Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yasmin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yasmin. Pokaż wszystkie posty

9.06.2019

Od Yasmin cd. Elijaha

Suczka skrzywiła się, czując jak rośliny boleśnie zaczynają oplatać jej łapy. Zacieśniająca się z każdą sekundą pułapka, została przełamana w jednym miejscu, a konkretnie na lewej, przedniej łapie. Od razu zaczęła ciągnąc kolejne, choć bez skutku, na samym początku. Gdyby nie to, że wieczór i nadchodząca noc dawała jej sił, nigdy nie zdecydowałaby się na podobne zagranie. Ale nie znała też mocy psa, to fakt. Atakuje, gdy tylko i wyłącznie jest pewna wygranej. Czy choć i to zagranie było racjonalne? Nie miała bladego pojęcia, jak gorzkie rozczarownie mogło się tak szybko zmienić w taką furię. Kłapnęła zębami na drugi powróz, tym samym wyjmując z kołczanu strzałę, której ostrzem zaczęła piłować kolejną roślinę. Mimowolnie widziała cofającego się o krok samca, chcącego przywołać kolejne rośliny. A może by tak do niego wystrzelić kilka strzał? Czuła delikatny ciężar łuku na jej grzbiecie. Lekko się ugięła pod ciężarem roślin ciągnących ją ku ziemi, mimo że były jedynie na dwóch tylnych łapach.
- Co myślałeś, debilu? - samica warkneła głucho w stronę medyka - Że to, że nie mam żadnej konkretnej mocy, oznacza, że przygwoździsz mnie do ziemi tymi swoimi roślinkami? I co? Zostawisz jak biednego szczeniaczka za karę?
Yasmin czuła się fatalnie, wiedząc że w porównaniu z innymi psami nie może liczyć na swoją moc. A może podświadomie i niechcący eskupal trafił w jej czuły punkt? Lady ma ogień, spaliłaby to zielsko w kilka sekund... Horus by się tym nie przejął a jedynie zerwał to łapą ze śmiechem i łzami rozbawienia w kącikach oczu. Nawet niektóre szczeniaki nie obawiałyby się żadnych takich przeciwności. Jedynie w czerni nocy jej poziom sprawności fizycznej wzrasta i daje większe pole do popisu. Po za tym, może liczyć jedynie na swoje umiejętności. W czasie tych kilku sekund miała ochotę rozpłakać się i pozostać tam, gdzie jest. Tak po prostu. Jej chwilowym marzeniem było to, aby wszystko wokół niej zamieniło się w głuchą pustkę i zostawiło ją w spokoju. Łapy zaczęły jej drżeć z emocji lub strachu przed samą sobą. Nigdy nie miała wyrzutów sumienia, że pozbawiła kogoś życia, choć wiele razy mogła ... nie zabijać. Po prostu mogła się oddalić, gdy ktoś doszczędnie dostał nauczkę. Jedynym psem, który zawsze powtarzał jej, że jest słaba, był Horus. Ale to on jest zarazem jedynym niepokonanym przez Yasmin psem i to on ją wszystkiego nauczył. Wręcz wychował, choć niecałkowicie. Znosił jej humory i stęki, gdy trzeba było - pomógł. A reszta... nie narzeka na Lady ani Oscara, są oni znajomymi. Słodka zemsta za wszystkie krzywdy niekiedy przynosi ukojenie... A ona nigdy nie popuszczała, choćby nie wiem co. Niekiedy jedna rzecz potrafiła zawładnąć jej ciałkiem i przejąć kontrolę także nad umysłem. Przez jej ciało przeszedł dreszcz niepewności i strachu, jej blednące spojrzenie nakierowała na szykującego się do ataku Elijaha.


Upewniwszy się, że okrywa ich blask jasnego księżyca, Yasmine wstała. Rzuciła się do przodu i wymijająco uciekła od magicznego ataku rzuconego przez Elijaha. Głęboko zaciągła powietrze przez pysk i z błyskiem rozbawienia w oczach uderzyła samca w bok. Nie było ono mocne, choć samica włożyła w nie więcej energi niż zazwyczaj. Ale nie musi być napiętnowany siłą. Bez trudu odskoczyła od niego, gdy chciał ją ugryźć w odwecie. Czuła ruch każdego mięśnia w jej ciele a zdenerwowanie przeciwnika popudzało jej krew żyłach. Cieszyła się jak młode szczenię, gdy uganiający się za nią pies starał się ją ugryźć czy powalić. Za każdym razem uciekała, czując jedynie odgłos kłapnięcia szczęk atakującego nad jej grzbietem. Gdy owa zabawa zaczęła ją nużyć, przeszła do własnego, wymyślnego ataku. Przecież zestrzelenie kogoś byłoby zbyt proste, prawda? Wgryzła się w kark a szarpiący się pod nią pies nie mógł sprawić nic, aby jej szczęki rozwarły się choć na chwilę. Bawiła ją ta bezsilność ofiary. Rzuciła się do okolic krtani i zawcięcie zaczęła szarpać i szarpać... Wgryzła się mocniej, czując mocniejszy napływ krwi. Poczuła charakterystyczną woń krwi, która przeżerała jej nozdrza. Jej smak drażnił jej jasnoróżnowe podniebienie, zabarwiając zęby i okolice pyska na ciemną czerwień. W jej oczach błyszczało zadowolenie i chęć dalszej zabawy. Strużki cieczy spływały jej z pyska na łapy, z łap na wilgotną ziemię.
~
- Horus! To niesprawiedliwe! - jęknęła, uginając grzbiet pod ciężarem cielska samca.
Karmelowy owczarek ułożył się w poprzek, leżac na niej i z zadowoloną miną wpatrywał się w jej reakcję.
- Ależ przecież cię ostrzegałem. Jeśli popełnisz błąd, będę na tobie leżeć przez... eeee... kilka minut.
- Śmierdzisz potem i jesteś mokry od... potu - powiedziała i przekręciła łebek - Złaź. Natychmiast.
Owczarek rozciągnął łapy i z uśmiechem zamerdał ogonem, na co samica cicho się roześmiała.
- A obiecujesz że będziesz bardziej uważać? Jak widzisz, jedynie moja dobra wola może cię uratować od wąchania mojego wspaniałego potu. Jestem większy i mam większe możliwości, tak, moja panno? A ty musisz zaakceptować swoje predyspozycje, bo inaczej ciężko z tobą będzie. Masz je odpowiednio wykorzystać. Gdy atakuję cię pies taki jak ja, zauważ, że jest on o wiele silniejszy i być może szybszy. Ale to ty masz atuty, które jemu brak. U ciebie ma górować zwinność i inteligencja, przezorność jak i spryt. Masz przeciwnika zagiąć. I nie licz na swoje moce.
W jednej chwili mina suczki zmieniła barwę na zimniejszą w odbiorze.
- Jak to? - po chwili chciała coś powiedzieć, lecz Horus jej przerwał.
- Takto. Masz żywioł nocy i tylko w jej otoczce czujesz się dobrze. Ale jest też dzień i nie możesz o nim zapomnieć.

Dzień później dowiedziała się, że gdy Horus wracał z nocnej zmiany do domu, został zaatakowny. Ledwo wybronił się zabijając kilku napastników, ale i tak mocno oberwał. Gdy przyszła go odwiedzić w podmiejskiej lecznicy, majaczył ciągle o czmyś w gorączce. Na jego pysku malowała się bezsilność i żałosny strach. Gdy później zapytała go o przyczynę tego zachowania, z wewnętrzynym wahaniem odpowiedział, że nie chciał nikogo zabijać. To był instynkt, który nim zawładnął. Te psy miały rodzinę, były zwykłymi włóczęgami chcącymi zarobić i go okraść. Nic mu właściwie nie zrobili oprócz kilku siniaków.


Pozbawiła się powietrza na mocne kilka sekund, powodując gwałtowny atak kaszlu. W ślepiach górowało przerażenie i obrzydzenie własną osobą. Nie chciała zabijać. I tak by nie skrzywdziła za mocno Elijaha bo na pewno pomogłyby mu te roślinki. Ale gdyby się postarała... Poszarpany płaszcz oddzielał ją od zewnętrznego świata tworząc coś w rodzaju niezniszczalnej bariery. Pies ruszył w jej stronę z nieznanym jej wyrazem pyska.
- Zostaw mnie! - warknęła bez pewności, w czym efekcie przypominało to bardziej cichy pisk.
W kącikach oczu pojawiły się kropelki łez, które znikły gdzieś w oddali przy nagłym skoku. Wyswobodziła się z uwięzi oplatających ją pnączy i uciekła w mrok leśnej głuszy. Nie odwróciła się, mimo że słyszała jakieś krzyki czy nawoływania.
- Daj mi święty spokój! - krzyknęła jej głos roszedł się po lesie.
Zawierały kolejny słowny pocisk? A może obelgę? Nie chciała już nikogo znać i poznawać. Chciała do jedynego psa, który ją znał. Chciała do Horusa, który by pewnie rzucił coś mądrego a późnie po prostu ją pocieszył. Nauczył. Pomysłała o medyku i jej idiotycznemu zachowaniu. Gdyby tam została, mogłaby go zaatakować. Mogłaby zranić. Mogłaby zrobić coś złego. I poźniej by żałowała. Pierwszy raz obudziły się w niej tak skrajne emocje skierowane na temat zabijania. Nigdy wcześniej nie miała z tym problemu a teraz... teraz cierpiała. Biegła z otwartym pyskiem a noc prowadziła ją w nieznanym kierunku. Gałęzie smagały jej futro, niebieski płaszcz darł się w kolejnych miejscach a jej umysł przygniatały wyrazy pysków psów zabitych. Biegła, aby zgubić swoje lęki i obawy. Przebierała łapami coraz szybciej i szybciej, omijając wyrastające przed jej pyskiem drzewa czy krzewy. Miała wrażenie, że minęło jedynie kilka sekund od spotkania z psem a naprawdę przemineła dobra godzina. Nie przestawała biec aby pozbawić się zdolności myślenia.

