Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elijah. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elijah. Pokaż wszystkie posty

2.06.2019

Od Elijaha cd. Yasmin

Siedziałem pośrodku polany, wodząc po niej wzrokiem z nieoczekiwanym smutkiem. Wieczorny, chłodny wiatr mierzwił moją sierść. Dłuższe kosmyki falowały podczas solidniejszych podmuchów nieskrępowanie, zaburzając kształt mojej sylwetki. Obok mnie leżały zapełnione medykamentami torby - znacznie lżejsze, po całym tym męczącym dniu. Wszędzie roznosiła się wyraźna woń krwi, która litrami wsiąknęła tamtego dnia w ziemię. Po gruncie walały się pozostałości po bandażach, butelki, fiolki. Nie miałem siły, by je zebrać. Patrzyłem się na nie z niemym przygnębieniem, nie mogąc zdobyć się na jakikolwiek ruch. Ściemniło się, do tego stopnia, że z ziejącej czernią pustki wyłuskiwało mnie jedynie zimne światło Księżyca. Kątem oka spostrzegłem zbliżającą się Yasmin. Odwróciłem od niej wzrok, mając nadzieję, że nie zmierza w moją stronę. Myliłem się.
- Na co czekasz? - radośnie lawirowała pomiędzy porzuconymi na polanie przedmiotami.
Wzdrygnąłem się, słysząc jej nienaturalnie wręcz wesoły głos. Poczułem jak po mojej skórze przebiega nieprzyjemny dreszcz. Chcąc ukrócić to irytujące uczucie, wstałem.
- Na pewno nie na ciebie - rzuciłem mimochodem, otrzepując się z tony kurzu, która zdołała przyczepić się do mojej jasnej sierści. Lśniące drobinki wyraźnie odcinały się od nikłej łuny nocnego światła.
Chwyciłem za skórzane rzemienie otaczające wieko mojej torby. Zaciągnąłem je bez trudu, z wprawą budowaną przez całe miesiące praktyk. Klamry zachrzęściły przyjemnie, dając mi pewność, że dobrze chronią zawartość sakw. Starałem się ostentacyjnie ją ignorować, żywiąc najszczerszą nadzieję, że takie zachowanie ją zniechęci. Odwróciłem się od niej, w całości poświęcając swoją uwagę na sprawdzanie drobnego ładunku. Po dokładnych oględzinach zarzuciłem juki na grzbiet, szykując się do drogi powrotnej. Ruszyłem wolnym krokiem, kierując się na główny trakt wąską, piaszczystą ścieżką, która przecinała polanę. Teoretycznie mogłem nocować w Helecho, mój domek był jednakże... w nie najlepszym stanie. Dalej nie zabrałem się za konieczne naprawy, takie chociażby jak załatanie dachu. Pragnąłem wrócić do Lapsae, nawet jeżeli jedynym miejscem, które na mnie czekało, była niewielka, zatęchła klitka w jakiejś podniszczonej kamienicy. Najgłębsze partie mojego umysłu proponowały, bym poprosił o nocleg Yasmin, odrzucałem jednak tę myśl natychmiast. Chciałem pobyć sam. Zastrzygłem uszami, rejestrując delikatny ruch. Nie mogłem tego zweryfikować, ale byłem prawie pewny, że suka w dalszym ciągu stoi raptem kilka metrów ode mnie.
- Za... Zaczekaj - wydusiła po chwili, tracąc swój zwyczajny rezon.
Westchnąłem cicho, w zasadzie nawet nie dlatego, że mnie to zirytowało. Czułem się źle. Miałem ochotę odciąć się od wszystkiego i wszystkich, zaszyć się gdzieś i po prostu odpocząć. Uniemożliwiała mi to.
- Horus powiedział, że z chęcią przyjmie cię na jakieś treningi. Może poduczyć cię w walce - zaczęła tłumaczyć, łapiąc ze mną przelotny kontakt wzrokowy.
Zgarbiłem się nieco, w wyrazie zniecierpliwienia. Tak, jasne. Z pewnością robi to z dobrego serca! Oczami wyobraźni widziałem jak, gdy tylko odszedł na kilka kroków, szydził z mojej marnej postury.
- Niech ten twój Horus lepiej powie jak najszybciej dostać się do Lapsae. Chwilowo to jest mój główny problem - warknąłem, nieznacznie strosząc sierść na karku.
Yasmin przymrużyła oczy i cofnęła się raptownie. Jej uszy opadły smętnie na boki.
- Ja... Przecież dobrze wiesz, że nie to miałam na myśli - żachnęła się, na powrót przyjmując ofensywną postawę.
Burknąłem ze złością, szurając łapami po zimnej ziemi. Moje pazury pozostawiły nań szarpane bruzdy.
- Zostaw mnie! Gdyby nie ty, mógłbym w spokoju odpocząć! - rzuciłem się do przodu, lądując niemalże pod jej pyskiem.
Wyszczerzyła kły, górując nade mną. Wytrenowane mięśnie lekko drżały pod jej skórą, jakby gotowe do ataku. Obróciłem się, ponownie wracając na drogę. Z mojej torby wydobył się charakterystyczny dźwięk obijanego szkła. Fuknęła coś pod nosem, nie siląc się nawet na jakieś słowa. Wpatrywała się we mnie z nagłą, przerażającą wręcz złością. Drżałem. Moje serce biło znacznie szybciej niż zazwyczaj. Dyszałem, z trudem łapiąc oddech. Szła za mną. Nawet nie próbowała się ukrywać. Jej łapy dudniły o podłoże cicho, lecz wyraźnie. Wręcz trzęsła się w nieopisanej furii, będąc raptem o krok od zrobienia czegoś głupiego. Nagle przyśpieszyła. Krzyknęła stłumionym głosem, będąc raptem metr ode mnie. Skoczyłem gwałtownie, by stanąć z nią twarzą w twarz. Machnąłem łapą. Z ziemi wystrzeliły cztery, zielonkawoniebieskie pnącza, łapiąc za jej kończyny i brutalnie przygważdżając samicę do gruntu.
- Może sobie tu tak posiedzisz do rana? - prychnąłem z pogardą. - Może zmądrzejesz.

