sam do siebie.
W końcu wpadłem na plac nieopodal karczmy, w której nocowała Lady. Rozglądałem się zniecierpliwiony, gdy stałem w umówionym miejscu. W końcu jednak dostrzegłem czarną sylwetkę, tak bliską memu sercu. Zbliżyła się do mnie z gracją. Na grzbiecie miała jedwab, który delikatnie powiewał na wietrze. Kontrastował z ciemną sierścią i zdawał się potęgować lekkość z jaką poruszała się suczka. Wtuliła się we mnie, a ja otuliłem ją szyją. Po krótkim przywitaniu ruszyliśmy do Pałacu.
Bogactwo zapachów i ozdób, którymi wręcz przesiąknięte było wnętrze sali, powalało. Byłem prostym psem z ludzkiego miasta, który część życia spędził w szarym, wiecznie zawalonym papierami mieszkaniu. Nigdy nie doświadczył takiego przepychu i wykwintności. Jednak psy pogrążone w rozmowach, z kieliszkami szampana unoszącymi się tuż obok nich, zdawały czuć się tutaj niczym na własnym podwórku. Spiąłem się nieco, jednak zauważyłem, że i Lady jest zestresowana. Postanowiłem wziąć się w garść i pocieszyć damę w potrzebie. Sprawiłem jej komplement, a ona uśmiechnęła się delikatnie. Następnie daliśmy się ponieść świętowaniu… Muzyka rozbrzmiała, ruszyliśmy do tańca. Zupełnie spontanicznie, przecież nigdy w życiu nie tańczyłem. Jednak z Lady wszystko było łatwiejsze, dostosowywałem się do jej ruchów pełnych gracji. Między piruetami patrzyliśmy sobie w oczy, tryskające szczęściem. Kroki stawały się coraz śmielsze, wkradał się element, który zdawał się wręcz rozgrzewać nasze umysły, władać naszymi ciałami. Muzyka ucichła, a my opadliśmy na miękką sofę, oddychając ciężko.
Siedzieliśmy nad sadzawką, w ogarniętym mrokiem ogrodzie. Był on oświetlony jedynie przez blask świec wypadający przez okna z sali balowej oraz księżyc, który przejął władanie nad nocnym niebem. Zastępy żab i nocnych ptaków rozpoczęły swą balladę, która w towarzystwie dźwięku trzcin poruszanych na wietrze dawała ulgę od głośnej muzyki zamkowej orkiestry. Szmer wodospadu koił umysł. Nikt poza nami nie przebywał w ogrodzie, byliśmy sami. Idealna atmosfera. Gdybym tylko miał więcej odwagi… Spojrzałem w oczy wtulonej we mnie suczki. Odbijały się w nich gwiazdy. Były niczym głębia, z której nie chciałem się wydostać. Westchnąłem cicho.
-Lady…- szepnąłem.
-Tak?
Odetchnąłem głęboko, świat zawirował... Daj spokój idioto. Przecież to ona. Osoba, przy której możesz być sobą, która doskonale cię rozumie. Przecież właśnie tego chciałeś!
-Tego dnia, wiesz, kiedy szliśmy nad ocean… - zacząłem, a ona skrzywiła się nieco na wspomnienia owego wydarzenia. Ja jednak kontynuowałem. – Ja myślałem, serio myślałem, że to koniec, że wszystko stracone. A potem, ty. Znów pełna energii, w gaju. Jak druga szansa. Szansa dla nas oboje. Ja… Ja po prostu zrozumiałem, że to wszystko jest takie kruche, że, że…
-Mówienie to zdecydowanie to, co ci nie wychodzi… - zaśmiała się cicho. – Po prostu ciesz się tą chwilą… Ciesz się nami…
Uśmiechnąłem się. Przecież ona czułą to samo! Nie było sensu się tłumaczyć, ona doskonale wiedziała o co mi chodzi.
-Lady. Chcę cieszyć się nami. Chcę cieszyć się życiem w tym świecie. Gdy tutaj przybyłem nie sądziłem, że będę chciał dzielić je z kimkolwiek, jednak ty, ty jesteś wyjątkowa i ja to czuję… Abym mógł w pełni cieszyć się tym życiem, spełnij jedno moje marzenie… Jedno jedyne,  potem wszystko się ułoży, bo będziemy pokonywać przeciwności razem. – zacząłem mówić szybko, a w międzyczasie wyjąłem z sakiewki pudełeczko. Otworzyłem je, a naszyjnik  z pereł zalśnij w świetle księżyca.
-Lady, moja damo… Czy zostaniesz moją partnerką?- zapytałem, a moje oczy zrobiły się wilgotne.

Lady?? Lel. To coś jest martwe jak moja dusza.
Ale... Miłość rośnie wokół nas? Tuptaj mi tu do ołtarza, nie ma śpiewania!
| 856 słów → 40೧ | Zadanie → 50೧ i 1K |