W końcu usiadła wykończona pod drzewem jabłoni. Ranek zawitał dopiero teraz, spychając księżyc na drugi, zasłonięty i niewidoczny plan. Białe kwiecie drzewa tuliły ją zapachem a kora koiła. Bała się zamknąć oczy i zasnąć, ale w końcu poddała się uczuciu zmęczenia. Nie wiedziała gdzie jest i co tu robi, ale perspektywna kojącego snu pod owocodajnym drzewem... wygrała.

Elijah?
Łap i płacz za kiczowaty odpis.

6.05.2019

Od Yasmin cd. Elijaha

Uśmiechnęłam się z lekka złośliwie. Samiec wyglądał zaiste interesująco, będąc obłożony torbami z wszelakimi medykamentami. Przy każdym ruchu szkliste pojemniki brzękały, tworząc z eskulapa istną żywą filharmonię. Znalazłam już czuły punkt Elijaha, będący pewnego rodzaju urazem do czegokolwiek zaprzęgniętego w konie. To się jeszcze pomęczy, w Jutrzence dyliżanse to jeden z najszybszych i najwygodniejszych transportów.
- Wybacz, ale dwugodzinny spacer nie za bardzo mi odpowiada - powiedziałam, z lekka obojętnie, usadawiając się wygodnie w bryczce.
Wyjęłam zakupione wcześniej pieczywo i podałam słodki wypiek owinięty w szorstki papier Elijahowi. Nie wiem jak on, ale ja zgłodniałam od tego jeżdżenia po kilka razy i nie wytrzymałam, kiedy poczułam smakowity zapach kruszonej rozkoszy. Od razu wybiegłam i zakupiłam kilka sztuk słodkich bułek, ostatniej nowości piekarzy.

Podróż nie trwała za długo. Tak jak poprzednio, na wyłożonej kamieniami drodze koń galopował i zwalniał dopiero na sklepisku blisko Helecho. I tym razem tak było. Jedyną różnicą była liczba owych czterokopytnych zwierząt i bardziej pojętny dorożkarz. Powóz zajechał na rynek i Elijah od razu wyszedł z powozu, otrzepując się nieco. Wyskoczyłam za nim i podałam mu torbę wypełnioną lekarstwami. Chwyciłam za jeden pasek i pokazałam łbem, aby uczynił podobnie.
- Mogę zająć się czymś niegroźnym dla życia... no nie wiem, jakieś skaleczenia. Znam jedynie podstawy, a po za tym to ty tu jesteś lekarzem.
Medyk się zmieszał, ale końcowo skinął głową, zezwalając na moje działania. Uśmiechnęłam się do niego szeroko i ruszyłam w poszukiwaniu "pacjentów". Długo szukać nie musiałam, od razu zauważyłam samca z raną na grzbiecie. Ostrożnie podeszłam, aby go nie przestraszyć czy coś, ale ten na mój widok jedynie wlepił we mnie swoje spojrzenie.
- Znam cię - powiedział na wstępie - Jesteś...?
- Mówiłeś, że mnie znasz - odpowiedziałam z lekkim przekąsem - Czyli powinieneś znać i moje imię.
Zmierzyłam psa wzrokiem, może jakiś pijany znajomy Horusa? W końcu był strażnikiem... on ta jego cała banda. Ale jeśli chodzi o trunki, to ja już więcej piłam niż ten leszcz...
- Nie... nie pamiętam. Ale wiem kim jesteś - na te słowa ponownie przewróciłam oczami.
- Dobra, co ci się stało? Jak ci mogę pomóc? - obejrzałam jego ranę ogólnikowo.
Nie była głęboka, sprawiała pewnie drażliwy ból.
- A nie widzisz, głupia? Chyba ty tu jesteś medykiem - jego oczy zabłysnęły złośliwie - Radź sobie.
- Dobra - warknęłam cicho - Zamknij się już.
- Uuuuu, jaka ostra panienka - samiec zaśmiał się tubalnie i spojrzał się na mnie groźnie.
Ten jego wzrok... nie kojarzył mi się z niczym dobrym. Mogłam pójść po Horusa lub po Elijaha, ale moja godność mi na to nie pozwalała. Przyniosłam szybko trochę spirytusu i bandaży, choć całość znalazłam na pobliskiej studni. Użyję tylko trochę i oddam... Wiedziałam, że łaciaty medyk ma przy sobie trochę lepszych specyfików, ale nie chciałam zostawiać delikwenta samego. Co jak co, ale nie wyglądał najlepiej. A skoro już tu jestem, to powinnam się na coś przydać. Starannie oczyściłam ranę alkoholem i pomalutku, kawałek po kawałku, owinęłam tułowie samca bawełnianym materiałem. Na początku wyszło trochę krzywo, ale przymknęłam na to oko. Najważniejsze, że nie wda się zakażenie. Zerknęłam na krzątającego się w pobliżu eskulapa, wyciągał co chwilę różne rzeczy i podchodził do psów, ciągle je smarując maściami czy innymi rzeczami. Przeciągnęłam się i ruszyłam do kolejnego pacjenta, będącego tym razem młodą suczką. Na jej łapie malowało się zwęglone futro i paskudne oparzenie.

Nie powiem, było to bardzo ciekawe doświadczenie w moim życiu. Szczególnie na tle ostatnich wydarzeń. Ostatnio ciągle walczyłam, spędzałam godziny na treningu umiejętności zabijania czy polowania a praca z Elijahem oderwała mnie ciągle od nauki mordu, na naukę leczenia. Ciała, jak i umysłu. Łuk zamieniłam na bandaż a strzały na różne kolorowe mazidełka. Może nie znałam działania każdego, ale trochę się nauczyłam nowych rzeczy o nich. Zamiast zabijać, opatrywałam rany. Może i brzmi to trochę głupio, ale jest to prawda. Tak więc kiedy stanęłam przed psem po skończonej pracy, na niebie malował się już późny wieczór. Szczęśliwa, ale trochę zmęczona przypatrywałam się jego poczynaniom. Słońce zaszło godzinę temu a aktualnie znikały ostatnie promienie słońca. Elijah wykorzystał większość swoich medykamentów, ale na dobry cel. Wiele psów w Helecho dostało fachową opiekę medyczną, a ci którzy trafili do mnie, także nie byli aż tak poszkodowani. Ziewnęłam i zostawiłam pracującego medyka, niech zrobi to, co ma do zrobienia. Ruszyłam szybkim krokiem do mojego domu, aby sprawdzić co u Horusa. Ten jak tylko został w miarę opatrzony, bez pytania wparował do mojego domu. Znając życie, moja i tak licha spiżarka jest już pusta... Otworzyłam drzwi, które wydały z siebie głośne skrzypnięcie.
- Yasmin? To ty? - od razu zapytał się karmelowy owczarek.
- Tak, tak. Nie jestem skrytobójcą - odpowiedziałam, śmiejąc się i od razu ruszyłam do niego szybkim krokiem.
Nie wyglądał aż tak źle, a pan od ziółek aka zawsze mam zły humor odwalił kawał dobrej roboty. Owczarek wymościł się na moim łóżku, opatulony kocem. Niedaleko dostrzegłam talerz z suszoną wędliną.
- Kojarzysz tego medyka, no, jak mu tam było... Elejej... Elek...
- Elijah - sprostowałam samca i spojrzałam się na niego wyczekująco.
Śmiesznie wyglądał próbując wymówić imię, język latał mu w pysku a on sam wydawał dziwne odgłosy.
- No, powiedz mu, że wygląda jak istne książkowe chuchro. Niech zacznie ćwiczyć czy coś... - powiedział trochę na żarty, trochę na serio - Jakby kiedyś chciał się podszkolić w walce, daj mu znać. Mam u niego mały dług i z miłą chęcią go odpłacę.
- Tak, bo do ciebie wszyscy walą się drzwiami i oknami - zerknęłam z ukosa na psa - Ty mój drogi nauczycielu. Tydzień temu, wtedy przy jeziorze prawie mnie zabiłeś...
- Ale się nauczyłaś w końcu tego przewrotu tak? Nie żartuj sobie... gdyby nie śmierć Aarona i przewrót w Jutrzence, mówiłabyś na mnie mój Generale...
- Idę coś jeszcze załatwić - krzyknęłam przy drzwiach na odchodne.
- Ubierz płaszcz, cholero - odkrzyknął z salonu - Wystarczy że ja już konam... chyba mam katar.
Ponownie roześmiałam się i wyszłam z domu, o wiele w lepszym nastroju.

Elijah czekał na coś, zerkając na wszystkie strony. Wokoło była cisza, nawet wiatr się wyciszył pod wieczór. Czuć było wszędzie zapach potu i krwi, który kontrastował z zapachami kwiatów. Był już spakowany, jedynie on sam siedział i wyczekiwał, na coś lub na kogoś.
- Na co czekasz? - zapytałam wesoło, w momencie kiedy mnie ujrzał.
Mimo że zobaczył mnie już wcześniej, wzdrygnął się na dźwięk mojego głosu. Już dawno się ściemniło, ale mi to nie przeszkadzało. Czułam się lepiej, niż za dnia. Ulice nie były pełne psów i można było spokojnie odetchnąć.
- Na pewno nie na ciebie - odpowiedział, po czym podniósł się z ziemi.
Otrzepał się z kurzu i dopiął klamry od torby. Stanęłam wyczekująco, chcąc przekazać mu wiadomość od Horusa, ale on wstał i założył na swój grzbiet juki. Zdziwiona widziałam jak pomału rusza, odchodząc. Nie wiedziałam, jak mam zareagować. Stałam tam jeszcze przez chwilę, z rozdziawionym pyskiem i smutną aurą wokoło.