Yasmin?
672 słowa

11.05.2019

Od Elijaha - Alchemia [4/4]

Nauka trwała w najlepsze. Kazała mi ponazywać jeszcze całe naręcze pierwiastków. W skupieniu przyglądałem się najróżniejszym bryłom, cieczom i kolorowym gazom. Oglądałem flakoniki z każdej strony, starałem się wycisnąć ze swojego umysłu tyle, ile tylko było możliwe. Nie mogłem jednak przypomnieć sobie czegoś, czego nigdy nie pamiętałem. Gdy zakończyliśmy ten dział, samica przeszła do reakcji. Wrzucała próbki różnych substancji do jednej kolby i kazała mi obserwować, a potem zdawać jej dokładną relację z tego, co zaszło. Zazwyczaj kiwała przecząco łbem i rozpoczynała własną opowieść, zaskakująco odmienną od mojej wersji. Następnie zaczęła szperać w swojej niby niewielkiej, ale przepastnej torbie. Po chwili gorączkowych poszukiwań, wyciągnęła zeń z trudem jakąś księgę. Otwarła ją, prawdopodobnie na przypadkowej stronie. Gdy okładka uderzyła o ziemię, w powietrze wzbił się obłok kurzu. Wzdrygnąłem się, widząc to zaniedbanie. Samica wytłumaczyła mi jeszcze kilka spraw, nie skąpiąc przy tym, raczej średnio przydatnych, ciekawostek. Przytakiwałem posłusznie, starając się skupić. Może nie była najlepszą nauczycielką, ale udało mi się wchłonąć nieco wiedzy. Nawet, jeśli nie była to zaawansowana alchemia - coś umiałem.
- Koniec szkolenia! - stwierdziła po tych męczących godzinach, nad wyraz zadowolona z siebie.
Dla odmiany również się uśmiechnąłem, nie chcąc sprawiać jej przykrości. Bądź co bądź zgodziła się mnie podszkolić, nie żądając za to żadnej opłaty. Ku mojemu zdziwieniu samica wróciła do przepatrywania najgłębszych odmętów swojej sakwy. Patrzyłem na to z dystansem, nie wiedząc, co też może mi jeszcze zgotować. Myślałem, że zapomniała wspomnieć o czymś ważnym, może chciała jeszcze coś pokazać. Rzeczywistość była jednak zgoła inna niż moje wyobrażenia. Niedługo potem światło dzienne ujrzało... jakieś wdzianko? Szczęka opadła mi prawie do samej ziemi. Torba mojej mentorki doprawdy nie miała dna. Jakieś pół metra nad ziemią lewitowała długa, fioletowoniebieska, błyszcząca peleryna. Na jej powierzchni wyrysowane były srebrne gwiazdy. Obok niej wesoło fruwała szpiczasta, pokaźnych rozmiarów czapka - pod kolor. Suka natychmiast wcisnęła na mnie "gustowne" ubranko, bez uprzedniego pytania mnie o zgodę.
- Witaj w świecie alchemii! - krzyknęła patetycznie, przybierając jakąś dziwaczną pozę.
O losie...

Koniec
323 słowa

6.05.2019

Od Elijaha - Alchemia [3/4]

Spojrzałem na nią z lekką, choć skrywaną irytacją. Jasne, cez. Przecież to takie  o c z y w i s t e.
- Widzisz, to akurat łatwo zapamiętać. Przybiera szczególną formę. Jaką? - zapytała z uśmiechem, zmuszając mnie do myślenia i odpowiedzi.
Zacząłem ruszać głową, by ze wszystkich możliwych stron obejrzeć fiolkę. Istotnie, szarawy twór był charakterystyczny.
- Wygląda jak... gałązki - padło z moich ust, po chwili zwątpienia.
Energicznie pokiwała łbem, na znak, że miałem rację. Schowała szkło do swojej torby, umiejscawiając je w konkretnym przedziale, odgrodzonym od innych elastyczną gumką. Przeszła się wzdłuż okazałego rzędu, przyglądając się poszczególnym przedmiotom z uwagą. Przymrużyła oczy, jakby nie była w stanie ujrzeć tego, co potrzebuje. Wreszcie krzyknęła coś pod nosem radośnie, za pomocą telekinezy podnosząc następny flakonik.
- Aha! Tego szukałam! - wróciła do mnie, podtykając mi niewielki słoiczek pod sam nos.
Uniosłem podejrzliwie jedną brew. W dalszym ciągu nie miałem do niej za grosz zaufania, a jej dziwnie wybryki tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Zezowałem, by ujrzeć, co też może się znajdować w pojemniczku. Jakiś... kryształ?
- Szmaragd! - olśniło mnie, patrząc na kolor bryły.
Pomachała łbem z uznaniem. Wypiąłem dumnie pierś, pewien, że udzieliłem jedynej poprawnej odpowiedzi.
- No, powiedzmy. W zasadzie powinieneś stwierdzić, że to beryl, ale szmaragd też może być. - wzruszyła ramionami, chowając ten mój nieszczęsny szmaragd do swojego podróżnego tobołka.
Cóż za porażająca dokładność! Miałem tylko nadzieję, że nigdy nie zdarzyło się jej w ten sposób pomylić chociażby cyjanku z solą. Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, co przygotowała dla mnie na koniec. W dziwnej kolbie był... płomień!? Nie miałem pojęcia jakim cudem znalazł się tam ogień, ale widziałem coś innego, dziwnego! Był...
- Zielony? - powiedziałem to na głos, choć wcale nie miałem zamiaru.
Prychnęła, nieco rozbawiona.
- Oczywiście! Myślisz, że płomienie mogą być tylko czerwonawe? - popatrzyła się na mnie z lekkim politowaniem. - No, już. Co to może być? - moje znudzone i pełne przygnębienia spojrzenie wyraźnie dało jej znać, że nie mam pojęcia.
Bor, jak się dowiedziałem.

cdn.
320 słów

5.05.2019

Od Elijaha - Alchemia [2/4]