6.04.2018

Od Oscara cd. Od Lady | +Straż miejska

Lady była bardzo żwawa jak na kogoś, kto jeszcze kilka godzin temu był przygnieciony przez stertę głazów, a następnie wychładzał się samotnie na plaży, wśród brył lodu. Skutecznie atakowała mnie strumieniami wody. W końcu skończyliśmy pływać w gorących źródłach i usiedliśmy pod drzewem. Słońce górowało na horyzoncie, przygrzewając delikatnie, jak przystało na pierwsze tygodnie wiosny. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie jedliśmy niczego od poprzedniego dnia. W sumie nie miałem pojęcia w jaki sposób mogłem przeoczyć rozpaczliwe wołania mojego organizmu. On najpewniej uradowany z tego, że zwróciłem na niego uwagę postanowił jeszcze dotkliwiej uświadomić mi mój głód. Pierwotny krzyk został również zauważony przez Lady, która uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, nadal przymykając oczy. Zawstydziłem się nieco, gdyż nie lubiłem okazywać tego, że w środku jestem tylko zgrają flaczków w sosie własnym, która jednocząc się, próbuje utrudnić mi życie. No dobrze... Pomińmy to, że bez nich nie byłoby ono możliwe...
Suczka podniosła się i otrzepała. Krople wody, która pozostała na jej sierści nie ominęły mojego pyska, więc i pokręciłem nim dynamicznie. Usłyszałem jej chichot. Zignorowałem to i szybko znalazłem się u jej boku.
-Wiesz co, może zahaczylibyśmy o jakąś karczmę? Miska zupy lub talerz pieczeni dobrze nam zrobi... - uśmiechnęła się szeroko.
-Możemy odwiedzić Lapsae. Zajazd w Helecho jest bliżej, ale nie ukrywam, że kuchnia stolicy bardziej przypadła mi do gustu - zaproponowałem, a ona skinęła głową, by następnie ruszyć truchtem na wschód.
Dogoniłem ją kilkoma susami. Droga minęła nam na luźnej rozmowie, przeplatanej czasem czułostkami. Śmieszne. Jeszcze niedawno nie mogłem sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji. "Gdy serca dwa jednym rytmem biją"... Ech. Staję się coraz bardziej poetycki. Źle to wróży...
Dotarliśmy do bram Lapsae. Gdy tylko minęliśmy granice okalającego je lasu, uderzył nas gwar, która tam panował. Dało się również słyszeć, muzykę i śpiewy. Festiwal Wiosny trwał w najlepsze. W stolicy prawdziwe tłumy, a my wybraliśmy się na obiad. Pewnie nie znajdziemy nawet wolnego stolika. Podzieliłem się swoimi przemyśleniami z Lady.
-Wiesz co, może wrócimy do Helecho? Straszny tłum, masa obcych psów... - zacząłem.
-Daj spokój Oscar! Będzie fajnie. Nie chcesz się nieco zabawić?- zapytała i zatopiła we mnie spojrzenie, które mógłbym nazwać... kuszącym?
Westchnąłem cicho i ruszyłem do przodu. Nie przepadałem za obcymi. No, może z kilkoma wyjątkami. No ale cóż... Festiwal jest po to, by się bawić. Suczka znalazła się tuż obok mnie. Po jej minie wnioskowałem, że była wręcz zachwycona stolicą zatopioną w zieleni i kolorowych kwiatach.
-Czujesz to? - zapytała rozmarzona.
-Tak... Pieczeń... - uśmiechnąłem się do niej szeroko.
Prychnęła i pokręciła głową.
-Kwiaty! Hiacynty, żonkile... -westchnęła cicho z zachwytem.
-Ja tam czuję pieczeń. - skrzywiłem się, a ona spojrzała na mnie spode łba. - No dobra, już dobra!
Zaśmiałem się i podszedłem do krzaczka błękitnych kwiatów, obok którego przechodziliśmy. Zerwałem jeden z nich i umieściłem go za uchem suczki.
-A teraz idziemy na pieczeń! - zarządziłem i pobiegłem truchtem w kierunku karczmy.
Usłyszałem za sobą jedynie gadkę o tym, jaki jestem przyziemny i pozbawiony delikatności. Prychnąłem. Niech tylko powie, że nie jest głodna.
Otworzyłem ciężkie drzwi tawerny, zza których już dobiegały dźwięki rozmów, śmiechów i delikatne pobrzękiwania instrumentu muzycznego. Pomieszczenie było zatłoczone, wypełnione dymem z palenisk. Tłum jedynie potęgował panujący tam gorąc. Zakaszlałem, gdy ciemne kłęby napłynęły mi do nozdrzy. Wszedłem jednak do środka, a Lady pojawiła się tuż za mną. Uśmiechnąłem się do niej i wskazałem niewielki, wolny stolik pod otworzonym oknem. Oświetlający go blask słońca sprawiał, że mebel wydawał się wręcz zesłany przez niebiosa. Szybkim krokiem, jednak nie biegiem, ruszyłem w jego kierunku, aby ktoś przypadkiem mi go nie zajął. Czułem, że nie jestem jedynym chętnym na to wyśmienite miejsce. Odniosłem jednak sukces i mogłem odpocząć z moją... Ach z moją ukochaną, co tutaj wiele kryć!
Kelnerka sprawnie przebrnęła przez masę gości i zjawiła się przy nas z uśmiechem na pyszczku. Złożyliśmy zamówienie, a ona równie szybko zniknęła w kuchni. Rozejrzałem się po sali, podczas gdy Lady zaczęła coś mówić. Słuchałem jej jednym uchem i potakiwałem. Moja uwaga skupiona była na kilku typkach siedzących przy stole po drugiej stronie sali. Po ich zachowaniu widać było, że mają za sobą nie jedną butelkę gorzałki, czy też kufel piwa. Byli głośniejsi niż większość klientów, poza tym z ich pysków płynęły potoki wyzwisk. Czasem dało się również usłyszeć nieco z ich prywatnego życia.
-Słuchasz mnie w ogóle? - zapytała moja towarzyszka z wyrzutem.
Ocknąłem się i uświadomiłem sobie, że za długo przyglądam się nieznajomym. Spojrzałem jej w oczy i uśmiechnąłem się delikatnie mając nadzieję, że wybaczy mi chwilowe zacięcie. Mruknęła coś pod nosem po czym zamilkła. Również zaczęła rozglądać się po sali. Między nami zapanowało milczenie, jednak nie oznaczało to bynajmniej ciszy. Teraz i Lady przysłuchiwała się okrzykom pijanych psów. Co jakiś czas padały strategiczne nazwy, a ja notowałem sobie wszystko w pamięci. Moja uwaga nie odwracała się od nich nawet, gdy na stole pojawił się aromatyczny rybi filet w sosie koperkowym. W końcu usłyszałem coś, co ostatecznie przekonało mnie, że to przybysze ze Sfory Iskry.
-A jak tam twój Brian? Jak gom ostatnio widział, nie dorastał mi do łokci! - zaśmiał się głośno jeden z nich.
-Ano, wyrósł, zmężniał. Wyobraź sobie, że go na wojaczkę wzięło! Moja Marta codziennie śle do niego listy, boi się o smarkacza jakby był z porcelany. - powiedział ochryple inny, najwyraźniej ojciec Brian'a.
-Ooo! To w Calor długo nie usiedzi, w końcu poszedł w ślady ojca.