Elijah?
(dzisiaj trochę krócej, ale mam dużo roboty na głowie... nie wiedziałam jak pchnąć akcję do przodu no i wymyśliłam takie coś :p)



4.05.2019

Od Yasmin cd. Elijaha

Spojrzałam się na łaciatego psa i podeszłam krok bliżej. Cała ta sytuacja mnie dobijała, choć mogło być o wiele, wiele gorzej. Mogłam się domyślić, że Horusowi nic nie będzie a ja zrobię z siebie jedynie idiotkę. Szczeniakiem nie jesstem, więc takie zachowania bardziej zwracały uwagę niż gdybym nim była. Owczarek może i wygląda na lichego, ale nic zagraża jego zdrowiu lub życiu. Zbyt twardy idiota, ponoć głupi szczęście mają... Cicho westchnęłam i podniosłam wzrok.
- Gdybyśmy zabrali go ze sobą, byłoby trochę szybciej, prawda? W końcu masz to swoje... mieszkanie- pies kiwnął łbem niekoniecznie szczęśliwie, ale potwierdzająco a ja po chwili dodałam - Idę zorganizować jakikolwiek transport. Może znajdę jakiś powóz.
Medyk chciał coś powiedzieć, ale pokręcił pyskiem ze skwaszoną miną i wolnym krokiem ruszył w stronę mokrego Horusa. Tak, chyba ostatnia podróż dorożką nie za bardzo mu się spodobała. No cóż, drugi raz nie będę biec do Lapsae gdy nie ma takiej potrzeby. Ma szczęście długo szukać nie musiałam, prawie od razu natrafiłam na zgrabny powóz zaprzężony w trzy chyżonogie konie. Dwa drzemały a jeden, środkowy, ciekawsko na mnie spoglądał zza pasków uździenicy.
- Dzień dobry. Weźmie pan podwózkę do Lapsae? - zapytałam głośno sprzedawcy aby wyrwać go z drzemki, podchodząc tym samym bliżej psa siedzącego na ławeczce. On chrząknął i dopiero po chwili zareagował.
- Zależy panience żeby się gdzieś dostać na czas czy raczej na spokojnie? - wydusił z siebie i przetarł zmęczone oczy.
- Szybko - od razu odpowiedziałam a on zaczął wolno dopinać paski przy dyszlu.
- Dobrze, zapłata? Ile ma pani przy sobie?
- Mogę dać trzydzieści Soli za przejazd w jedną stronę dla trzech psów. Ani monety więcej - zacisnęłam łapę na grudce ziemi. I tak już przepłacałam srogo, taka jazda nie powinna kosztować więcej niż piętnaście.
Pies mruknął zadowolony i zachęcająco zaprosił mnie łapą do środka. Wskoczyłam a on popędził konie.
- Na rynku czekają moi znajomi - powiedziałam i sama ułożyłam się wygodnie na starym, trochę obtartym i cuchnącym końskim potem kocu - Szybciej! Nie płacę ci za taką wolną jazdę.
Pomarańczowy pies przewrócił oczyma i potrząsnął wodzami.

Gdy zajechaliśmy te kilka kroków dalej, łaciaty pies rozmawiał z innym wojownikiem, który leżał na ziemi z nienaturalnie wygiętą łapą. Na jego pysku malował się ból, choć nie tylko on miał podobne obrażenia. Przecież są jeszcze inni niż tylko karmelowy owczarek... zapomniałam, zaślepiona troską o mego głupiego wujka. W sumie wygląda na to, że on tu ucierpiał najmniej. Dostrzegłam w małym tłumie Horusa, który lekko utykając przechadzał się, aby zapewne rozprostować zastałe kości. Zdążył już przeczyścić swoją broń, która suszyła się oparta o drzewo. Gdy tylko medyk mnie zobaczył, podszedł do mnie z obojętną miną, trochę niepasującą do sytuacji i klimatu wydarzenia. Jego mimika wskazywała jedynie, że ma jakiś w cel w którym jestem jedynie nędznym trybikiem lub osobą, która mu pomoże. Skrzywiłam się wewnętrznie, ale tego nie okazałam. Bryczka zwolniła do wolnego chodu, gdy podszedł do nas.
- Yasmin, będę musiał wrócić - powiedział dość szybko - Jest tu jeszcze kilka psów które będą potrzebowały pomocy medyka. Szczerze, wątpię aby jacyś inni się tu zjechali w międzyczasie.
- Dobra, wsiadaj - chciałam podać psu łapę, ale ten zdążył chwycić się relingu powozu i wspiąć się sam. Dałam znak woźnicy w postaci klepnięcia w podłogę, aby przyśpieszył konie. Przez sekundę mignęło mi, że użył mojego imienia a ja się mu nawet nie przedstawiłam, ale ta myśli szybko mi uleciała.
Łaciaty usiadł obok mnie i od razu skierował wzrok w narastający gąszcz głównej drogi do Lapsae. Ta jedynie przez chwilę była leśną i wyboistą drogą, gdy zaczynała się główna, zaczynało się i proste, wyłożone kamieniami sklepisko. Tam z truchtu rudawy pies popędził zwierzęta do dzikiego galopu, gdzie srokatym koniom leciała piana z pyska. Złapałam się mocniej boku bryczki, podobnie uczynił także lekarz. Chcąc, aby dosłyszał moje pytanie, zbliżyłam się do niego na jakieś dwa kroki.
- Jak ty właściwie masz na imię? Nie było jakoś okazji na przedstawianie się a ty znasz moje mienie - powiedziałam dość głośno, aby wyraźnie zrozumiał - Wiem, że to nie jest pora na rozmowę, ale... no. Jeszcze jakieś dwadzieścia minut jazdy.
Na początku myślałam, że w ogóle się nie odezwie. Siedział cicho przez kilka minut i dopiero po chwili obrócił głowę w moją stronę. Jego niebieskie oczy w ogóle się nie dopasowały do sierści, ale miałam wrażenie, że żadne inne by do niego nie pasowały jak właśnie te.
- Moje imię brzmi Elijah - opowiedział na moje pytanie, nie dodając nic od siebie. Nic, żadnego słowa o czymkolwiek innym, które odpowiadałoby na coś innego niż moje pytanie. Zmarszczyłam brwi. Swoją drogą, ciekawe imię.
- Ehm, no dobrze. A coś więcej? No weź powiedz cokolwiek od siebie...
- A po co? Nie widzę chwilowo żadnej potrzeby, abym opowiadał swoją historię życia - oznajmił spokojnie swoją opinię samiec i ponownie pogrążył się w rozmyślaniach, wpatrując w jeden nieruchomy punkt.
Miałam ochotę go wywalić z tego wozu, ale odetchnęłam głęboko i przyjęłam uśmiech na pysku. Wobec każdego jesteś zawsze w miarę przyjazna, dlaczego teraz miałoby być inaczej?
- Na przykład po to, że rozmawiamy. Jak pies z psem, co oznacza, że warto coś powiedzieć - stwierdziłam i zmierzyłam osobnika wzrokiem.
Nie budził mojej niechęci, bardziej umacniał rosnące zaciekawienie jego interesującą osobistością.
Kilka minut ciszy nie zmusiło psa, aby wydał z siebie jakiekolowiek słowo.
- To może ja zacznę - posłałam mu spojrzenie mówiące "ucz się od mistrza" - Jestem Yasmine, jak juz wcześniej wspominałam. Lubię okazjonalnie dobrze wypić a Horus to jeden z członków mojej przyszywanej rodziny. Teraz twoja kolej. No, cokolwiek.
Moje pytające zerknięcie na niego nie pomogło, w końcu to on westchnął i oparł się o ścianę powozu.
- Nie dasz mi spokoju? - powiedział jakby od niechcenia - Mam ważniejsze sprawy na głowie niż jakieś głupie gadki.
- A jakie to to na przykład? Może się nimi podzielisz? - cicho odpowiedziałam z przekąsem, uginając uszy do tyłu.
Moja irytacja sięgała już granic a cierpliwość nie należała do moich mocnych stron. Już nie chodziło o sam fakt przyjemnej rozmowy a o utraconą postawę.Dałabym spokój sobie i jemu, gdyby nie to groźne spojrzenie które rozjuszyło mnie od środka.
- Hm? Chcesz wiedzieć? - prawie na mnie warknął, na co ja także przyjęłam bardziej agresywną postawę - Na przykład takie jak pomóc tamtym psom!
- Cicho mi tam, chyba kilka ghuli lub popielarzy będzię przechodziło drogą - powiedział pośpiesznie dorożkarz, dało się słyszeć nutę strachu w jego głosie.
Uniosłam brwi w pogardzie i zdziwieniu. Ciekawie, jechałam z psem który nie rozróżnia dwóch osobnych odgłosów. Pewnie będzie to kompletnie coś innego niż wymienił, może też groźnego. Natychmiastowo wstałam i oddalając się od samca, usiadłam w innym miejscu pod pretekstem sprawdzenia terenu. Poprawiłam kołczan i przejechałam opuszką łapy po cięciwie łuku, sprawdzając napiecie. Niby zwykła treningówka, ale pies się przyzwyczaił... Już od dawna myślałam nad zakupem nowego, no ale cóż. Nie zawsze fundusze są odpowiednie. A na szmelc Soli nie będę marnować. Usłyszałam jak coś przechodzi niedaleko odkrytej dorożki, więc telekinezą napięłam łuk i wycelowałam ogólnie w te głupie chaszcze. Nie wiedziałam co z nich wyjdzie, ale zawsze coś mogło mnie zaskoczyć, prawda? Cholera wie. Nie miałam ochoty cierpieć jakichś ran, więc po prostu traktowałam to jako zwykłe zabezpieczenie. W końcu coś wyskoczyło, coś będące w swej istocie lisem, który przebiegł za wozem zanurzając się od razu w zielonej kniei. Uśmiechnęłam się pogardliwie i schowałam strzałę do kołczanu a łuk zapięłam kilka centymetrów nad zebranymi strzałami.
- Niech się panienka nie wysila, to lis był - odpowiedział woźnica - Ale byłby piękny płaszcz z jego futra...
- Nazwij mnie jeszcze raz panienką, panią lub czymkolwiek innym a nie bedę miałą oporów aby poderżnąć ci gardło - słowa pozwoliły na ucieczkę wszystkim zebranym emocjom - Jedź do celu, taka była umowa, prawda?
Samiec przełknął ślinę, obrócił się i nerwowo popędził konie. Dopiero po wypowiedzianych słowach zdałam sobie sprawę, że nie miałabym nawet czym to zrobić... Usiadłam po drugiej stronie wozu i położyłam łeb na łapach, przymykając lekko oczy.