Za jej namową zostawiłem kozła przed wejściem na trakt. Schowałem jego zwłoki wśród traw, by upewnić się, że żaden podróżny nie skusi się na darmowy posiłek, w momencie, gdy ja będę zajęty. Układałem ostatnie źdźbła, gdy poczułem mocne uderzenie w grzbiet. Z impetem padłem na ziemię, odruchowo przewracając się na plecy i kopiąc przeciwnika w brzuch. Zamarłem, gdy nad sobą ujrzałem... tygrysa. Skoczyłem na równe nogi, pragnąc jedynie ucieczki. Uskoczyłem przed jednym z zamaszystych ciosów ogromną łapą. Przeturlałem się po gruncie, lądując niemal pod stopami mojej mentorki.
- Już, spokój. - zaśmiała się, kładąc łapę na pysku rozjuszonego kota.
Otworzyłem pysk, zdziwiony, patrząc na nią z niezrozumieniem. Podniosłem się z trudem, dalej czując ból w miejscu, które padło ofiarą ataku zwierzęcia. Odsunąłem się jak najdalej od napastnika, woląc nie narażać się na zostanie celem po raz drugi.
- Zginąłbyś - stwierdziła bez ogródek, przekierowując wzrok na mnie.
W tym momencie realnie zastanawiałem się już, co jest z nią nie tak.
- Gdybyś był alchemikiem, mógłbyś wytworzyć kwas, który by go pokonał. - w dalszym ciągu głaskała pasiastego mordercę, nic nie robiąc sobie z faktu, że byłem nieco poobijany i zirytowany.
Wolałem już nic nie mówić, choć z miłą chęcią podważyłbym zasadność tego twierdzenia. Wydawało się zupełnie bezsensowne - chyba, że ów samica nosiła przy sobie żrące kwasy, zawsze.
- Najpierw podstawy! - znowu zaczęła gadać do siebie.
Wysypała ze swojej torby najróżniejsze flakoniki, fiolki, słoiki, pojemniki, szkiełka, kolby... I w zasadzie wszystko, co tylko mogłem sobie wyobrazić. W każdym z nich znajdowała się inna substancja - od kolorowych gazów, przez najróżniejsze ciecze, po sztabki czy inne ciała stałe. Niektóre były również mniej oczywiste - jakieś dziwne żelki, galaretki, ziarnka... Patrzyłem na to z mieszaniną podziwu i zakłopotania.
- No, ponazywaj mi to wszystko! - jednym ruchem rozłożyła przede mną flakoniki w dwóch rządkach.
Zaciąłem się z głupawym wyrazem pyska.
- Eee... metal? - wyjąkałem, marszcząc brwi.
Zachowała się tak, jakbym opowiedział jej najlepszy kawał, jaki słyszała od lat.
- Cez! Cez, skarbeńku!

cdn.
316 słów | Walka

Od Elijaha - Alchemia [1/4]

Ze spokojem obserwowałem kozła, który pasł się kilka metrów ode mnie. Była to rasa często hodowana w Eos - nie znałem co prawda jej nazwy, ale kojarzyłem wygląd. Ten konkretny osobnik żył dziko. Stada nieraz uciekały i jakoś aklimatyzowały się do życia w lesie czy na niezamieszkanych przez psy łąkach. Ten zapewne miał w sobie krew dzikich zwierząt już od pokoleń. Poruszał się swobodnie, ale jednak czujnie. Bez problemu selekcjonował rośliny, zjadając tylko te nieszkodliwe. Był drobny.
- Taka specyfika gatunku... - wzruszyłem ramionami, mówiąc sam do siebie.
Podniósł łeb, leniwie przeżuwając kolejną porcję zielska. Schyliłem się. Wolałem jeszcze się nie ujawniać. Mogłem co prawda użyć mocy i po prostu nakazać roślinom, by spętały mu nogi, a nawet - udusiły zwierzę, w moim mniemaniu była to jednak gra niewarta świeczki. Wymagało to dużo energii, w dodatku nie rozwijało mojej osoby w żaden sposób. Musiałem ćwiczyć. Po ulicach Lapsae przechadzało się wiele dobrze zbudowanych psów. W zasadzie każdy kultywował jakąś formę treningu, tymczasem ja odstawałem od nich, znacząco. Podkradłem się bliżej, jednocześnie kierując się w prawą stronę, by znaleźć się poza polem widzenia kozła. Stworzenie zbytnio było skupione na mozolnym przeżuwaniu. Wiedziałem, że musiałem załatwić tę sprawę szybko. Siłą nie pokonam go na pewno - potrzebowałem dobrej pułapki. Niemal pełzałem po trawiastej ziemi, kryjąc się przy samym gruncie. Biała sierść zwierzęcia odbijała promienie słoneczne, czyniąc go idealnym, dobrze widocznym celem. Byłem od niego już wręcz na wyciągnięcie ręki, gdy mięśnie ssaka zadrgały. Zwęszył podstęp. Chciał się odwrócić lub uciekać. Skoczyłem. Przeorałem pazurami jego zad, pnąc się wyżej, na plecy. Zacisnąłem szczęki na muskularnym karku. Mocniej wbiłem szpony, by zapewnić sobie równowagę. Kły uszkodziły tkanki, przechodząc coraz głębiej. Kozioł padł na ziemię pod moim ciężarem. Szarpał się, kopał, beczał w przestrachu. Teraz albo nigdy. Przekrzywiłem łeb, przetrącając mu tym samym kark. Ostatnie pośmiertne skurcze trzęsły jego kończynami. Oczy wywróciły mu się białkami do góry. Padł.
- Naucz ty się lepiej alchemii. - do moich uszu dobiegł znajomy głos. - Nie musiałbyś się przynajmniej tak rzucać. Wystarczyłoby wytworzyć truciznę. - odwróciłem się w stronę dźwięku.
Suka, brązowa, niewielka, okryta charakterystycznym płaszczem. Widywałem ją kilka razy, ale nie znałem jej imienia.
- Wolę tradycyjne metody. - zacząłem taszczyć ciało kozła w stronę drogi.
Uśmiechnęła się tajemniczo.
- Myślisz, że alchemia używana jest tylko w polowaniu? Mylisz się, głupcze! To niesamowicie przydatna umiejętność, szczególnie dla kogoś takiego jak ty. - wzruszyłem ramionami, siłując się z martwym zwierzęciem.
Podeszła do mnie, jednocześnie pomagając mi pokonać niewielką górkę.
- Chodź, mogę cię nauczyć. To nie potrwa długo - zaproponowała dobrotliwie.
Chciałem ją zbyć, lecz jej nalegania sprawiły, iż w mojej głowie pojawiły się obrazy, które wręcz wychwalały tę dziedzinę. Może faktycznie to dobra decyzja?
- Prowadź więc, pani. - skłoniłem się z uśmiechem.