-Jeśli poszedł w ślady ojca, wkrótce będzie dyndał razem z nim na szubienicy! Ile wyście wychlali?! Czy tak zachowują się osoby naszego pokroju? Zbierajcie się, a ja zapłacę. Nie spodziewajcie się jednak wynagrodzenia po najbliższej misji. - do grupki podszedł inny pies, zupełnie trzeźwy. Biła od niego duma. Widać było, że ma władzę nad pozostałymi. Mógł być oficerem, lub hersztem bandy. Mówił o wiele ciszej od innych, tak, aby pozostali goście go nie usłyszeli. Nie udało mu się to zupełnie. Owszem, może ktoś, go nie zwracał na niego uwagi, mógł nie usłyszeć jego słów, jednak mi się to udało.
Postanowiłem wykorzystać to, że właśnie skończyliśmy jeść, aby podejść do kontuaru i przyjrzeć się nieco nowo przybyłemu. Był masywny psem, najwyraźniej mieszańcem, co wcale nie ujmowało mu potęgi. Miał w sobie coś z doga, a może pitbulla. Nosił ciemny płaszcz. Gdy wyciągał mieszek, dostrzegłem naszywkę w kształcie głowy smoka. Znak Sfory Iskry... Pies zapłacił, rzucając na ladę kilka soli. Gdy wrzucał resztę do sakiewki, ta mu się przechyliła, a z jej wnętrza wypadła moneta, która potoczyła się po dębowej podłodze. Stałem za nim, więc szybko ją podniosłem i podałem nieznajomemu przyglądając się jej. Har, waluta naszych północnych sąsiadów. Wyrwał go szybko i spojrzał na mnie wrogo.
-Sam dałbym sobie radę. - warknął.
-Ach, wybacz. Wiesz, u nas, w Sforze Jutrzenki, jesteśmy bardzo pomocni. - uśmiechnąłem się do niego szeroko, przyjaźnie, choć wręcz gotowałem się w środku ze stresu.
Zrozumiał przekaz. Obnażył kły i popchnął mnie, ruszając w kierunku towarzyszy.
-Hola, hola! Ja chciałem tylko pomóc, skąd ta wrogość? - zapytałem nadal grając.
Lady, widząc co się dzieje, pojawiła się u mojego boku. Zlustrowała wzrokiem stojącego na przeciw psa.
-Cofnij się. - szepnąłem do niej ostrzegająco.
-Myślisz, że cię zostawię?- odparła z buntownicza miną.
Tymczasem do swojego przywódcy podeszła reszta bandy.
-Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. - mruknął do mnie jeden z nich. Wyziewane przez niego powietrze w większości składało się z alkoholu.
-Ale czy ja coś zrobiłem? - podniosłem brwi.
Psy szybko dały swojemu towarzyszowi do zrozumienia, że muszą wyjść. Ten cofnął się pośpiesznie i ruszył za nimi do drzwi. Gdy tylko zniknęli mi z oczu, odwróciłem się do Lady.
-Coś mi tu nie gra...- mruknąłem.
-Doprawdy?- popatrzyła na mnie w stylu "no wow Sherlocku".
Uśmiechnąłem się i podałem karczmarzowi pieniądze za posiłek. Następnie wyszliśmy z lokalu na ulicę. Odetchnąłem głęboko świeżym powietrzem. Był miłą odmianą dla zaduchy panującej w karczmie. Do moich uszu dobiegała muzyka. Na scenie właśnie trwał jakiś występ.
-Może obejrzymy? - zaproponowałem wskazując tamten kierunek.
Lady z chęcią na to przystała i oto ruszyliśmy w stronę występujących psów. Nagle, gdy przechodziliśmy obok zaułka w wąskiej uliczce, poczułem mocne uderzenie w tył głowy. Świat zawirował, rozdwoił się, by następnie skryć się w ciemnościach... Słyszałem krzyk suczki.
Serce zabiło mi szybciej, w żyłach zaczęła krążyć adrenalina. Niczym rycerz... No bez konia i zbroi, ale liczą się intencje... Wracając... Niczym rycerz ruszyłem, by bronić damy serca. Zapomnijmy o tym, że cały świat wirował. Zapewne poruszałem się jak tamte pijane psy. No właśnie! Zapach alkoholu bardzo przybliżał mi postać moich wrogów. Miałem niemal całkowitą pewność, że to właśnie od nich oberwałem. Dowiedziałem się przecież zbyt wielu informacji. Minęła chwila zanim zdołałem zorientować się w sytuacji. Moje ciało powoli wracało do normy, więc mogłem już wyciągnąć sztylet. Postanowiłem jednak skorzystać ze swoich mocy. Podmuch wiatru powalił chwiejącego się psa, który następnie przewrócił stojącego za nim kompana. Dostrzegłem Lady, której udało się wyrwać napastnikowi i teraz mierzyła do niego ze sztyletu. Potraktowałem go strumieniem powietrza, a ona poprawiła ognistą kulką, przez którą w powietrzu uniósł się swąd przypalonej sierści i mięsa.
-Biegnij po straż!- krzyknąłem, a ona szybko wykonała moje polecenia.
Ja natomiast wróciłem do walki. Jeden z przeciwników wskoczył mi na grzbiet, chwytając za skórę na karku. Zawyłem z bólu, lecz szybko zrzuciłem agresora. Spadł na brukowaną ulicę, a ja przygniotłem go ciężarem ciała tak, że nie mógł się ruszyć. Reszta z nich również szykowała się do ataku. Stworzyłem niewielki wir, który uniósł pył pokrywający drogę. Rzucił jednym z psów o ścianę budynku, a ten osunął się bezwładnie na podłoże. Nie chciałem zabijać. Mogą mieć ważne informacje. Dbałem więc jedynie o to, aby stracili przytomność. Głowicą sztyletu uderzyłem nacierającego wroga w skroń. On również wylądował na bruku. Zostało mi jednak jeszcze trzech. Ich przywódca stracił cierpliwość i rzucił mi się na bok, powalając mnie. Próbowałem się bronić, lecz wytrącił mi sztylet tak, abym nie mógł użyć telekinezy. Pozostały mi jedynie moce, jednak i one takowe posiadał. Poczułem jak zamarzam. Wokół mnie powstały kryształy lodu.
-Hej ty! Odwal się od niego! - usłyszałem krzyk Lady, następnie wrzask przeciwnika, by znów poczuć swąd spalenizny. Lód, który mnie otaczał, stopniał. Reszta napastników została obezwładniona przez straż.
Wstałem, otrzepałem mokrą sierść i podszedłem do jednego ze strażników.
-Ci tutaj, pochodzą ze Sfory Iskry. - poinformowałem go.
Przyjrzał się im, podszedł do masywnego mieszańca i odsłonił smoczą głowę na płaszczu.
-Ech... Nie są szpiegami. Agenci nigdy nie użyliby znaku narodowego na ubiorze. Mogą jednak mieć poufne informacje, wyglądają na wojowników. Cóż. Dziękujemy za informacje. Może potrzebujesz pomocy? Jesteś ranny.
Spojrzałem na ulicę. Z mojej sierści skapywała krew. Adrenalina nadal krążyła mi w żyłach, więc nawet nie czułem bólu.
-Dam sobie radę. - uśmiechnąłem się lekko.
-Skoro tak uważasz. - mruknął i zajął się swoimi sprawami.
Ja natomiast podszedłem do Lady.
-Cóż... chyba dość przygód na dziś. - zaśmiałem się.
-Czyżby?
-Tak, jestem pewien. Najchętniej wróciłbym teraz do domu i posiedział nad rzeką. Co o tym sądzisz?
-Świetny plan. - uśmiechnęła się i bok w bok ruszyliśmy do Helecho. Jak gdyby nigdy nic...