Zatrzymaliśmy się gwałtownie tuż przed starą kamienicą. Zdążyłam się już uspokoić i odsapnąć trochę, cała złość uleciałą. Głupio mi się zrobiło z całej tej afery, gdy się mocniej zastanowić. Mogłam dać spokój Eliahowi, w końcu mi to normalnie przekazał. Zeszłam z wozu i wodziłam przez chwilę oczami za łaciatym , który właśnie przekraczał próg budynku. Przełknęłam ślinę i zdobyłam się na gest w ramach ugody.
- Nie potrzebujesz może pomocy? - zadałam jedno, jedyne pytanie i lekko przymknęłam oczy, niecierpliwie oczekując na odpowiedź.
Miałam cichą nadzieję, że się zgodzi. Ale po naszej ostrej wymianie zdań, nic na to nie wskazywało.

Elijah?
(jaka będzie twoja decyzja? c:)

3.05.2019

Od Yasmine

Można by powiedzieć, że miałam już dość. Stałam na środku polany w środku nocy, poobijana i styrana dość brutalnymi ćwiczeniami. Czułam, jak kropelki potu spływają mi po sierści a opuszki łap zostawiają wilgotny ślad. A skórzany rzemień bezlitośnie wbijał się w bok, utrzymując tym samym łuk w jednym miejscu.
- No?! Co teraz zrobisz?! - warknął ostrzegawczo Horus i zniżył łeb, lekko otwierając pysk pełen zębów - Jesteś sama a ja mam ochotę cię zabić! Nie będę miał litości.
W odpowiedzi przewróciłam oczami i przyjęłam postawę obronną. Łapy lekko mi drżały, ale przymknęłam oczy. W tym samym momencie pies odbił się od ziemi i lekko naskoczył na mnie. Czułam, że tym razem nie zaatakował aż tak brutalnie jak wcześniej. Jego pysk powędrował do mojego karku a łapy popchnęły mnie na bok. Chwyciłam jego ogon i pociągnęłam lekko. Gdy jego biodra znalazły się w moim zasięgu, zmieniłam cel właśnie na nie. Uczepiłam się kępka sierści i puściłam, wydając z siebie jęk i zarazem pisk. Horus chwycił mnie za krtań i położył ku ziemi, uważając w miarę, aby mnie przypadkiem nie zabić. Leżałam przez chwilę, czując jak jego ślina spływa mi po gardle. Miałam dziwne wrażenie, że nie puści nigdy. Sekunda dłużej i zaczęłabym się wiercić lub próbować wydostać z uścisku jego szczęk. W końcu otworzył je lekko i usiadł, widocznie rozbawiony moją porażką.
- Nie żyjesz, Yas - powiedział ze dezaprobatą, wlepiając we mnie złote oczy. 
- Nie moja wina, że jesteś doskonale wyszkolony aby unicestwiać takie ciemnoty jak ja - jęknęłam, pocierając obolały pysk.
- Takich jak ja, jest naprawdę wielu - stwierdził i poklepał mnie - Nauczysz się, trochę więcej treningu i będziesz śmigać w walce jak ja.
- Już to widzę... - powiedziałam niemrawo - Kończymy? Za godzinę, dwie, będzie już świtać i nasze moce mogą trochę zmaleć...
- Myślę, że one znikną - poprawił mnie i poprawił sprzączkę od swojego paska z bronią.
- Ach, zapomniałam. Ty i twoja dokładność. Doczepisz się wszystkiego - odpowiedziałam z przekąsem i ruszyłam za owczarkiem. Z ukosa zerknęłam na niego. Szedł pewnym, ale dość lekkim krokiem. Sierść miał w niektórych miejscach lekko sklupioną, a na pysku odstawały mu kosmyki włosów. Gdzieniegdzie dało się zobaczyć przebłyski bliznn czy delikatniej siwizny. Zdziwiłam się lekko i przyspieszyłam kroku aby z nim zrównać. Był jedynie o trzy lata starszy ode mnie a już wygląda kompletnie inaczej niż ja. Zajeliśmy się rozmową, na temat polowań, walki czy innych rzeczy które samca interesowały. Miałam ochotę zaończyć dyskusję lub zmienić temat, ale nie chciałam mu przerywać. Westchnęłam i podążałam za psem pogrążonym w wypowiadaniu się na temat sposobów zabijania zwierzyny leśnej.

W pewnym momencie prawie uderzyłam łbem o zad psa. Posłałam mu pytające spojrzenie, mówiące "czemu się, debilu, zatrzymałeś". Odpowiedział mi przewróceniem oczu.
- Kierujemy się do ...? - zapytałam cicho, bo pies zastrzygł uszami.
- Helecho - odpowiedział jednoznacznie i ponownie wsłuchał się w otoczenie - Coś jest nie tak.
- Hm?
- Ktoś krzyczy w ogległości kilku mil - przez chwilę staliśmy w gąszczu w bezruchu - Za mną. Nie wiem czy to są już okolice Helecho, ale sprawdzimy temacik.
Naprawdę? Będziey teraz uganiać się za odgłosami z lasu?

Doracie nie zajęło nam dłużej niż kilka minut. Zziajana wybiegłam z gąszcza wprost na kilka psów, które także tam się zebrały. Miejscem zbiegowiska była polana niedaleko małego miasteczka. Dało się słyszeń krzyki i lamentowanie, gdzieś w tyle ktoś żewnie płakał. Zdążyłam stracić Horusa z oczu, pies już dawno rzucił sie w gąszczu zbiegowsika. Chcąc dowiedzieć się o co chodzi, podeszłam do siedzącej, młodej suki. Ta siedziała trzymając w łapach małego, brązowego kota z oczami z guzików. Łaciata zwróciła na mnie uwagę dopiero, kiedy stanęłam badzo blisko niej. Wręcz czułam odór palonych ziół.
- Co tu się dzieje? Wiesz o co chodzi? - ta pokiwała głową i zwróciła na mnie swe błękitne, przekrwaiowne ślepia.
- Cyrk przyjechał, pani - odpowiedziała kaszląc, zapewne od dymu cygara które wolno żarzyło się obok niej - Zwierząt nie upilnowali i wydostały się z klatek chcąc wolności i zemsty za wszystkie uderzenia batem. Zaczęły się na wszystkich rzucać, więc ci co uciekli - uciekli. Ci nie zdążyli, zostali zamknięci w cyrkowym namiocie. Mój siostrzeniec, niecałe dwa lata, był razem ze mną na przedstawieniu i on...
- Rozumiem, nie musisz mówić - powiedziałam ciszej i od razu wiedziałam, gdzie się kierować. Podziękowałam suczce zatopionej w agoni własnego umysłu i dobijającej bezradności. Myśli podpowiadały mi też, gdzie mógł udać się Horus. Debil, jeśli on tam wejdzie sam... nie, nie zabiją go. Nie jego. Potrząsnęłam głową i przyśpieszyłam kroku. W końcu biegłam i zatrzymałam się dopiero przed skórzanym namiotem pofarbowanym na żółto i czerwono.
- A gdzie panience śpieszno? - zapytał się większy pies, mrużąc brwi - Nie słyszała pani? Psy uwięzione a dzikie koty szaleją... Ponoć z jakiś odległych krain się uchowały. Cholery jedne.
-Czy wchodził tu... jakiś wojownik? - zapytałam z nadzieją w głosie.
Pies już chciał zaprzeczyć, ale poczułam jak ktoś stanął za mną.
- Nie, ale ma zamiar wejść. Proszę się odsunąć - powiedział niechętnie owczarek i wyprzedził mnie, dochodząc do strażnika.
- Odziesz sam? Nie możesz... - warknęłam na niego.
- Nie, nie byłbym taki głupi... Idą ze mną tamci - łbem trącił na lewo. Zwróciłam tam łeb i ujrzałam dwa psy, które w uzbrojeniu podobne były do Horusa - Ojcowie trzech szczeniaków które zostały uwięzione w namiocie. Jakoś nikt nie kwapił im się do pomocy...
- Nie pozwalam ci! - wręcz krzyknęłam na psa, łapiąc go za płaszcz. On jedynie posłał mi groźne spojrzenie i pogroził, że mam się nie ruszać z miejca - Nie, Horus! Cholera! Cholera, głupi jesteś? Wariat! Wracaj, głupcze! Horus! Powiem Lady! Oscarowi! Będziesz miał kłopoty!
Zapewne wyglądałam idiotycznie, ale nie mogłam przestać.  Miałam ochotę po prostu go żywcem wytargać za uszy z tego namiotu, ale nie mogłam. Drogę zagroziły mi dwa psy a ja bezradnie próbowałam się dostać do pomieszczenia cyrku. W końcu poddałam się i usiadłam odrętwiała strachem niedaleko wejścia. Łapy trzęsły mi się ze strachu a w umysle pojawiały się czarne scenariusze.