cdn.
439 słów | Polowanie

Od Elijaha cd. Yasmin

Błagalnie wzniosłem oczy ku niebu, wręcz modląc się o to, by wreszcie zamilkła. Rozjuszona suka wydawała się za to niezrażona. Patrzyła się na mnie wyczekująco, uprzednio przenosząc ciężar ciała na lewą stronę. Przechyliła łeb, a jej uszy opadły ku dołowi. Z tego co zdążyłem się zorientować, była dorosła, a jednak stale miała w sobie pierwiastek wyglądu szczeniaka.
- Nie mamy całego dnia - przypomniała, niby spokojnie, choć z nutką uszczypliwości w głosie.
Milczałem. Nie oznacza to jednakowoż, że po prostu stałem tam bezrefleksyjnie, niemo wpatrując się w jakiś bliżej nieokreślony punkt - o nie. W myślach kalkulowałem, co bardziej mi się opłaca. Oczywiście skazywanie samego siebie na towarzystwo Yasmine było posunięciem wręcz masochistycznym, lecz nawet ja nie mogłem całkowicie zlekceważyć dobra pacjentów. Może, skoro proponowała pomoc, wiedziała co nieco na temat medycyny, a nawet jeżeli nie - mogła się przydać w innych czynnościach. Miło mieć pomocnika nawet przy prozaicznym noszeniu wody.
- Chodź. Przydasz się. - westchnąłem, kierując się w stronę obskurnych drzwi oberży, która zaoferowała mi kupno mieszkania.
Otworzyłem białe, pokryte zdartą farbą wrota. Szybko pokonałem ciemny korytarz, ignorując głośne śmiechy i odgłos chlupoczącego w kuflach piwa. Karczma zlokalizowana na dole budynku była wiecznie żywa, nie pozwalając mi się skupić. Irytując się tym harmidrem, przekląłem pod nosem. Moim bluzgom towarzyszył cichy chichot rozbawionej Yasmin, która stale trzymała się za mną. Skierowałem się na schody, szybko wspinając się po stromych stopniach. Z lekką zadyszką dotarłem na drugie piętro. Skrzywiłem się, gdy w pełni zrozumiałem, że musiałem wrócić do mojego mieszkania. W dodatku z gościem. Należało tu uprzątnąć, jak najszybciej. Skarciłem się w myślach; nie czas na to. Spokoju nie dawał mi jednak fakt, że prócz bałaganu w Lapsae, czekał mnie jeszcze dziurawy i przeciekający dach w Helecho. Może lepiej byłoby wynająć eksperta?
- Mógłbyś się... - odchrząknęła, chcąc zwrócić moją uwagę. - Pospieszyć?
Rzuciłem jej kolejne z repertuaru moich morderczych spojrzeń. Zamilkła, choć wyraźnie niezadowolona. Podszedłem do lichego, ale dosyć sporych rozmiarów stołu. Na jego blacie rozłożone były wszelkie sakwy, słoiki i inne, najróżniejszego kształtu pojemniki, jeszcze nie uporządkowane, czekające na to, aż znajdę im ich miejsce. Przejrzałem je pobieżnie. Było ich dużo, co tylko utrudniało mi znalezienie tego, czego potrzebowałem.
- Pomóc ci? - ponowiła pytanie, jakby zapominając o fakcie, że przed chwilą jej na to pozwoliłem.
Przybrałem nieco niezadowolony wyraz pyska, gdy samica podeszła do stołu. Powiodła wzrokiem po moich zbiorach bez słowa. Przystanęła przy kilku, dokładniej oceniła liście i łodyżki ziół. Spojrzała na etykiety, którymi obarczone były poszczególne pojemniki. Jej uwagę szczególnie zwróciły dwa - gęsta, zielona maź i nieco bardziej wodnista, niebieskawa. Po chwili rozeznania, z pewnością siebie, wskazała właśnie te słoiki.
- Medycy najczęściej używali podobnych składników - oznajmiła krótko, wzruszając ramionami.
Potem jak gdyby nigdy nic wolnym krokiem udała się w kierunku drzwi, zostawiając mnie w osłupieniu. Mój szok spowodowała nie jej brawura, lecz fakt, że wybrała dobrze. Istotnie, właśnie tych medykamentów zamierzałem użyć - nie mogłem ich jedynie znaleźć. Yasmin była jednym, wielkim kłębkiem niewiadomych. Jej osoba wymuszała coraz więcej pytań, a odpowiedzi - jak nie było, tak nie ma. Była tylko wyśmienitą obserwatorką czy faktycznie coś wiedziała o medycynie? Próbowałem odgonić od siebie te natrętne myśli, by skupić się na zadaniu. Jednym ruchem zgarnąłem wszystko, co było mi potrzebne, na tyle wprawnie, że całość wylądowała w mojej podręcznej torbie. Ugiąłem się lekko pod niespodziewanym ciężarem - już zapomniałem, jak to jest taszczyć ze sobą pół lecznicy. Spojrzałem na drzwi. Yasmine już tam nie było. Szepnąłem coś błagalnie. Zostawiła mnie? Poszła sama? Zdecydowała, że nie chce się bawić w lekarza? Żwawym krokiem ruszyłem na dół, rozbawiając przechodzącego schodami psa, towarzyszącym mi dźwiękiem zderzających się słoików. Młodziak śmiał się skrycie pod nosem, tymczasem ja warknąłem na niego, pragnąc go uciszyć. Udawał, że odzyskał powagę, ale stale widziałem radosne ogniki w jego ciemnych oczach. Przyśpieszyłem. Powoli zaczynało irytować mnie to całe Lapsae. Gdyby nie fach, który wykonuje oraz wiążącą się z tym konieczność bycia łatwo dostępnym, zapewne zaszyłbym się gdzieś w najgłębszych odmętach terenów Sfory Jutrzenki. Opuściłem kamienicę, kierując się na wybrukowany, szeroki, główny trakt. Żołądek ściskał mi się na myśl, że powinienem po raz kolejny przywołać jakiś powóz. Wolałbym pójść na piechotę. Szczerze nienawidziłem tego środka lokomocji - z dwóch powodów. Za to, że czułem się tam, jakby ktoś grał mną w koszykówkę oraz za to, że było to stosunkowo drogie. W moim plemieniu, ani w czasie wyprawy, nie miałem przy sobie nawet grosza. Nie potrzebowałem pieniędzy. W Eos udało mi się co nieco zarobić, dalej były to jednak smętnie małe ilości. Wystarczyło, że wydałem kilkanaście soli na pośpieszną przejażdżkę do Helecho.
- Będziesz tu tak stał? - z zamyślenia wyrwał mnie czyjś, nieco drwiący głos.
Gwałtownie odwróciłem się w stronę dźwięku, trochę przestraszony. Zobaczyłem tam Yasmin - a jakże. Opierała się o szorstką powierzchnię budynku, niknąc w porywistym tłumie. Podszedłem do niej, przepychając się przez potok innych psów.
- Wsiadaj. - bez emocji wskazała na dorożkę, zaprzęgniętą raptem w jednego konia, którą zdążyła zatrzymać już wcześniej.
Posłałem jej błagalne spojrzenie, z nadzieją, że zmieni zdanie i jakimś cudem zapewni nam odmienny środek transportu. Była jednak nieubłagana.