THE END wreszcie.
| 1815 słów → 90೧ + 15೧ | Zadanie → 30೧ i 1K | Walka → 10PU |

27.03.2018

Od Oscara cd. Od Agnes

Zza chmur zaczął wyłaniać się już księżyc, jednak my dalej nie odnaleźliśmy Lady. Zacząłem się o nią poważnie martwić... Ba! To mało powiedziane! Trząsłem się cały, gdy w mój umysł wkradały się coraz mroczniejsze wizje. Jest już poturbowana, trafiła do strumienia, a co jeżeli była zbyt słaba, aby utrzymać się na powierzchni i zginęła, przez wdzierającą się jej do płuc wodę? Westchnąłem ciężko i spojrzałem na leżącą obok suczkę. Agnes rozglądała się uważnie, lecz była już widocznie zmęczona. Bądź, co bądź spędziliśmy na poszukiwaniach mnóstwo czasu. Depresyjne obrazy, które miałem przed oczami nie pozwalały mi odpocząć. Duch rwał się naprzód, a ciało? Miałem ochotę paść na kamienie. Zimne otoczaki o łagodnych kształtach, między którymi tkwiły ziarenka piasku. Upaść, napawać się wonią bijącą od spienionego oceanu... Lecz za bardzo przypominała mi ona tą energiczną istotkę, która teraz może leżeć bez życia na kamieniach, szukająca ukojenia. Borderka podniosła pysk i zatopiła we mnie swój wzrok, wyraźnie czekając na jakąkolwiek decyzję.
- Widzę, że jesteś już zmęczona. Możesz wrócić do domu. – nakłoniłem ją.
-Że co?! – podniosła się na równie nogi. – Myślisz, że teraz was tak po prostu zostawię?
W jej oczach zabłysnęły iskierki buntu, woli walki. Uśmiechnąłem się słabo na ten widok, a ona podniosła brew.
-Co cię tak bawi? Zapomniałeś o zadaniu? Ruchy! – krzyknęła i ruszyła truchtem przed siebie.
Szybko udało mi się ją dogonić. W gładkiej powierzchni kamieni odbijało się delikatne światło księżyca. Także fragmenty lodu lśniły tym blaskiem, lecz my wypatrywaliśmy ciemnej masy. Jakiekolwiek śladu po Lady. Ponownie podjąłem wołania. Mój głos niósł się po całej plaży i odbijał od górskich stoków wracając do naszych uszu. Nie poddam się.
Bryła lodu podobna do innej bryły, kamień do kamienia, sterta wodorostów do sterty wodorostów... Księżyc wdrapywał się coraz wyżej na nieboskłon. Ile już tak wędrujemy? Zacząłem poważnie zastanawiać się nad powrotem do domu. Wszystko stracone? Czy już nigdy nie ujrzę roześmianej Lady? Nie będę mógł wtulić się w kruczoczarną sierść, pachnącą morzem? A co w tym wszystkim jest najgorsze? Żadne z nas nie powiedziało na głos, co na prawdę czuje. Gdzie ja miałem głowę? Przecież to było takie oczywiste. Dźwięk jej głosu przynosił mi ukojenie, jej obecność wyzwalała, a ja próbowałem sobie wmówić, że nic do niej nie czuję.  Łzy zaczęły mi napływać do oczu.  Miałem nadzieję, że Agnes nie ujrzy chwili mojej słabości, jednak noc nie przykrywała wszystkiego swoim ciemnym całunem. Mimo to odwróciłem się w jej stronę.
- Wiesz co, chyba nie ma sensu już szukać... – zacząłem.
-Lady. – wyszeptała, niby kończąc moje zdanie.
-Tak, jej... Nie mam już siły, będę musiał...
-Oscar! Tam leży Lady! – krzyknęła.
Serce zabiło mi mocniej. Skamieniałem. Wszystkie złe myśli nagle odpłynęły, a moim umysłem zawładnęło jedno, jedyne pragnienie. Puścić się biegiem po plaży. W kierunku ciemnej postaci. Paść u jej boku, pomóc jej lub zginąć próbując. Moja towarzyszka już skierowała się w jej kierunku, więc i ja ruszyłem. Tak szybko, jak tylko mogłem. Siły powróciły, gdy tylko powróciła nadzieja. Nie myślałem o tym, że mogłem dotrzeć do zimnego truchła. Chciałem być przy niej.
-LADY! – krzyknąłem rozpaczliwie. –Odezwij się!
Upadłem przy niej. Przymknąłem oczy i otuliłem jej głowę. Nasłuchiwałem jakiegokolwiek szmeru, który zdradzałby oddech. Łzy płynęły strumieniem z moich oczu i pokrywały czarną sierść, lśniąc w blasku księżyca. Nastąpił przełom. Oddycha!
-Lady... – wyszeptałem.
Pogładziłem jej czoło wpatrując się w opadnięte powieki. Ocknij się, proszę... Nie czułem ciepła jej ciała. Być może mieliśmy niewiele czasu. Druga suczka pojawiła się przy mnie.
-Czy...? – zapytała niepewnie.
-Oddycha! Musimy zabrać ją do Świętego Gaju! Natychmiast!
Wstałem błyskawicznie i zacząłem analizować. Agnes stała obok Lady i przypatrywała się jej, także zastanawiając się co robić. Zauważyłem fragment sieci rybackiej, kilka fragmentów drewna wyrzuconych na brzeg.
-Zrobimy nosze. – zadecydowałem wskazując na nie.
Zaczęliśmy zbierać materiały. Następnie zabraliśmy się za sklecenie prostej, prowizorycznej kołyski. Umieściliśmy drewniane drążki na swoich grzbietach, a Lady położyliśmy na sieci. Przyszedł czas na wędrówkę przez góry.

Obudziły mnie promienie porannego słońca. Zasnęliśmy na trawie, pod drzewami w Świętym Gaju. Dotarliśmy tu po północy, zmęczeni, z ranną na noszach. Słyszałem, że rosnące tutaj rośliny mogą pomóc leczyć, dlatego zdecydowałem, że pójdziemy właśnie tutaj.  Położyliśmy Lady na kamiennym stole po środku ogrodu, a sami zasnęliśmy. A teraz? Teraz nastał nowy dzień. Słońce ogrzewało mój grzbiet, słyszałem też śpiewy ptaków na drzewach. Szybko wstałem. Moje serce zabiło mocniej. Bałem się zostawiać suczkę samą. Chciałem czuwać przy niej całą noc, jednak Agnes przekonała mnie w końcu, że muszę odpocząć. Posłuchałem  jej, ale nie mogłem tracić czasu. Od razu skierowałem się do miejsca, w którym leżała Lady. Zbliżyłem się do stołu i przeżyłem szok. ZNIKNĘŁA.
-LADY? GDZIE JESTEŚ?! – krzyknąłem i zacząłem biegać no około.
Zostawić ją nieprzytomną, a i tak gdzieś polezie. Chyba, że wcześniej coś ją porwało... A co jeżeli teraz jest pożerana przez potwora, który zakradł się tutaj w nocy? Jej szczątki gniją gdzieś...
-Aua... – stęknąłem i upadłem na ziemię pod naporem jakiegoś obiektu. Przeturlałem się kawałek po świeżej trawie. Coś uciskało moją klatkę piersiową. Poczułem znajomy zapach, zapach morza! Otworzyłem oczy, a przede mną ukazał się znajomy psyk, roześmiane oczy.
-Lady!- krzyknąłem, tym razem uradowany. – Żyjesz!
-Najwidoczniej – uśmiechnęła się promiennie i machnęła kilka razy ogonem.
Zeszła ze mnie, a ja podniosłem się i otrzepałem z pyłu. Łzy znów napłynęły mi do oczu, nie mogłem tego powstrzymać.
-Myślałem, że cię stracę... Lady. Ja wcześniej nie mogłem sobie tego uświadomić, ale teraz wiem, że...
-Nie gadaj tyle! – nakazała i wtuliła się w moją szyję.  Polizałem ją czule po pysku i delektowałem się tą chwilą. Najpiękniejsza w moim życiu...