Wyszli kilka godzin przed południem. Wszyscy wojownicy jak i kilka psów w róznym wieku. Styrani i ledwo trzymający się na łapach, ale wyszli. Moje serce drgnęło na widok przyszywanego wujka i zarazem bliskiego mi psa. Podbiegłam ochoczo do karmelowego owczarka, ale on nawet nie podniósł na mnie wzroku. Od razu zauważyłam, że coś jest nie tak. Horus wyraźnie utykał na przednią łapę a z jego boku ciekła srużka krwi. W sumie cały był w osoczu, nawet nie wiem czy jego czy ubitych zwierząt.
- Horus? - dotknęłam jego boku, na co ten się wzdrygnął - Wszystko dobrze?
On uśmiechnął się delikatnie i doszedł człapiąc do drzewa, pod którym położył się powoli. Wygiął grzbiet w łuk i przez chwilę leżał w bezruchu. Dopiero po chwili wział słaby oddech i przymknął powieki. Usiadłam obok niego, kilka psów wpatrywało się w nas z zaciekawieniem, podziwem i strachem. Dopiero po chwili zbiegowisko ustało, kiedy to Horus pogrążył się w niejasnej drzemce. Kiedyś słyszałam historię do Lady, że za każdym razem czeka do nocy i dopiero wtedy idzie gdzieś w bezpieczne miejsce. Tym razem po prostu wybrał cień drzewa, więc nie protestowałam. Próbowałam dowiedzieć się czegokolwiek o jego stanie, ale on zbywał mnie niejasnym spojrzeniem. Przykryłam do jego płaszczem i odpięłam jego pobrudzony od krwi pas z bronią. Czuwałam nad nim kilka dłużących się kwadransów, sama lekko uspokajając się.

Poczułam, że jego oddech zwolnił. Nie wiem jak, ale ku memu szczęściu zauważyłam to jakoś. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam na rynek. Natychmiast zaczęłam pytać się wszystkich wokoło, gdzie jest siedziba okolicznego medyka lub zielarza. Przekazano mi instrukcję dotarcia, którą zapamiętałam dokładnie. Pełna niepewności i bojaźni pobiegłam z nadzieją, że pies podający się za tutejszego uzdrowiciela pomoże Horusowi.

Elijah? c:


1230 słów → 10 + 60 + 20PU

12.01.2019

Od Yasmine cd. Commodusa

Ledwo co udało uciec mi się spod czujnego wzroku ciemnego owczarka. Z tryumfalnym uśmiechem na pysku maszerowałam po rynku, tym samym oddalając się od Oscara i jego nowego znajomego. Przecież nie jestem szczenięciem, nie trzeba mnie niańczyć! Potrafię o siebie zadbać. Poprawiłam torbę i szary szal, tym samym ruszyłam na poszukiwanie przygody w miasteczku.

Spojrzałam się na psa lekko zaskoczona, w miłym tego słowa znaczeniu. Również odpowiedziałam uśmiechem czekoladowemu owczarkowi i przez chwilę zastanowiłam się nad odpowiedzą. Czemu nie? W końcu wypada poznać kogoś nowego, a pies przede mną wydawał się idealnym kandydatem do nocnych wędrówek.
- Wiesz, że także ratujesz mnie od nudy? Z miłą chęcią spędzę z tobą dzisiejszy wieczór, Caius. W sumie w Litore jest wiele ciekawych rzeczy, ale ostatnimi czasy dużo psów tu przywędrowało. Strasznie tu gwarno... Łapy nie można nigdzie postawić nie obawiając się, że nagle nie znajdziesz się pod kołami dorożki lub łapami innych tobie podobnych stworzeń. Co powiesz na małe wyjście z miasta?
- Nie mam nic przeciwko, ruszajmy więc - powiedział ochoczo i poderwał się z miejsca.
Coraz bardziej podobał mi się jego entuzjazm. Z szerokim uśmiechem na pysku zrównałam kroki z samcem i po chwili razem przedzieraliśmy się przez tłum psów do głównej bramy. Zdarzało mi się zerknąć na psa z ukosa. Dobrze zbudowany owczarek o brązowo białym umaszczeniu, dość hardo stawiający kroki. Z jednej strony przypominał mi Horusa, wręcz miał identyczny wyraz pyska i bardzo podobny chód. Przez sekundę próbowałam rozkminić czy aby Horus na pewno nie ma rodziny, ale końcowo stwierdziłam iż to jedynie kwestia rasy. Przez moje ciało przeszły ciarki, na myśl o jego ostatnim wyczynie. W gardle pojawiła się wielka gula a ja sama prawie się potknęłam. Głupi, głupi idiota. Przez chwilę wpatrywałam się w swoje łapy i w końcu skierowałam spojrzenie na owczarka i skupiłam na nim całą swoją uwagę.
- Coś się stało? - zapytał Caius i lekko zwolnił, pozwalając abym go lekko wyprzedziła. Ponownie zrównałam z nim krok i zdziwiona wlepiłam w niego swoje spojrzenie.
- Nie, nic. Czemu tak sądzisz?
- Miałaś jakiś dziwny wyraz pyska
- A, tak. Myślałam nad czymś - odpowiedziałam, a na moim pysku pojawił się jasny rogal - Głupio to wyglądało?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo - odpowiedział a ja w udawanej złości delikatnie uderzyłam go łapą w bark. Po chwili wybuchłam śmiechem i zaraz potem pies także do mnie dołączył.
- Jesteśmy! - pies odwrócił moją uwagę i przeszedł przez bogato zdobione filary. Pokrywały je płaskorzeźby o morskiej tematyce, jeśli się nie mylę to właśnie tu jest ulubione miejsce Lady do przesiadywania. W spokojniejsze dni nie ma tu prawie nikogo. Widziałam, jak Caius ogląda rzeźby a potem zachęcająco kiwa łbem. Szybko ruszyłam w jego stronę, w tych okolicach nie było już prawie w ogóle tłumów. Uradowana przeszłam parę metrów, aby po chwili dotknąć łapami wilgotnej trawy.
- Co robimy?
- Może się przejdziemy? Zapowiada się pogodna noc.

W końcu weszliśmy na rozległą plaże. Ciemne niebo oświetlał jedynie księżyc i gdzieniegdzie można było dostrzec prześwitujące wśród chmur gwiazdy. Zerknęłam na psa, ale ten wpatrzony był w podniebny spektakl. Przewróciłam oczami. Okej, każdego czasem brało na przemyślenia, ale mnie w tej chwili nie bardzo. Za dużo wrażeń jak na ostatnie kilka dni. Rozglądnęłam się po terenie, odetchnęłam zaniepokojona obecnością dwóch psów dość blisko nas. Niby szły całkiem normalnie, ale widziałam, jak kierowały na nas swój wzrok. Czyżby znowu moje "widzimisie"? Oj,  Yasmine, przestań... I w tym momencie instynkt zareagował szybciej niż logiczne myślenie. Na gwałtowny ruch ze strony nieznajomych moje ciało gwałtownie odskoczyło w bok i samoistnie zaczęło biec. Kątem oka widziałam, jak Caius także się rozpędza i już po chwili znajduje się obok mnie. Za nami dwójka najprawdopodobniej uzbrojonych psów, przełknęłam ślinę. Moje łapy uderzały o paiskowe podłoże z wyraźną przewagą, ale w momencie kiedy tylko wyjdziemy na śnieg będę wolniejsza.
- Gdzie biegniemy? - zapytałam głośno oddychając. Z mojego pyska wydobywał się kłębek pary.
- Do lasu! Szybko! - powiedział pies i wyprzedzając mnie, zaczął torować drogę w śniegu.
- Caius, szybciej, oni nas doganiają - darłam się na psa, gdy ten lekko zwolnił między drzewami.
W pewnym momencie poczułam, jak coś rzuca się na mnie i przestraszona odskoczyłam wprost na jakąś sieć. Zaczęłam się miotać i kłapać zębami w powietrzu, ale jedynym efektem było jeszcze większe zaplątanie się. W końcu zmęczona położyłam łeb na śniegu i nerwowo odetchnęłam, kiedy przy mnie pojawił się jakiś pies. Podszedł i prosto z mostu uderzył łapą w łeb. Próbowałam się obronić, ale jedyne co zobaczyłam to otaczający mnie mrok. Przez myśl przebiegł mi jeszcze Caius i jego aktualne losy.

Obudziłam się i zdałam sobie sprawę, że coś na mnie leży. A raczej ktoś. Głębiej odetchnęłam Spróbowałam skojarzyć fakty, gdzie się znajduję i co tutaj robię. Dopiero po chwili wszystkie wspomnienia wróciły, przechadzka na plaże, dwa psy i dziki bieg po leśnym podszyciu. Oprócz małej migreny, to mogłabym powiedzieć, że w ogóle nie odczuwałam skutków wczorajszej eskapady. Potrząsnęłam łbem i wydałam z siebie jęk, gdy zobaczyłam że mam związane łapy i najprawdopodobniej leżę na jakimś wozie, który jedzie, Z przodu pojazdu dało się słyszeć jakieś radosne rozmowy kilku psów.
- Halo? Cauis? - zapytałam cicho i spróbowałam zrzucić z siebie być może nieprzytomnego psa.

Cauis? 
A ktoś ich porwał xD
| 840 słów → 40೧ |

30.12.2018

Od Yasmine - Zlecenie 1

Miałam ochotę na kawałek jakiegoś ciasta owocowego, z pyska leciała mi ślina na widok słodkości wokoło. Odkąd przygarnęłam Aragona miałam coraz większy apetyt na słodkości, przypadek? Oczywiście że nie, ten mały wpycha we mnie ogromne ilości rzeczy zawierających ten cholerny cukier! Otrzepałam się lekko i zatoczyłam na prawo, głupkowato się śmiejąc. Kilka psów spojrzało się na mnie jak na wariatkę i ruszyło ponownie, chcąc mnie jak najszybciej wykasować z pamięci. Porozglądałam się przez chwilę do momentu kiedy z rozmyślania nad przewagą eklerków nad pączkami wyrwał mnie krzyk szczeniaka. Wyczulone na ten dźwięk uszy od razu skierowały rozkołysane ciało do źródła dźwięku. Czarne, na oko półroczne szczenię kuliło ogon przed bezdusznym sprzedawcą który zdzierał gardło wydając z siebie coraz bardziej piskliwe dźwięki.
- Co się stało? - zapytałam z lekką nutą wrogości i rozbawienia. Wypite trzy kubki grzańca zaczynały na psa działać, nawet na mnie.
- Ten idiota zniszczył mi połowę mojego straganu! Wylał dwie beczki wina! - zawołał sprzedawca i chwycił szczeniaka za skórą na karku - Zapłacisz mi za to!
- Ej, haalo...! - zawołałam i wyrwałam niemrawego psiaka z łap tego bestialca - Odwal się od niego!
- Ale on sam tu przyszedł, naprawdę!
- Pozbyć się go?! - cicho krzyknęłam, pozwalając aby moje futro na karku się napuszyło. Byłam sama zaskoczona swoim pytaniem.
- Tak? No dobrze! Masz, pieniądze - zaczął nerwowo wyciągać Sole - Bierz i się go pozbądź, ale wiesz, bez kłopotu!
Zaskoczona przyjęłam monety i z uśmiechem na pysku miałam plan przywędrować na skraj miasta.
Śmiesznie jest wiedzieć co się zrobi, w momencie kiedy inni tego nie wiedzą. Czułam jak szczeniak drżał, wiedząc że najprawdopodobniej pożegna się z życiem. Ale głupek, szkoda że nie widzi teraz swojej miny.