Yasmin?
820 słów

4.05.2019

Od Elijaha cd. Yasmin

Wparowałem żwawym krokiem do mieszkania. Niemal drżałem z emocji. Przed chwilą przyszło mi kłócić się z jakimś półgłówkiem, rzekomo właścicielem całego tego budynku. Poprosiłem o schludną izbę. Tymczasem on dał mi to! I jeszcze zażądał za to sporej opłaty! Już żałowałem wszystkich wydanych na ten cel soli , gdy tak patrzyłem na to istne uosobienie nędzy i rozpaczy. Miałem wrażenie, że ściany pokryte są wilgocią. To tłumaczyłoby ten odór stęchlizny unoszący się w pomieszczeniu. Użyłem telekinezy, by otworzyć niewielkie, otoczone białą ramą, okno. Zabrudzone szyby rozwarły się z charakterystycznym dźwiękiem wprawionego w ruch szkła. Czy ktokolwiek w ogóle tu sprzątał? Posadzka była złożona z drewnianych, wytartych już paneli. "Przynajmniej nie są popękane i zamoczone" próbowałem się pocieszyć, choć niewiele to dało. Wznowiłem marsz, chcąc rozejrzeć się po tej klitce, całkiem ignorując fakt, że mogłem objąć ją wzrokiem, stojąc w miejscu. Nagle coś innego zwróciło jednak moją uwagę. Kroki. Szybkie, pośpieszne kroki, odgłos łap odbijających się od kolejnych stopni schodów. Odruchowo odwróciłem się w stronę dźwięku. Właśnie wtedy do moich uszu dobiegło też pukanie. Zmarszczyłem brwi, nieco zdziwiony. Ktoś stał za niedomkniętymi drzwiami - widziałem cień jego sylwetki.
- Proszę! - krzyknąłem, nieco zirytowany, choć jeszcze spokojny.
Wkrótce moim oczom ukazała się suka, a przynajmniej na to wskazywała jej budowa - choć była ode mnie nieco wyższa i zdecydowanie bardziej umięśniona, można w niej było dostrzec tę charakterystyczną delikatność i subtelność. Samica, zdyszana, wymęczona prawdopodobnie po długim biegu, powiodła wzrokiem po klaustrofobicznym mieszkaniu. Skrzywiłem się od razu - czy naprawdę myślała, że mógłbym żyć w takich warunkach? Podszedłem do niej szybko, starając się przekierować jej uwagę. Czułem obrzydzenie do tego miejsca, a jej oceniająca mina tylko utwierdzała mnie w tym przekonaniu.
- Co cię tu sprowadza? - zapytałem, dając jej chwilę na odpoczynek.
Stała w progu, najwyraźniej nie chcąc tracić czasu na głupie pogawędki. Jej klatka piersiowa naprzemiennie unosiła się i opadała, w przyśpieszonym rytmie.
- Do Helecho przyjechał cyrk. Zwierzęta się wydostały. Horus... Horus tam poszedł! Jest ranny! - nieskładne, zdawkowe zdania, przerywane były momentem na zaczerpnięcie tchu.
Kiwnąłem łbem, na znak zrozumienia. Suka patrzyła się na mnie, wyczekująco, licząc na jakąkolwiek decyzję. Przełknąłem ślinę, w geście niewielkiego zdenerwowania. Nigdy nie zdarzyła mi się taka sytuacja. W zasadzie ów tajemniczy Horus miał być moim pierwszym pacjentem na terenach Sfory Jutrzenki.
- Zaprowadź mnie tam. - skinęła i ruszyła przed siebie, biegiem, przeskakując po kilka stopni naraz.
Narzuciła wyjątkowo szybkie tempo. Musiałem nieźle się namęczyć, by zbytnio nie odstawać. W kilkanaście sekund pokonaliśmy dwa piętra, opuszczając tym samym budynek. Z trwogą patrzyłem, jak suka kieruje się w stronę Helecho. Naprawdę chciała biec aż tam? Dorożka, która akurat przejeżdżała, okazała się być wręcz darem od losu.
- Hej, zatrzymaj się! - krzyknąłem, niemal wbiegając pod koła wozu.
Kudłaty dorożkarz wykonał polecenie i natychmiast ściągnął wodze, ratując mnie tym samym przed zarobieniem kopniaka od któregoś ze zwierząt. Zagwizdałem, by zwrócić uwagę biało-czarnej samicy. Bez pytań wskoczyła na bryczkę, ja za nią. Gwałtownym ruchem wyszarpałem brzęczącą sakiewkę z torby i rzuciłem kilka soli na kozioł.
- Do Helecho! - zdążyła rozkazać w międzyczasie samica.