Lady? <3
| 905 słów → 45೧ |

23.03.2018

Od Oscara cd. Od Agnes

Stałem przy kamienny murku i obserwowałem całą sytuację. Lady i Agnes prowadziły ożywioną konwersację. Wolałem nie wnikać w jej szczegóły, gdyż suczki nie polubiły się początkowo i chciałem, aby same rozwiązały swoje problemy. W tym przypadku neutralność wydała mi się szczególnie kusząca. Opowiadanie się za którąkolwiek ze stron mogło skończyć się dla mnie nieprzyjemnie, więc jedynie obserwowałem sytuację. W końcu Lady cofnęła się, a druga z nich zamknęła drzwi swojej chaty. Kruczoczarna postać znalazła się przy mnie po krótkiej chwili. Obdarzyła mnie pytającym spojrzeniem, a ja zamrugałem kilka razy niezupełnie rozumiejąc co ma na myśli. Westchnęła cicho i ruszyła przed siebie. Kilkoma susami dogoniłem ją. Nasza sierść ścierała się ze sobą. W sumie nie zdawałem sobie sprawy z tej bliskości. Miałem przez chwilę ochotę zapytać, co tak właściwie je poróżniło, lecz podejrzewałem, że i tak ich nie zrozumiem. Rozpocząłem więc konwersację od zupełnie innego tematu.
- Co tak właściwie sprowadza cię do Helecho?- zapytałem życzliwie, starając się nawiązać kontakt wzrokowy z Lady. Wydawała się zatopiona w rozmyślaniach, lecz odpowiedziała po krótkiej chwili.
- Taka piękna pogoda, wiosnę czuć w powietrzu. Przecież nie można było jej zmarnować na siedzenie w domu. Musiałam się nieco rozruszać. Łapy chyba same mnie tutaj poniosły... - uśmiechnęła się uwodzicielsko. Tak. Właśnie tak można opisać ten uśmiech. A może był on zwyczajny, może to tylko ja dojrzałem w nim coś, co sprawiło, że serce zabiło mi mocniej. Czułem ciepło jej ciała, tuż obok mnie. Troski odeszły gdzieś w kąt. Mieliśmy siebie.
- Skoro już twoje nóżki cię tutaj przyprowadziły, może wybierzemy się gdzieś razem?
- Z przyjemnością. - odparła naśladując głos damy dworu.
Wyruszyliśmy, bok w bok. Nie wiedziałem do końca, gdzie dotrzemy, ale wydawało mi się, że kierujemy się w kierunku zachodnim. Znowu, tak jak ostatnio. Postanowiłem, że tym razem nie zaprzepaszczę szansy i odwiedzimy Święty Gaj.
Od naszego ostatniego spotkania sporo się zmieniło w moim postrzeganiu tej znajomości. Poprzednio Lady opuściła Helecho zmęczona, wydawało mi się, że rozczarowana. Zacząłem się wtedy zastanawiać, czy ją zawiodłem, czy to za moją przyczyną to wiecznie radosna istotka nagle straciła część energii, entuzjazmu. Czy to ja zawiodłem osobę, która widziała we mnie więcej niż tylko jednego z wielu psów. Mimo, że znaliśmy się krótko, zdążyła się między nami nawiązać nić wzajemnego zrozumienia. A przynajmniej tak mi się wydawało? Może ona myślała o mnie zupełnie inaczej. Stwierdziłem, że dziś nastał ten dzień. Dzień, w którym wyznam jej, że moje serce raduje się, gdy tylko słyszę jej głos. Ech. Znów filozofuję na temat pompy w moim układzie krwionośnym. Jeszcze trochę i zostanę kardiochirurgiem.
Podczas gdy ja rozmyślałem, zdążyliśmy już dotrzeć na wzgórze, które zdążyło zapaść mi w pamięć. Widziałem gałęzie drzew rosnących w gaju. Pokrywały się już delikatnie różem. Spojrzałem, na czarną suczkę, ale ona nie wyrażała zainteresowania zagajnikiem. Patrzyła przed siebie, mrużąc oczy, które bombordowane były promieniami słonecznymi. Skierowałem swój wzrok w tamtą stronę, lecz nie dostrzegłem niczego.
- Czego tak wypatrujesz? - zapytałem cicho.
- Ech. Nie ważne. Może... Pójdziemy w tamtą stronę? - zaproponowała.
Zaskoczyła mnie nieco. Byłem przekonany, że będzie chciała odwiedzić Święty Gaj, napawać się wonią kwiatów i w ogóle... Ale skoro taka jest jej wola. Czemu miałbym się z nią kłócić?
Ruszyliśmy kłusem na południowy zachód, w kierunku gór. Po drodze rozmawialiśmy luźno, o bieżących sprawach. Czasem zapadała krępująca cisza. Starałem się ją jak najszybciej przerywać.
W końcu dotarliśmy do podnóży gór. Spojrzałem na Lady pytająco.
-Co powiesz na to, żeby wybrać się nad Ocean Glacio?- zapytała z uśmiechem.
-Dobry pomysł, musimy tylko znaleźć przełęcz... - mruknąłem i zacząłem dokładnie przyglądać się stokom.
Ścieżka, którą podróżowaliśmy nie była szczególnie uczęszczana. Z całą pewnością nie prowadziła też nad ocean, bo nie mogłem dostrzec żadnego wąwozu. Postanowiliśmy ruszyć wzdłuż niej i poszukać jakiegoś przejścia. Po kilkunastu minutach tryumfalnym gestem wskazałem przesmyk. W gruncie odbite były ślady kopyt, więc zwierzęta musiały go używać. Potruchtaliśmy w jego głąb.
-Oscar? Czy to na pewno bezpieczne? - zapytała moja towarzyszka, niepewnie spoglądając na granitowe ściany stoków. Co jakiś czas słyszeliśmy dźwięk upadających kamieni.
-Nie jestem tego pewien, lepiej będzie jeśli przyspieszymy... - odparłem i ruszyłem biegiem.
-Zaczekaj!- krzyknęła za mną i podążyła moim śladem.
Biegliśmy tak dobre pięć minut, gdy odwróciłem się i dostrzegłem coś, co sprawiło, że moje nieszczęsne serce podskoczyło mi do gardła.
-Lady! UWAŻAJ!- krzyknąłem, lecz było za późno.
Lawina głazów pędziła w dół zbocza, wprost na kruczoczarną suczkę. Zdążyła jedynie spojrzeć na mnie z przerażaniem, a masa kamieni zmiotła ją ze ścieżki. Cofnąłem się, wstrzymując oddech. Pył nie zdążył jeszcze opaść, a ja już tam byłem.
-LADY! LADY! POWIEDZ COŚ! - krzyczałem, a w kącikach oczu zaczęły mi się zbierać łzy.
-Oscar... - usłyszałem zachrypnięty głos.
Aż podskoczyłem. Nie wiem czy z radości, z zaskoczenia, a może zwyczajnego przerażenia. Podbiegłem natychmiast do miejsca, z którego dobiegał. Zacząłem odgarniać ziemię i skały, by dostrzec, że suczka leży w zagłębieniu terenu. Na szczęście nie została przygnieciona, przez kamienie. Jeden duży głaz zatrzymał się na krawędziach dołka, w którym się znajdowała. Miałem jednak świadomość, że w każdej chwili może się to zmienić.
-Zaczekaj tutaj! Pobiegnę po pomoc!
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Ruszyłem ile sił w nogach, aby tylko odnaleźć kogoś, kto pomoże mi wydostać suczkę spod lawiny. Traciłem powoli nadzieję. Kogo znajdę na takim pustkowiu?
Gdy już miałem pogodzić się z faktem, że nie uratuję Lady, pojawiło się światełko w tunelu. Na drodze zauważyłem psa. On również mnie spostrzegł. Pobiegłem w jego kierunku. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to Agnes we własnej osobie.
-Oscar?!
-Agnes! Lawina! Pomocy! Pod kamieniami jest... - zawahałem się. Nie przepada przecież za Lady...- Ktoś został przygnieciony! Musisz mi pomóc!- krzyczałem ze łzami w oczach.