W końcu zatrzymałam się pod drzewem i wypuściłam skórę młodego z pyska. Lekko kichając liznęłam go po szyi, szeroko się do niego uśmiechając. Wiedziałam, że czuć ode mnie alkoholem ale bez przesady, prawda ...? Parę kieliszków różnicy nie zrobi...
- No, biegnij do domu, do mamy i tak dalej - powiedziałam i tym samym odwróciłam się poszłam w drugą stronę, miałam już swój zaplanowany kierunek.
Przez chwilę nie słyszałam żadnego odgłosu ale zaraz potem pojawiło się szybkie dziękuję i odgłosy uderzenia łap o twardą ziemię. Pobiegł, ciesząc się swoim szczęściem. Kochane stworzonko. Kilka minut później przybiegł Aragon owinięty szalikiem z jasnej owczej wełny.
- Ciotka Lady? - zapytałam, dostrzegając jego minę.
- Niestety - odpowiedział i lekko poluźnił owijający jego szyję materiał - Powiedziała że jak zdejmę, to mi wygarbuje skórę, rzuci na pożarcie sępom i zrzuci z klifu. A, i jeszcze przetestuje na mnie wszystkie swoje nowe bronie.
Pokiwałam głową ze współczuciem i rozbawieniem w oczach.

Ja tym samym skierowałam się do karczmy, gdzie miałam zamiar zastać Horusa. I nie pomyliłam się i tym razem, siedział tam z kuflem bezbarwnej cieczy zagapiony w okno. Powiedziałam Aragonowi że jak chce, to może pobawić się na dworze a ja sama ruszyłam w jego stronę. Na mój widok lekko się uśmiechnął, ale zaraz potem jego mina zmieniła się.
- Jesteś pijana - stwierdził, w  momencie gdy dosiadłam się do jego stolika.
- Naprawdę? Nie wiedziałam - powiedziałam rozbawiona i przejechałam łapą po kubku psa - Co tam pijesz?
Zanurzyłam pysk w przedmiocie i od razu się skrzywiłam.
- Czy ... ty ... pijesz ... WODĘ? - wydarłam się na cały lokal i wlepiłam swoje spojrzenie na owczarka. Ten jedynie głęboko westchnął i przyłożył swoją łapę do pyska.

Zlecenie wykonane!
Wynagrodzenie: 70೧
537 słów →  + 5೧

21.12.2018

Od Yasmin ,,Sama wokoło" - część III

Czarna suka wyszła, nie było jej kilka dni w domu. Mimo że nie dała żadnego znaku życia, nie martwiłam się o nią. Jakoś tak... wiedziałam że tego nie potrzebuje. Kiedy zauważyłam te jej cuda na patyku to całe zmartwienie ulotniło się szybko. Mam na myśli całe zbrojenie jakie ze sobą wzięła, naprawdę, wszystko.

Do moich oklapniętych uszu dobiegły dzikie wrzaski, świadczące o czyjejś obecności w domu. Pewnie znowu czarna suka użala się nad sobą i wszystkim wokoło, niszcząc przy okazji niewinne meble. Uderzenie o ścianę, coś czuję że jutro już nie będziemy jeść przy stole. W sumie z jednej strony żal mi jej, straciła ważną osobę i nie potrafi przyjąć tego do wiadomości. Może już ma depresję? Nie zdziwiłabym się, naprawdę. Jęknęłam, widząc w oknie księżyc w niskiej pozycji. Coś koło czwartej. Przeciągle ziewnęłam i ponownie ułożyłam się obok błogo śpiących szczeniąt. Takie bezbronne i niewinne, bez żadnej skazy. Wróciłam umysłem do kuchni kruczoczarnej suki. Rozmowa z Lady dała mi bardzo dużo do myślenia, ba, skłoniła mnie nawet do małych refleksji. Położyłam łeb na poduszkę i przymknęłam oczy, ciesząc się ulotnymi chwilami spokoju. Starałam łapać się ich ile tylko się da, ale moje dzieciństwo to i tak była jedna wielka klapa. Teatrzyk pacynek.

Szczęk broni, obce głosy kilku psów. Lekko wstałam opierając się na przednich łapach i moje serce zabiło kilka razy szybciej. Tylko Aragon leżał na łóżku, gdzie jest Karmen?! Moje źrenice gwałtownie się rozszerzyły i zeskoczyłam z łóżka na wpół śpiąc. Ale to nieważne, wybudzenie trwało kilka sekund, chwilowo najmniejszy problem. Łapy uderzały o siebie a ja powstrzymując się od zatrzymania skoczyłam na schody i pokonałam je z prędkością kilkunastu stopni na sekundę. Wpadłam do salonu i moim oczom ukazała się masakra. Wszystkie meble powywracane, kompletnie w innych miejscach, czasami do góry nogami. Wszystkie muszle z półek pozjeżdżały z nich i ich szczątki spoczywały na podłodze. I ... Karmen. Szczenię leżało pod ściana a wokół niego były ślady pazurów. i krwi. Czerwonej cieczy. Czułam, jak przez moje ciało przechodzi dreszcz i od razu znalazłam się przy szczeniaku. Zaczęłam go lizać po pysku, byleby wstał, ale on leżał zimny już od dłuższego czasu. Załkałam i z mojego gardła wyrwał się długi i żałosny jęk. Leżał tu już od dłuższego czasu, widziałam jego oczy, czyżby...? Nie, to na pewno nie ona. Położyłam pysk na jego szyi, pozwoliłam znaleźć łzom ujście.

Poczułam jakąś łapę na swoim karku, przeszedł mnie niemiły dreszcz i obróciłam się z zapłakanymi oczami w stronę nieznajomego psa. Za nim stała Lady, cała umorusana krwią. Od łap po pysk, z którego niekiedy spływały kropelki czerwonej cieczy. Samiec wyglądał identycznie, jeśli nie gorzej.
- Csii, spokojnie, uspokój się - powiedział, starając się aby jego głos miło zabrzmiał - Wszyscy z tamtej grupy odwiedzili już... drugą stronę, że tak to ujmę. Zobaczyliśmy ich, jak pomagałem Rudzikowi w niesieniu żelaza. Czwórka tępogłowych, wynieśli sporą część broni i zapasów.
Po kilku zdaniach pies oblizał pysk, zlizując i połykając ślinę zmieszaną z krwią.
- Horus jestem - powiedział i szturchnął mnie łapą.
- Znasz ją? Lady lub Rudzika?
- Masz na myśli najlepszego konspiracyjnego zbrojmistrza? - zapytał wskazując na Lady, która niczego nie świadoma opłukiwała pysk - Ona robi cholernie... oj, przepraszam. Ona robi bardzo dobre bronie.
Każde jego słowo wypowiedziane z pewną dozą radości jak i współczucia. W pewnym momencie obrócił się w moją stronę i spojrzał mi prosto w oczy.
- Ty... ty wiesz, prawda?
- Tak, wiem. Wczoraj mi powiedziała. Nie chcę robić jej nadziei ale ... - pies urwał mi w połowie zdania.
- Nie, nie mów nic. To ją trzyma przy życiu, rozumiesz? I tak jest na skraju załamania, uwierz mi, znam ją od dawna. Jeszcze sprzed ataku Iskier. Kocha go z całego serca, jest to jej jasny tunel w ciemności. A tylko powiedz jej to, co ci powiedziałem, to już możesz się pożegnać ze swoim życiem.
- Mogę się ciebie o coś zapytać?
- Co chcesz wiedzieć? - zapytał z uśmiechem Horus. Jego zmierzwione futro, liczne blizny i zadrapania na ciele oraz przewieszona przez ramię broń z herbem Jutrzenki świadczyły o tym psie więcej niż jakiekolwiek słowa. Moje oczy zalśniły i katem oka spojrzałam się na ciemną sukę. Ona lekko skinęła łbem i mimo przyjaznej sytuacji, nie zbliżyła się do psa ani na metr a jej wyraz twarzy pozostał okryty kamienną maską.
- Jak... jak stać się jednym z was? -
Wyraz twarzy owczarka zesztywniał i natychmiast pies zmierzył mnie pogardliwym wzrokiem, od góry do dołu. Skrzywiłam się lekko widząc takie perfidne zachowanie i lekko zjeżyłam sierść na grzbiecie. Naprawdę chciałam pomóc odzyskać Jutrzenkę. Co prawda od niedawna tu jestem, ale już zdążyłam poznać wspaniałą politykę bardzo legalnych i miłych władców. A jakich sprawiedliwych! Chciałam czuć i widzieć ich śmierć, jedną za drugą. Przez chwilę trwała niezręczna cisza.
- Uklęknij i przyrzeknij na własne życie wierność jedynej prawowitej władczyni, Cerynitis - powiedział uroczystym a zarazem martwym w środku tonem. Wszyscy dobrze wiedzieli, że taka przysięga to bezwzględny wyrok śmierci. Nie zawahałam się ani trochę i pewnie rzuciłam spojrzenie karmelowemu owczarkowi. Za szczenięta, za Karmena. Za osobę, którą straciła Lady. Wiedziałam, że gdyby mogła, to rzuciłaby się na mnie i powstrzymała mnie, ale śmierć brązowego szczeniaka wstrząsnęła nią tak samo jak mną i nie reagowała na jakiekolwiek bodźce od paru godzin. Po prostu stała będąc duchowo nieobecna a jej spojrzenie było puste i nieobecne, czasami przytakiwała lub mruczała wyrażając sprzeciw. A do tego złe wyniki poszukiwać jej partnera, to naprawdę musi ją wszystko mocno dobijać. Chcę, aby miała chociaż jeden powód aby być ze mnie dumna, aby wiedziała, że jej pomoc jej się opłaciła i przyniosła jej jeszcze większą sławę niż same bronie. Chciałam być kimś.
- Ja, Yasmine, przyrzekam służyć wiernie Cerynitis w każdej sytuacji, zawsze i wszędzie - moje wargi lekko drżały gdy wypowiadałam te słowa. Każdy wyraz zachowywał się, jakby nie chciał wyjść z pyska, tylko zostać tam już na zawsze. Przez mój grzbiet przeszedł cień zdenerwowania a zarazem pożądanej ekscytacji.
- Dobra, wrócę tu kiedyś po ciebie - powiedział i odwrócił się w stronę Lady całkowicie o mnie zapominając.