Pies machnął wodzami, wprawiając konie w ruch. Zwierzęta skręciły gwałtownie, kierując się na główną drogę, która wychodziła z Lapsae. Ruszyły galopem. W powietrzu unosił się głośny tętent ich kopyt. Oparłem się o bok wozu, próbując zachować równowagę. Mimo kurczowego chwytu kołysałem się na boki w zawrotnym tempie. Zbierało mi się na wymioty. Droga powoli się zwężała i stawała bardziej wyboista. Dziury w bruku były wyraźnie odczuwalne, gdy któreś z kół w nie wpadało, przyprawiając mnie niemal o zawał. W głowie odliczałem każdą sekundę, błagając, by to jak najszybciej się skończyło. Zamknąłem oczy, licząc na jakąś poprawę. Moje nadzieje były jednak płonne.
- Wysiadamy! - nieznajoma szturchnęła mnie, dosyć brutalnie, gdy byłem już prawie w stanie agonalnym.
Potraktowałem te słowa jak zbawienie i natychmiast wyskoczyłem z tego piekielnego obiektu. W tamtym momencie nie musiała już nigdzie mnie kierować. Na polanie wznosił się spory, czerwono-żółty, pasiasty namiot. Był wsparty na jakichś kijach, obszerny, ale niezbyt wysoki. Płachta była przedarta w kilku miejscach. Jeśli dobrze liczyłem, minęła jakaś godzina od czasu, gdy suka opuściła Helecho. Tyle wystarczyło - kryzys został zażegnany, choć wiele jeszcze było do zrobienia. Niejeden pies przypłacił tę walkę ranami. Szykowało mi się sporo pracy. Stanąłem jak wryty. Miałem przeczucie, iż byłem tu jedynym medykiem. Wkrótce zapewne dotrą kolejni, w tamtym momencie musiałem sobie jednak poradzić w pojedynkę. Chciałem podejść do pierwszej lepszej grupki, lecz samica mnie powstrzymała. Wskazała łapą na łaciatego bordera, szepcząc przy tym ponownie jego imię. Sierść Horusa splamiona była krwią. Niechybnie był ranny, nie powiedziałby jednakże, iż cała posoka należała do niego. Musiał rozgromić sporo wrogów. O jego nie najgorszym stanie świadczył również dziarski, nieznikający z pyska uśmiech, gdy spokojnie konwersował z innymi wojownikami. Zdziwiona, najwyraźniej, takim obrotem spraw, suka podbiegła do swojego przyjaciela. Chciała rzucić mu się na szyję, ale ostatecznie powstrzymała się od tego wylewnego gestu.
- Yasmin? Gdzie byłaś? Zdążyłem się obudzić i nie mogłem nigdzie cię znaleźć! - owczarek oderwał się od rozmowy, by powitać swoją znajomą.
Uniosłem jedną z brwi. Dopiero wtedy zrozumiałem, że czarno-biała nawet mi się nie przedstawiła. Tak czy inaczej, ranny wojownik mnie wyręczył. Poznanie imion tych, którym miałem pomóc, było wyjątkowo przydatne.
- Chodź, trzeba cię opatrzyć - powiedziałem spokojnie, mierząc go wzrokiem.
Horus nie oponował. Bez słowa udał się za mną, w stronę sporej, dębowej beczki, którą zauważyłem już wcześniej. Skinąłem na niego głową - doskonale wiedział, o co mi chodziło. Musiał się obmyć, używając do tego wody zawartej w baryłce. Bez tego nie mógłbym w pełni ocenić skali jego obrażeń. Obserwowałem go, gdy wykonywał moje polecenie. Dopiero wtedy byłem w stanie ujrzeć jego sylwetkę, która uprzednio skrywała się za długim, gęstym futrem. Był szczupły, lecz nie wychudzony. W jego ciele doskonale widziałem siłę i potęgę, wytrzymałość wyćwiczonych mięśni. Podszedłem bliżej, gdy skończył. Ostrożnie przeczesałem jego sierść, nie chcąc sprawiać mu dodatkowego bólu. Przez prawy bok biegła rozległa, stale krwawiąca szrama. Przekląłem pod nosem. Wymagała szycia, lecz na to było już za późno. Zdziwił mnie charakter rany - cięta. Mógłbym przysiąc, że wyglądała jak zadana długim, ostrym pazurem. Z kim oni właściwie walczyli? Znalazłem jeszcze kilka pomniejszych zadrapań, a nawet ugryzień. Powoli zaczynałem układać plan leczenia, gdy spostrzegłem jedną, ważną rzecz - nie miałem przy sobie praktycznie niczego. Co najwyżej mogłem użyć mocy, by któreś z potrzebnych ziół wyrosło mi u stóp, lecz taką roślinę trzeba było przerobić.
- Muszę iść do domu. Horus potrzebuje kilku maści, których nie mam przy sobie - tym razem zwróciłem się do Yasmin, tłumacząc jej sytuację.