Lady? Agnes? Nevermind co to jest xd
|930 słowa → 45೧| 

15.03.2018

Od Oscara cd. Od Agnes

Podły uśmieszek wpełzł mi na pysk, gdy ujrzałem minę Agnes, widocznie wyrażającą niezadowolenie. Jej oddech przyspieszył, w sumie podobnie jak mój. Oboje pokryci byliśmy warstwą błota pochodzącą z roztopów. Bądź, co bądź wiosna zbliżała się wielkimi krokami i dało się ją już wyczuć w powietrzu. Tak. Ekhem.
Mało brakowało abym wybuchnął śmiechem. Zwyczajnym, serdecznym śmiechem, w którym nie było ani grama sztuczności, czy przekrętu. Nie miałem pojęcia jak zareaguje na niego suczka. Dostrzegałem jednak jak kąciki jej ust uniosły się lekko, co nadawało jej obliczu nieco łagodności.
-Lepiej się czujesz? Chciałaś dokończyć to, czego nie zrobił drogowskaz? - podniosłem brew, nie pozbywając się uśmieszku.
-Może miał to być pokaz tych zgrabnych ruchów?
-Ach, z pewnością. Upadałaś w kałuże z niezwykłą gracją, godną księżniczki.
-Tobie również nie brakuje dostojności, gdy taplasz się w błocie jak wesołe prosię.
-Dziękuję, madame. Wybacz, lecz wyruszę teraz w kierunku mego pałacu, aby zażyć kąpieli.
-Ależ z piachem na pysku ci do twarzy. - uśmiechnęła się zgryźliwie.
-Taka specjalistka w dziedzinie mody ma z pewnością rację, jednak wolę słuchać własnego gustu.
-Jak uważasz milordzie.
Odwróciła się gwałtownie. Jej długa sierść poruszyła się szybko, by następnie oblać sylwetkę suczki delikatnymi falami, gdy ta truchtem zmierzała w kierunku schodów. Stwierdziłem, że nie będę stać jak kołek na środku jej podwórka i odpuszczę na dzisiaj. Odpuszczę co, tak właściwie? Sam nie wiedziałem. Z całą pewnością, był to jednak ciekawy początek sąsiedzkiej znajomości. Będę ją jeszcze nie raz widywał w oknie mojego domu. Jeszcze nie raz poczuję zapachy ulatujące z wnętrza jej chaty. Zamienię z nią jeszcze wiele zdań. Ale teraz musiałem się umyć.
Ruszyłem kłusem, charakterystycznym dla mej rasy, w kierunku własnej "posiadłości". Chwyciłem w zęby uchwyt wiadra i skierowałem się na brzeg Matre. Zimna woda niosła ze swoim prądem fragmenty lodu. Jej powierzchnia nie była bynajmniej wypełniona krą. Zanurzyłem drewniane naczynie w krystalicznej wodzie. Znów chwyciłem rączkę w zęby, lecz po chwili zdecydowałem się na mały trening telekinezy. Jeżeli mam dobrze władać bronią, to noszenie wody w wiadrze nie powinno sprawiać mi problemu. Skupiłem się na rzeczonym przedmiocie. Zadrgał delikatnie, co uwidoczniła powierzchnia cieczy, a następnie uniósł się na około 10 centymetrów. Nie było to zadowalające, jednak masywne wiadro wypełnione prawie po brzegi swoje ważyło. Nie do końca miałem pojęcie, czy waga ma wpływ na skuteczność telekinezy, lecz z całą pewnością nie zamierzałem się poddawać. Wywindowałem je wyżej, na wysokość ramion i utrzymywałem nieco przed sobą, po prawej. Ta dziedzina magii szła mi o wiele lepiej niż na początku mego pobytu w Eos, lecz zawsze miałem chwile zawahania, gdy jej używałem. Jak zwykle, po kilkunastu sekundach, rozluźniłem się nieco i już spokojnie ruszyłem w kierunku swojego domu. Błoto, które przywarło do mojej sierści, obijało się o moje ciało. Chciałem jak najszybciej pozbyć się tego uczucia, lecz nie miałem bynajmniej zamiaru wskakiwać do zimnej wody.
Szedłem drogą wysypaną żwirem. Wyraźnie widniały na niej kałuże, lecz ja nie omijałem żadnej z nich. W końcu i tak byłem już brudny. Czułem za sobą czyjąś obecność, więc odwróciłem się bez zastanowienia. Pech chciał, że wszedłem wtedy do większego zagłębienia i potknąłem się o jego krawędź. Wiadro poszybowało w powietrze, lecz po chwili zatrzymało się tuż nad drogą. Woda, która się w nim znajdowała, zatrzymała się kilka centymetrów wyżej, niż pojemnik, w którym uprzednio się znajdowała. Podniosłem się i otrzepałem, podczas gdy mój ładunek wylądował na powierzchni. Rozglądnąłem się i zobaczyłem złośliwy uśmieszek Agnes oraz pytający wzrok Lady. Świat jest piękny, a ja czułem się nieswojo. Właśnie pomogły mi dwie suczki. Czy to plama na honorze? Przynajmniej nie miałem wiadra na głowie i sierści oblanej lodowatą wodą.
-Witam, drogie panie. - uśmiechnąłem się nieśmiało.