Ukryta w drugim pokoju słyszałam całą ich rozmowę, przez chwilę miałam ochotę krzyczeń i płakać. Zrozumienie jego słów zajęło mi chwilę, ale w końcu otrząsnęłam się i ze smutkiem przytaknęłam mu w myślach. Mimo że traktują mnie jak dziecko, szanuję ich decyzję.
 - Ona jest za młoda, nie da rady. A po za tym nie chcę widzieć jej śmierci, naprawdę mamy już dość ofiar. Ja mam dość, każdy ma. Proszę, przetrzymaj ją u siebie i zadbaj o nią, pokrzep ją i zarazem siebie. 
- Moje problemy, moja sprawa. Muszę sobie z nimi poradzić. A jeśli chodzi o Yasmine, to tak, zgadzam się z tobą. Jest niedoświadczona i szybko by zginęła... Przekażę jej dane agentom, przy dobrym wietrze dostanie się na szkolenia do obozu... Tam ją wszystkiego nauczą. A że ty jesteś chwilowo moim jedynym kontaktem, ruszaj i biegiem mi do Cerys. Młoda i sprawna suka, dobrze strzela z łuku. Przekaż jej to, nie otwierając koperty, okej? Jest tam parę informacji o Yasmine.


Horus już dawno wyszedł z kilkoma mieczami i sztyletami, czułam jak podłoga skrzypi od nacisku łap chodzącej suki. W końcu nadszedł moment, kiedy Lady chwyciła bezwładne ciało szczeniaka i ruszyła wolnym krokiem w stronę lasu. Obserwowałam ją, czasami zatrzymywała się i poprawiała spadającą jej z juk łopatę. Niewyobrażalne, nigdy nie widziałam silniejszej osoby. Ona naprawdę wierzyła że jej partner żyje. Każde jej poczynanie ma tylko jeden cel - przybliżyć ją do jej najprawdopodobniej nieżyjącego narze. Smutno opuściła łeb i poprosiła w myślach o tyle zaufania do życia co ma ona. Ale teraz kruczoczarna zeszła na drugi plan. Aragon widział wszystko stojąc na schodach, suka pamiętała jak się na nią błagalnie spojrzał. Teraz jego czas i musi zrobić wszystko, aby szczeniak się nie załamał.

1261 słów → 10ᘯ + 60ᘯ


Od Yasmin ,,Sama wokoło" - część II

Między suczkami przez chwilę trwała cisza, po czym rozległo się ogłuszające pukanie do masywnych drzwi. Równe siedem razy zapukał osobnik, który najprawdopodobniej był w konspiracji. Mimika Lady natychmiast się zmieniła i ona sama okryła się ciemno niebieskim płaszczem zabranym z komody. Czuła, jak mięśnie suczki się napinają a ona sama diametralnie zmienia swoje zachowanie. Yasmine widziała, jak zakłada juki i wciska sobie sztylet za pas oplatający jej szyję. Stała tak i gapiła się na jej każde poczynanie ze zdziwioną miną.
- Zaraz wracam, idź do kuchni i przypilnuj szczeniąt - warknęła kruczoczarna na biało czarną, tym samym odsłaniając białe kły. Ta lekko ugięła łapy i udała się do kuchni z markotną miną. Rozumiała, że to jej dom i sprawy, ale chciała okazać wyższość kilka chwil po tym, jak się poznały. W sumie jej się nie dziwię. Przytulnie ale zarazem pusto - tak było u tej wariatki. Yasmine ciągle nie potrafiła zrozumieć, czego lub kogo tu brakuje. Usłyszała trzask drzwi świadczący o wyjściu Lady z domu. Przemaszerowała przez korytarz i zaglądając do każdego pokoju, odnalazła wreszcie kuchnie. Odetchnęła z ulgą i zaraz dostała zawału, widząc jak czarno brązowy psiak bawi się z białym ptaszyskiem. Czy ten ptak zaatakował te szczeniaki?
- Kto tu to wpuścił?! - krzyknęła i chwyciła telekinezą miotłę opartą o dębowy stół - Zaraz was uratuję!
Dwa szczeniaki obróciły się jak na zawołanie z rozbawionymi minami, nawet ptak spojrzał się na nią z wyrzutem. Zawahała się przez chwilę i opuściła narzędzie niosące śmierć, czyli miotłę. 
- To jest Algae, ptak tej miłej pani - odpowiedział spokojnie na jej krzyki cały brązowy piesek.
Ona jedynie podniosła jedną brew i zdała sobie sprawę z paru całkiem istotnych rzeczy.
- Nie jesteście głodni? Dobrze się czujecie? - po czym dodała po chwili - Jak wy w ogóle macie na imię?
- Jestem ... nie wiem, ale ta mewa jest świetna! - zawołało czarno brązowe szczenię. Cieszyło się na widok ptaka, chyba jakiejś mewy. Nawet nie zwróciło uwagi na pytanie suczki.
- Ja nazywam się Karmen, słyszałem jak tatuś tak mnie nazywał - odparł dumnie brązowy, czyli Karmen. Nazywasz się Karmen.
Suczkę bardzo zainteresowały słowa małego, które wypowiedział trochę ciszej.
- Pamiętasz cokolwiek ze swojego starego domu? - zapytała z nadzieją w głosie. Jej kark drżał z podekscytowania całą tą sytuacją.
- Nie za bardzo, ale wiem, że w pewnym momencie tatusiek przestał przychodzić, mama wspominała coś o jakichś rebelianckich walkach - ostatni człon zdania wyszeptał tak, żeby drugi psiak tego nie usłyszał - Nie mów mu tego.
Suczka pokiwała głową ze zrozumieniem i przyłożyła opuszek łapy do pyska. Szczeniak się uśmiechnął i wrócił do zabawy z bratem. W tym samym czasie w umyśle Yasmine toczyła się walka. Co te biedne stworzenia zrobiły aby tak je potraktowano? Co złego uczyniły? Co sprawiło, że Jutrzenka z tak bezpiecznego miejsca zmieniła się w jakiś totalny obłęd i chaos? Tyle niewinnych istnień ucierpiało. Biało czarna pokiwała ze smutkiem łbem i ruszyła do kuchennego blatu, aby przygotować coś do jedzenia. Ciekawe, czy cokolwiek znajdzie.

Znalazła i to ile. Suczka miała ogromną spiżarnię, którą odkryły szczeniaki. A w sumie ta mewa, Algae, im pokazała. Niezły z niej ptak. Sprytnie ukryta w szafce kuchennej, trzeba było ją otworzyć i wyjąć obudowę tylnej ścianki. Wtedy czołgało się przez chwilę i od razu wchodziło się do suchej piwniczki pełnej rozmaitego jedzenia. Karmen i ten drugi od razu zabrali się za biszkopty, za to suka zainteresowała się suszonym mięsem. Dała szczeniętom wolną rękę, niech jedzą co chcą, byleby się najadły. Gdy wszyscy byli pełni, poczłapali do łazienki, gdzie w drewnianej misie pełnej ciepławej wody wyszorowała szczeniaki. Stwierdziła, że sama później weźmie kąpiel. Przynajmniej nie musiała rozpalać ogniska aby podgrzać ciecz, sama w sobie była nawet zdatna do umycia się. W sumie i tak ledwo znaleźli to pomieszczenie, ten dom ma naprawdę dziwny rozkład. W końcu zawędrowali na górne piętro i znaleźli mały pokój który najprawdopodobniej nie był przez nikogo zamieszkany. Własnie tam Yasmine ułożyła szczeniaki do spania i czule każdego polizała. Przymknęła rozkojarzona oczy i pozwoliła odpocząć ciału i głowie. Dopóki czuła dwa powolne oddechy obok siebie, była spokojna.