Yasmin/Horus?
1061 słów


1061 słów → 10೧ + 50೧, [1/4] zaawansowanej medycyny

2.05.2019

Od Elijaha - Zlecenie 1

Musiałem opuścić swoją chatkę w Helecho. Dotarłem tu raptem trzy dni temu i, nie informując o tym nikogo, zająłem jedno z opuszczonych domostw. Wymagało renowacji. Obecna pora roku nie sprzyjała mieszkaniu w domku, którego dach dziurawy był jak sito. Nie miałem jednak czasu, by zajmować się tym w tamtym momencie. Przyświecało mi znacznie ważniejsze zadanie - koniecznie musiałem uzupełnić zapasy. Wyprawa pozbawiła mnie wszystkich najpotrzebniejszych produktów, od jedzenia, aż po składniki do mikstur i maści leczniczych. Mogłem co prawda wytworzyć rośliny, korzystając ze swojej mocy, lecz nie było to dobre długofalowe rozwiązanie. Korzystanie z żywiołu wymagało sporej ilości energii oraz skupienia, a i sama moc była ograniczona. Nie byłem w stanie wytworzyć wszystkich roślin, które chciałem. Tak czy inaczej, udanie się do Lapsae było raczej konieczne. Chwyciłem śpiącą Hresve, umieszczając ją w swojej sakiewce. Była już ze mną prawie od roku, toteż zdążyła się przyzwyczaić do mojej obecności. Nie protestowała, gdy zabierałem ją ze sobą. Wyszedłem z niewielkiej chatki, starając się delikatnie otworzyć wysłużone drzwi. Rozglądnąłem się pobieżnie, stając w progu. Prawdę powiedziawszy - nie miałem pojęcia, w którą stronę powinienem się udać. Moją uwagę zwrócił za to ciemny, raczej niezbyt obszerny lasek, położony na północnym-zachodzie. Wzruszyłem ramionami. Miejsce dobre, jak każde inne, zresztą podobno wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a naszym Rzymem było właśnie Lapsae. Ruszyłem w obranym kierunku, żwawo stąpając po piaszczystej ścieżce. Helecho było jakby uśpione. Nie widziałem absolutnie nikogo, co mnie dziwiło. Gdy przybyłem, niewielkie miasteczko wręcz tętniło życiem. Wszędzie unosiło się echo rozmów i śmiechu, a po wąskich ulicach przechadzały się całe gromady psów. Lecz... może ta pustka nawet mi sprzyjała? Mogłem w spokoju wykonać swoje zadanie, bez zbędnych rozmów, czy pytań. Las wznosił się na niewielkim wzgórzu, dosyć blisko mojej chatki. Dotarcie do niego zajęło mi więc raptem kilka minut. Gdy wszedłem między drzewa, światło przestało być tak dobrze widoczne. Nie znaczyło to jednak, że w zagajniku panowała ciemność. W zasadzie nie był to nawet półmrok, lecz zwykły, chłodny cień. Podążałem dalej traktem, jedynym, który przecinał las mniej więcej w połowie. Miałem jedynie nadzieję, że droga poprowadzi mnie wprost do Lapsae. Szedłem we względnej ciszy, co jakiś czas słysząc jedynie szmer w mojej torbie - Hresve musiała się przebudzić, ale w dalszym ciągu spokojnie siedziała w sakwie. Doszedłem do załomu ścieżki. Dalsza jej część była zasłonięta szerokimi, strzelistymi pniami. Coś jednak dało się ujrzeć - dyszel, wystający zza drzew. Przyśpieszyłem kroku, zaintrygowany tym, co też ten dziwny element mógł robić w środku lasu. Zatrzymałem się gwałtownie, gdy w pełni ujrzałem ową nietypową scenę. Na środku drogi stał, nieco poniszczony, wóz konny, z tym, że... bez koni. Skórzane paski, przymocowane do dyszla, zostały przecięte. Coś jednak przyciągnęło moją uwagę, bardziej, niż bryczka. Koło niej leżał pies. Był związany, Podbiegłem do niego prędko, chcąc sprawdzić w jakiej kondycji był nieznajomy. Pobieżnie zacząłem oglądać jego, porośnięte srebrną sierścią, ciało. Nie widziałem ran, futro było co najwyżej przybrudzone w kilku miejscach. Potrząsnąłem samcem, chcąc przywrócić mu przytomność. Udało się. Po drugiej próbie otworzył z trudem oczy, mrugając nimi nieustannie. Wymamrotał coś pod nosem i rozejrzał się. Wtedy jego ślepia gwałtownie się rozszerzyły.
- Moje konie! Gdzie one są!? Konie! - poderwał się na łapy, nagle odzyskując wszystkie siły.
Rozpaczliwie miotał się koło bryczki, jakby sądząc, że schowałem jego zwierzęta za wozem. Wreszcie zrozumiał, że nie taka była prawda i wrócił do mnie. Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. Gdyby mógł, zapewne padłby na kolana.
- Proszę, pomóż mi! Jestem dorożkarzem, bez nich nie przeżyję! - zaczął gorączkowo tłumaczyć, prawie ze łzami w oczach. - Mogę ci zapłacić! - dopiero potrząśnięcie mieszkiem wypełnionym monetami mnie przekonało.
Nie wiedziałem skąd tak właściwie miał pieniądze. Złodzieje musieli nie być zbyt wprawni, skoro pozostawili mu jakiekolwiek sole. Tak czy inaczej, opłacało mi się to. Samiec zaproponował wstępnie sto dwadzieścia soli, z bonusem za szybkie załatwienie sprawy. Musiały być to w takim razie naprawdę wspaniałe zwierzęta. W Sforze Jutrzenki dobrego konia dało się nabyć za jedną szóstą tej ceny. Ustaliłem z psem, gdzie się spotkamy i ruszyłem na poszukiwania. Węch był moją mocną stroną - bez trudu złapałem trop i zacząłem nim podążać. O dziwo zapach dalej był wyraźny, nie mogli więc odejść daleko. Faktycznie, nie byli zbyt utalentowani. Nie dość, że nie potrafili kraść, to jeszcze zabrakło im także wprawy w ucieczce. Pomachałem głową w geście politowania. Żałosne. Zawsze uważałem, że za pewne sprawy brać się powinni tylko ci, którzy to potrafią. Przemierzałem las żwawo, w końcu znajdując to, czego szukałem - na środku niewielkiej polanki siedziały dwa psy, pozwalając sobie najwyraźniej na krótki odpoczynek. Obok stały konie, w tej samej liczbie, przywiązane do jakiegoś pniaka. Zrzuciłem sakwę na ziemię, pomagając Hresve z niej wyjść.
- Idź i pozbaw ich przytomności - nakazałem, patrząc w jej ciemne ślepka.
Szybko ruszyła do pracy, dzielnie przedzierając się przez wysoką, przynajmniej jak dla niej, trawę. Chwilę później rozbrzmiał jej pisk. Byłem na niego już uodporniony, toteż nie musiałem nawet zatykać uszu. Dwaj napastnicy słaniali się na łapach, aż w końcu padli na ziemię, bez świadomości. Triumfalnym krokiem ruszyłem naprzód, zbierając po drodze wiewiórkę. Odwiązałem oba konie - gniadego i karego. Niezbyt pasowały do siebie w zaprzęgu, przynajmniej jeśli chodzi o wygląd. Ruszyłem w drogę powrotną, pokonując ją w mniej więcej pół godziny. Zniecierpliwiony samiec czekał w dokładnie tym samym miejscu. Przekazałem mu zwierzęta, na co on zaczął dziękować mi z ulgą. Jakoś zaprzągł je do wozu, ignorując fakt, że niektóre skórzane paski, prowadzące do końskich uprzęży, zostały przecięte. Zaczął przeszukiwać swoją sakwę, wydobywając z niej sporo drobnych, złotych monet.
- Należy ci się nieco więcej, niż mówiłem. Jeszcze raz dziękuję! - wręczył mi moje wynagrodzenie.
Przesypałem sole do swojej torby, z radością przysłuchując się charakterystycznemu brzęczeniu pieniędzy. Pies uśmiechnął się do mnie, wskakując na przykrytego kocem kozła. Odwzajemniłem gest, nie chcąc wyjść na ponuraka.
- Następnym razem bardziej na siebie uważaj! - rzuciłem, odchodząc w przeciwnym kierunku.
953 słowa

953 słów → 45ᘯ + 100ᘯ + 15 PU

Od Elijaha - Oswajanie towarzysza [2/2]