Agnes? Lady? Nie wiem która chce pisać :v
|601 słów → 30೧|

8.03.2018

Od Oscara cd. Od Agnes

Czułem, że pokłady cierpliwości suczki powoli się wyczerpują. Nie chciałem się zbytnio narzucać, jednak wyszło to zupełnie inaczej... Odeszła szybkim krokiem. Stwierdziłem, że to koniec, i tak nie wywarłem na niej pozytywnego wrażenia. Ruszyłem powoli przed siebie, zastanawiając się w ogóle, czemu tak pchałem się do rozmowy. Przecież to zupełnie nie leży w mojej naturze. A może zwyczajnie chciałem zatonąć w aurze tajemnicy, która otaczała Agnes...
-Kołku, znowu to robisz... - mruknąłem do siebie karcąco, gdy zauważyłem gdzie zatrzymał się mój wzrok. Na suczce, oczywiście.
Przyspieszyła. Zdała sobie z tego sprawę, a ja zrozumiałem, że podążamy w tym samym kierunku. Helecho. Eh, mieszka tam gdzie ja. Świetnie. Będzie podlewała krzaczki w ogródku, patrząc z nienawiścią na mnie za każdym razem, gdy wyściubię nosa zza framugi. W sumie ta wizja mnie rozbawiła. Tymczasem Agnes odwróciła się i spojrzała na mnie z zażenowaniem. O tak. Zażenowanie wręcz wylewało się z jej tęczówek.
Przystanąłem i grzebnąłem łapą w kamienistym podłożu, odwracając nieco głowę. Nie mogłem jednak uniknąć spojrzenia tych ślepi.
-Nadal będziesz się upierał, że mnie nie śledzisz? - zapytała podnosząc brwi.
Parsknąłem. Nie pomogło to. Jej brwi wywindowały jeszcze wyżej.
-Nadal zbieg okoliczności... Taa... Jestem coraz mniej wiarygodny, prawda?
-Nigdy specjalnie nie byłeś. - odparła chłodno.
-A może dasz mi szansę? Pogadamy? Przecież widzę, że idziesz do Helecho, a tak się składa, że i ja tam mieszkam. - uśmiechnąłem się z nadzieją i zrobiłem delikatny, subtelny krok do przodu.
Wzrok suczki zatrzymał się na łapie, która właśnie posunęła się w jej kierunku, a następnie przeniósł na moją zakłopotaną paszczeńkę.
-Szybko łączysz fakty. Może i za szybko? Przecież równie dobrze mogę kierować się do znajdującego się tam zajazdu lub warsztatu zbrojmistrza, nieprawdaż?
-Wybacz śmiałość, ale stoimy na obrzeżach Lapsae. Wątpię, aby ktoś wolał robić zakupy w małej osadzie, rezygnując z tutejszej oferty. - uśmiech nadal nie spełzł mi z pyska.
Westchnęła cicho i ruszyła truchtem przed siebie.
-No ale nie uciekaj! - zawołałem za nią, ale ona nie raczyła się nawet odwrócić w moim kierunku.
Przyspieszyłem kroku, aby zrównać się z Agnes.
-Idziemy w tym samym kierunku, może umilisz mi podróż rozmową?
-Ile razy mam ci...! Albo w sumie... Tylko pod jednym warunkiem. Patrz przez cały czas na mnie. Nienawidzę, gdy ktoś odwraca wzrok w trakcie rozmowy.
Byłem gotowy zaakceptować te dziwne wymogi. Nie przeszkadzały mi znacząco, a moja podświadomość i tak uporczywie wpatrywała się w tą zgrabną suczkę. Szczęśliwy, że moje zabiegi wreszcie doszły do skutku, rozpocząłem pogawędkę.
-Przyznaj się. Mieszkasz w Helecho? Chcę wiedzieć, czy mam wroga za sąsiada. - parsknąłem.
-Czemu od razu wroga? Przecież to może, być piękna przyjaźń. - uśmiechnęła się słodko. Zbyt słodko. Coś było nie tak. Zaniepokoiłem się. Niecałe dwie sekundy później zrozumiałem grę, w którą wciągnęła mnie Agnes. Jej tytuł brzmiał "Czekaj, aż Oscar zacznie cierpieć". Świadomość przybyła pod bolesną postacią, a mianowicie pod postacią stojącego na poboczu drogowskazu. Zatrzymał mnie przy sobie, obolałego, natomiast suczka podążyła w kierunku, który wskazywał. Wyryte w drewnie litery dopiero po dłuższej chwili odczytałem jako "Helecho".
Wzrok powrócił do normalności, aczkolwiek ból głowy przypominał o sobie z każdym susem, który wykonywałem w pościgu za Agnes. W końcu dotarłem do niej, stojącej przy kamiennym murku ogradzającym podwórko przed niewielką chatką. Jej uśmiech mówił wszystko.
-Piękny początek, przepięknej przyjaźni...- mruknąłem, przechodząc obok.
Ruszyłem w kierunku swojego domu. Wszedłem do niego i natychmiast sięgnąłem po zioła, które dostałem kiedyś od mieszkającego w okolicy zielarza. Szybko odnalazłem te, o działaniu przeciwbólowym i wrzuciłem je do gorącej, lecz nie wrzącej wody. Gdy napar był gotowy, wyszedłem na dwór, by siorbać go przy uchu suczki...