Czekanie było uciążliwe. Nieco nim znudzony, przycupnąłem na opuszczonym stepie, bez życia wgapiając się w norę. Nie wyczuwałem żadnego zapachu, a do moich uszu dobiegał jedynie dźwięk wiatru. Rozłupałem jeden z orzechów, licząc na to, że jakoś to pomoże. Mijały minuty, a nawet godziny, tymczasem zasoby mojej cierpliwości kurczyły się z każdą sekundą. Burknąłem słowa niezadowolenia pod nosem. Trudno, spróbuje się kiedy indziej. Nieco zdenerwowany, trochę zmęczony, ruszyłem przed siebie, stwierdzając, że nie ma po co zbierać porozrzucanych orzechów. Wolnym krokiem rozpocząłem dalszą część wędrówki, próbując pogodzić się z nieuchronną samotnością. I wtedy... coś zwróciło moją uwagę. Cichy szmer. Odwróciłem się gwałtownie. Zbyt gwałtownie. Kątem oka dojrzałem ruchliwe zwierzę o szarej sierści, które ochoczo dobrało się do pozostawionego na ziemi jedzenia. Czmychnęło jednak z powrotem w bezpieczne odmęty podziemia, gdy tylko dostrzegło moje poruszenie. Odbiegłem więc jeszcze kilka kroków, chowając się za sporą formacją skalną, wyglądając zza niej na interesujące miejsce. Tym razem stworzonko nie kazało mi długo czekać. Nabrało już nieco więcej zaufania i wyszło z norki szybciej. W pełni skupiło się na ofiarowanym posiłku, całkiem zatracając czujność. Ponownie się uśmiechnąłem, triumfalnie, z dumą. Ten moment był punktem kulminacyjnym. Większość psów właśnie tutaj odniosłaby porażkę. Rzuciłaby się w stronę gryzonia, za wszelką cenę pragnąc go złapać. Lecz nie ja. Zamierzałem postąpić znacznie mądrzej, rozsądniej - użyć mocy. Bez wysiłku, wręcz teatralnie, machnąłem łapą. W mgnieniu oka ciało zwierzątka oplotły drobne, zielone pnącza, zniewalając szarawą istotę. Z wypiętą piersią zwróciłem się ku mojej zdobyczy, zbliżając się do niej dostojnym krokiem. Wtem coś mnie zaskoczyło. Wiewiórka otworzyła pysk, z którego wydobył się głośny, piskliwy dźwięk. Rzuciłem się na ziemię, chcąc jakkolwiek ochronić uszy od tego przeraźliwego pisku. W głowie dudnił mi tylko on. Nie mogłem się podnieść, nie mogłem nawet otworzyć oczu. Tarzałem się po podłożu, czując napływający ból. Nareszcie, po dłużących się dla mnie kilku sekundach, gryzoń ucichł. Potrzebowałem jeszcze chwili, by w pełni dojść do siebie. Z ulgą stwierdziłem, że roślina nie zwolniła uścisku, mimo że powinienem był stracić nad nią kontrolę. Z trudem podźwignąłem się z powrotem na nogi, wzburzając przy tym chmurę duszącego pyłu.
- Ach, czyli mamy tutaj magicznego futrzaka? - otrzepałem sierść z rudawego pyłu. - Powitaj więc swojego nowego pana. Od dziś masz na imię... Hresve? - rzuciłem pierwsze imię, które przyszło mi na myśl.
Żałowałem jedynie, iż w odpowiednim czasie nie posiadłem zdolności kierowania małymi zwierzętami. Wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Podałem małego orzeszka samicy, po czym, gdy już zjadła, umieściłem ją w swojej sakwie, upewniając się, że jej nos wystaje nieco z torby.
|415 słów → 20 ೧ |

Od Elijaha - Oswajanie towarzysza [1/2]

Wyprawa trwała od kilku dni. Byłem sam. Gdy żyłem w plemieniu, mógłbym bez problemu stwierdzić, że ewentualna samotność zupełnie by mi nie przeszkadzała. Rzeczywistość natomiast okazała się diametralnie inna. Paląco potrzebowałem kogoś, do kogo mogłem się odezwać. Kogoś, kto w razie groźnej sytuacji, mógłby ostrzec mnie przed zagrożeniem, jeślibym spał. Kogokolwiek. Nie mogłem wrócić do swojego stada, a od Sfory Jutrzenki, jak ją nazywali, dzieliło mnie jeszcze wiele, wiele kilometrów. Musiałem jakoś sobie radzić i to właśnie ten przymus sprawił, że w mojej głowie zakiełkowała nowa myśl - towarzysz. W plemieniu nie były one zbyt popularne. Prawo do posiadania swojego zwierzęcia mieli tylko najlepsi spośród nas. Aktualnie jednak władałem sam sobą i nie miałem żadnego zwierzchnika, w dodatku znalazłem się w stosunkowo ciężkiej sytuacji, bez żadnego wsparcia. Nikt nie będzie miał mi za złe nagięcia tej niepisanej zasady. Zastanawiałem się tylko, jakież to zwierzę dałoby się łatwo oswoić, szczególnie w takim terenie. Wczoraj wkroczyłem na grunt górzysty, lecz porośnięty spaloną słońcem trawą. Niewiele stworzeń mogło tu przeżyć. Zagryzłem wargę, starając przypomnieć sobie cokolwiek, korzystając z mojej elementarnej znajomości żyjących w takich warunkach istot. Gryzonie! Tak, one były niemal wszędzie. Wystarczyło tylko wyszukać jakąś norę. Zacząłem gorączkowo kręcić się po stepie, przeszukując każdy, nawet pozornie nieobiecujący, skrawek ziemi. Wreszcie znalazłem to, czego szukałem. Mała norka, ziejąca czernią wśród zbiorowiska kamieni. Zrzuciłem z pleców niewielki, skórzany tobołek, który ze sobą niosłem. Zaglądnąłem weń z zainteresowaniem. Począłem prędko przeszukiwać niezbędnik, szukając czegoś, co mogłoby mi pomóc w tej sytuacji. Uśmiechnąłem się sam do siebie, gdy moim oczom ukazały się drobne orzeszki zapakowane w kremowe płótno. Wziąłem je tylko na wszelki wypadek - nie psuły się szybko, więc były wspaniałym pokarmem awaryjnym, aczkolwiek nie sięgnąłbym po nie w pierwszej kolejności. Wysypałem je na ziemię, ozdabiając w ten sposób całe wejście do jamki.
- No chodź! - szepnąłem zachęcająco, czekając na wymarzony rezultat.

cdn.
| 304 słowa → 15೧ |

Powitajmy Elijaha!

Powitajmy nowego psa w sforze!
Elijah to trzyletni mieszaniec, który objął stanowisko medyka.
Podczas wizyty u Wyroczni poznał swój żywioł - naturę.
Teraz zostanie oprowadzony po terenach sfory przez Przewodnika.

Chcę poznać go lepiej!