Agnes?
|590 słów → 25೧|

6.03.2018

Od Oscara cd. Od Agnes

Chociaż w Eos jestem już od dłuższego czasu, poza danymi mi mocami i telekinezą, nie zdobyłem żadnej przydatnej magicznej umiejętności. Pewnego słonecznego poranka, gdy ptaszki ćwierkały, a iglasty las w okolicy mojego domu rozprzestrzeniał przyjemną woń igliwia, nabrałem chęci do działania. Nie miałem niczego znaczącego do roboty, więc postanowiłem wybrać się wreszcie do biblioteki znajdującej się w Pałacu. Przygotowałem szybkie śniadanie, wziąłem najpotrzebniejsze rzeczy i ochoczo wyszedłem z domu, by odwiedzić Lapsae. Dziarskim krokiem pokonałem odległość, jaka dzieliła je od Helecho i szybko znalazłem się na brukowanym rynku. Wczesna godzina nie przeszkadzała handlarzom i ich potencjalnym klientom, by już tłumnie oblegać to miejsce. Ominąłem zatłoczony targ skierowałem się w stronę górującego nad miastem zamku. Przed wejściem zatrzymali mnie gwardziści. Przedstawiłem się, nadal z uśmiechem na pyszczku. Bez problemu dostałem się do kamiennych korytarzy Pałacu. Urzędnicy maszerowali po nich, niosąc stosy zwojów i innych papierów i przyglądając się mi znad stosów ksiąg. Nie przystałem by porozmawiać z jakimkolwiek z nich. Nie byli mi znani, a nie widziałem potrzeby by wchodzić z nimi w głębsze relacje. Oni również nie mieli na to ochoty, a może raczej czasu. Ruszyłem w kierunku biblioteki. Otworzyłem dębowe drzwi i cicho wszedłem do środka. Po zamknięciu wrót, uderzyła mnie cisza. W wielkiej sali nie było słychać żadnych rozmów, jedynie przerzucanie stron, ewentualnie szepty. Nad wszystkim czuwała suczka siedząca przy masywnym biurku i wypełniająca jakieś papiery. Zlustrowała mnie wzrokiem. Uśmiechnąłem się do niej nieśmiało i ruszyłem w kierunku półek. Znalazłem szybko dział z interesującą mnie tematyką. Zacząłem przeglądać grzbiety starych, czasem nieco nowszych, ksiąg. Woń panująca wokół mnie była niezwykle przyjemna.
W końcu udało mi się znaleźć kilka intrygujących mnie zdolności.
-Czytanie w myślach, telepatia... Uuu... Teleportacja. To może być ciekawe. - mówiłem do siebie w myślach.
Przeniosłem obszerną księgę na stół stojący po środku sali. Siedziało już przy nim kilka psów, wszystkie zatopione w lekturze. Światło, wpadające przez oszklony dach, pozwalało na wygodne czytanie. Otworzyłem swoją "zdobycz" i zacząłem szybko przeglądać ilustracje, by następnie wziąć się za analizowanie tekstu. Na początku teoria, potem praktyka.
Książka była napisana językiem, który można by nazwać... naukowym. Profesjonalne nazewnictwo na początku wprawiało mnie w zakłopotanie, ale po kilku, może kilkunastu minutach, potrafiłem już rozszyfrować większość zdań. Nie miałem zamiaru wypożyczać księgi, więc robiłem skrupulatne notatki, którymi będę mógł wspomóc się w dalszej nauce. Powoli wyobrażałem już sobie jak podczas walki unikam ciosów przeciwnika, znikając i pojawiając się za jego plecami. Coś pięknego... Jednak nauka będzie czasochłonna...
Dowiedziałem się, że na początku będę musiał ćwiczyć w skupieniu, gdyż rozproszony umysł nie będzie potrafił kontrolować podróży. W takim wypadku albo wcale się nie przeniosę, albo wystrzeli mnie w zupełnie innym miejscu. Wolałbym tego uniknąć.
Po kilkudziesięciu minutach stwierdziłem, że wystarczająco dużo czasu spędziłem na czytaniu. Zamknąłem starą księgę i odłożyłem ją na półkę, by następnie wyjść z pomieszczenia. Pożegnałem się z bibliotekarką i ponownie ruszyłem kamiennymi korytarzami Pałacu, w towarzystwie urzędników i innych psów, które z różnych przyczyn odwiedzały siedzibę przywódców. Wyszedłem na brukowany dziedziniec, minąłem gwardzistów i podążyłem dróżką do Lapsae. Miałem zamiar odwiedzić rynek i zakupić broń. Przydałoby się w końcu zdobyć jakiś sztylet. W końcu dotarłem na zatłoczone targowisko. Ruch wzmógł się od mojej ostatniej wizyty. Wszystko zdawało się teraz być jeszcze bardziej hałaśliwe, kolorowe i ruchliwe.
Przechodziłem właśnie obok karczmy, gdy drzwi otworzyły się, automatycznie odwróciłem głowę w stronę dźwięku, lecz nie zdążyłem nikogo zauważyć. Poczułem uderzenie w bok. Cofnąłem się natychmiast i ujrzałem niższą ode mnie suczkę, która przyglądała mi się nieco zdezorientowana.
-Wybacz. - powiedziała szybko i wykonała szybki krok w bok, jakby już chciała uciekać.
-Nie ma sprawy. Ostatnio dziwnie często wpadają na mnie suczki. - uśmiechnąłem się pod nosem.
Spojrzała na mnie pogardliwie, z podniesionymi brwiami, jakby uczyniona przeze mnie uwaga była co najmniej sprośna. Przysiadłem i podniosłem łapy w obronnym geście.
-No co? Taki fakt.
Wywaliła oczami i wykonała kolejne kilka kroków w bok, oddalając się nieco ode mnie. Nigdy nie paliłem się do rozmowy z nieznajomymi, jednak tego dnia byłem w wybornym wręcz humorze. Poza tym, suczka mnie intrygowała. Chciałem się o niej czegoś dowiedzieć. Mimo, że jako przedstawicielka swojej rasy wyglądała na potulną, wcale taka nie była. Postąpiłem w krok za nią, zmniejszając dystans między nami. Nie chciałem być wyjątkowo nachalny.
-Jestem Oscar, a ty?- zapytałem z uśmiechem.
-Moje imię nie jest ci do niczego potrzebne. - burknęła i wykonała kolejny krok w bok.
-Czyżby?
-Jestem tego pewna. - w jej tonie pobrzmiewała ostrzegawcza nuta.
-Skoro tak uważasz, nieznajoma...
Odeszła. Pozostawiła mnie z drwiącym uśmieszkiem. Była inna niż Lady. Owszem, moja przyjaciółka potrafiła się postawić, lecz ta suczka różniła się od niej mocno. Przyłapałem się na tym, że nadal gapię się na jej kroki pełne gracji.
-Ogarnij się kołku...- mruknąłem do siebie i ruszyłem w kierunku stoisk z bronią.
Zacząłem przyglądać się pięknie zdobionym ostrzom. W końcu wybrałem jedeno z nich. Wykonałem w powietrzu kilka cięć. Idealnie wyważony sztylet nazywał się North. Stwierdziłem, że będzie idealnym wyborem i zapłaciłem handlarzowi, który od samego początku zachwalał swoje towary.
Odszedłem od stoiska i ruszyłem w kierunku Helecho. Przechodziłem właśnie obok księgarni, gdy ktoś się z niej wyłonił.
-Witaj nieznajoma. - uśmiechnąłem się do suczki, która poprzednio we mnie wpadła.
-Śledzisz mnie?- warknęła.
Obnażyła białe kły połyskujące w słońcu.
-Ja? Ależ skąd. Czysty zbieg okoliczności!

Agnes?
| 870 słów → 40೧ | Teleportacja: 1/4 |