Przez chwilę prawie zasnęła z nimi, gdyby nie wybudził jej gwałtowny trzask, krzyknięcie złości i dziwna cisza. Biało czarna podniosła zaskoczona łeb i pomału, nie budząc Karmena i psiaka którego zaczęła nazywać w myślach Aragon'em, zeskoczyła z posłania i po cichu zeszła na dół. Jej oczom ukazał się widok, którego nie spodziewałaby się nigdy ujrzeć. Kruczoczarna siedziała przy stole i płakała, ściskając jakieś potargane papiery w łapach. Zakłopotana Yasmine podeszła i usiadła obok niej, ściągając tym samym z niej mokry od deszczu płaszcz. Nie znała tej suki, nie wiedziała kim jest i co zrobiła, ale zmusiła się do tego dobrego zachowania i posłała ku niej lekki uśmiech. Ta obróciła lekko łeb i przetarła łapą pysk.
- Co się stało? - na same słowa czarna wylała z siebie kolejne rzewne łzy nie zważając na obecność.
Yasmine się zlękła, widząc ją w takim paskudnym stanie. Słyszała wiele rzeczy o Rudziku, dopiero nie dawno dostała możliwość spotkania się z nim. Ale wszystko co słyszała, to były jedynie bohaterskie opowieści o jego postawie wobec wszystkiego. Nigdy nie ulegający, walczący jak prawdziwy bohater i tworzący zabójcze bronie aby ratować Jutrzenkę przed złymi Iskrami. Przed sobą miała rozpłakaną suczkę, która nie pasowała do opisu jaki przekazywano jej prawie wszędzie.
- Staram się pomóc, no weź... - ponownie powtórzyła łaciata i aż wzdrygnęła się na spojrzenie, jakie posłała jej Lady. Zimne i odpychające, a zarazem pełne bólu i cierpienia.
- Ty.. tyle czasu, ws..szystkie kontakty jakie miałam ... na nic - łkała, tym samym zaciskając łapy na stole i tym samym zostawiając głębokie rysy na jego drewnianej powierzchni. Powtarzała te słowa jak zacięta katarynka, w płaczu i mentalnej agonii. Yasmine domyślała się, o co może chodzić. Pewnie jakaś zła decyzja doprowadziła do śmierci kilku rebeliantów i teraz Rudzik się obwiniał... Biedna. Sama z takimi rzeczami na głowie bez żadnej pomocy.
- Rudz... znaczy Lady - zaczęła łaciata łapiąc spojrzenie czarnej - To nie twoja wina, dobrze wiesz że Iskry są ostre i ... .
Biało czarnej nie dane było dokończyć, przerwało to ostre warknięcie Lady.
- Nie masz najmniejszego pojęcia o co chodzi! Nic nie wiesz! - krzyczała tym samym prawie podrapała Yasmin - Wpakowałaś się i gadasz jakieś kompletne głupoty!
Zbita z pantałyku suka skuliła uszy i okazała całkowity brak chęci do walki. Z rozwścieczoną suką nie miała najmniejszych szans. A po za tym to było jej jedyne oparcie i nie chciała walczyć z jedyną przychylną jej osobą. Nie ważne, co stało się w jej życiu. Nagle źrenice czarnej się gwałtownie zmniejszyły a ona sama zatrzymała łapę przed ciosem. Szybko opuściła kończynę i obróciła się w drugą stronę. Wszystkie emocje jakie w niej były, wyparowały jak woda z jeziora. Nawet szybciej.
- Ja... przepraszam, Yasmine. Poniosło mnie - każde słowo wypowiedziała na swój sposób z pewną ostrożnością - To logiczne, że nic nie wiesz.
Przez dosłownie chwilę czarna zawahała się, ale po chwili dodała zdanie, które zaskoczyło drugą suczkę.
- Szukam pewnego psa od początku ataku Iskier. Nie doprowadzam do siebie jego śmierci, bo wiem, żebym po prostu o tym... wiedziała. Zniknął, nikt nie wie gdzie jest. Wszyscy go szukają, wszystkie moje kontakty. To po to stworzyłam to wszystko, tylko żeby go odnaleźć... - jęknęła i w kącikach jej oczu można było dostrzec łzy, które szybko starła.
- Kim on był? Bratem? Ojcem? - biało czarna zapytała bardziej z ciekawości niż chęci pomocy suczce. Czarna zgromiła ją wzrokiem i ponownie westchnęła wstając od stołu.
- Nazywa się Oscar i nie poddam się, dopóki go nie znajdę - powiedziała pewnym głosem i wyszła z salonu zatrzaskując drzwi i zostawiając Yasmine samą przy stole.


Ale mi się spodobało takie pisanie, lel. Normalnie alternatywna rzeczywistość będąca realiami. 

1222 słów → 10ᘯ + 60ᘯ

20.12.2018

Od Yasmin ,,Sama wokoło" - część I

Czy jakakolwiek lepsza broń musi być taka droga? Po kij tyle za nią chcą, skoro i tak nie zostanie kupiona przez trzy czwarte społeczeństwa. Ciemna suczka z cichym ukłuciem żalu odłożyła misternie rzeźbiony łuk i podziękowała sprzedawcy. Ten kiwnął łbem i zaraz podszedł do innego potencjalnego klienta, od razu zaatakował go swoją całą ofertą na stanie. Biedny owczarek aż skulił się pod naciskiem białego psa. Yasmine uśmiechnęła się lekko pod nosem na ten widok, był on dość śmieszny. Nadal nie kupiła sobie broni, ukłucie źle wykonanej misji ją bolało. Odkąd nastały Mroczne Czasy, każdy musi być w gotowości na wielką rebelię. A ona miała tylko ten bezużyteczny stary łuk treningowy. Ledwo się trzyma kupy. Głośno westchnęła i przepychając się ruszyła w stronę kolejnego stanowiska.

Suczka kolejny raz wydała z siebie proszący jęk.
- Niech mi pan da te namiary, proszę! - powiedziała z nutką tonu, jakiego rzadko używała. Musiała zrobić wszystko aby dostać się to tego zbrojmistrza.
- Kochana, wojna to nie miejsce dla suczek, a szczególnie rebelia - ostatni człon zdania powiedział cichszym tonem, ba, wręcz wypowiedział te słowa szeptem.
Myśl Yasmin, myśl.
- Panie! Mój mąż na wojaczce zginął, dla dzieci upolować coś muszę. Jaka rebelia? - powiedziała najbardziej wiarygodnym tonem jaki potrafił się z niej wydobyć. Pierwszy raz aż tak uniżała się aby cokolwiek uzyskać. I zarazem ostatni.
- Przyprowadź mi dzieciaka, to uwierzę. Na razie myślę, że po prostu łgasz! - powiedział i napięcie się obrócił.
Zrezygnowana odeszła ze zwieszoną głową. I jak ma się teraz dostać do Rudzika? Jedyny zbrojmistrz który stale współpracował i wykuwał bronie dla Rebelii. Gdzie on może się ukrywać? Zero adresu, imienia czy czegokolwiek. Jedynie ten cholerne przezwisko, Rudzik! Wściekła suczka kopnęła kupkę liści łapą i naburmuszona ruszyła w stronę karczmy.

Będąc już blisko, kątem oka dostrzegła dwa pieski wciśnięte między siebie pod ciemną kamienicą. Zainteresowała się i wpadając na genialny pomysł, podeszła do nich i z żalu ścisnęło jej się serce. Dwa szczeniaki, na oko niecały rok. Zaniedbane i wychudzone, leżące jedno na drugim. Wiedziała że wojna zbiera swoje żniwa, ale żeby aż tak...? Gdzie ich rodzice? Rozejrzała się wokoło, jednak żaden z obecnych tu psów nie wykazywał najdrobniejszego zainteresowania młodymi psami.
- Ej, wy dwoje. Co wy tu robicie? - powiedziała cichym tonem, starając aby zabrzmiało to w miarę przyjaźnie.
Jedno szczenię podniosło jasny łebek, drugie tylko powieki. Oba były chyba zbyt zmęczone, aby widać było po nich oznaki strachu.
- Jesteśmy tu, nasza mama zaraz wróci - powiedziało jedno, lekko oblizując wargi.
- A gdzie poszła? - zapytała z nadzieją, że uda się znaleźć kogoś, którego będzie mogła opieprzyć za stan szczeniąt.
- Nie wiemy, zostawiła nas tu kilka dni temu i powiedziała, że wróci i mamy czekać - tym razem odezwał się drugi piesek, jego głos był dosyć dziwny. Jakby wiedział, że coś jest nie tak, ale cała reszta wskazywała na inne rozwiązanie. Nie wyglądał za dobrze. Nie wiedziała co począć, jej początkowy pomysł tego nie zakładał, miała tylko ,,wypożyczyć" je na chwilę. Tym czasem w jej umyśle walczyły dwie opcje, dwa charaktery działania i dwie możliwość. W końcu znalazła złoty środek i jej pysk delikatnie się uśmiechnął. Przez chwilę zawahała się w półkroku, ale zaraz podeszła do szczeniaków i czule zaczęła je oblizywać. Ich matka albo ich nie chce albo już nie wróci, a one same co poczną? Chwyciła jednego i szybkim ruchem wsadziła go do torby na grzbiecie, drugiego trzymając w pysku ruszyła w stronę stoiska z bronią. Zdjęła z szyi szary szalik i owinęła tego mizerniej wyglądającego.
- Gdzie nas zabierasz?! - dało się usłyszeć głosy i piski niezadowolenia - Nasza mama! Ona nie wie, że nas zabierasz.
- Ja... jej powiedziałam. Ona o wszystkim wie i później przyjdzie po was - szybko skłamała i zaraz pożałowała tej decyzji. One będą musiały się kiedyś dowiedzieć, ale jest kropelka nadziei że uda się odnaleźć kogoś z rodziny. Ona sama nie miała żadnego schronienia, więc jedynym jej ich ratunkiem jest tajemniczy Rudzik, który podobno pomagał wszystkim wokoło. W szczególności, że jedno ze szczeniąt nie wyglądało dobrze, wręcz ledwo trzymało się na łapach. Nie patyczkując się, położyła szczeniaki na stole i wlepiła swe spojrzenie w brązowe oczy handlarza. Ten przełknął ślinę i lekko przechylił łeb, wskazujący tył namiotu. Yasmine kiwnęła głową i ponownie spakowała szczeniaki do torby.

Biegła ze wszystkich sił jakie w sobie znalazła. Nadchodził wieczór i bezlitosne patrole okupanta Jutrzenki. Czuła, jak w jej łapy wbijały się igły i kamienie ale nie zważała na to. Dostała ten adres, jak na razie wszystko idzie po jej myśli. Tylko dobiec na czas. Modliła się, aby Rudzik był w domu. Telekinezą poprawiła sprzączkę przy torbie i bardziej okryła szczeniaka w środku sakwy. W tym samym czasie skrzywiła się, kiedy kolejna kępka futra weszła jej w nos. Głośno kichnęła i prawie potknęła się o leżącą na ziemi gałąź.
- To łaskocze! - powiedział na wpół z rozbawieniem i wyrzutem kremowy piesek.
Yasmine odmruknęła by coś w odpowiedzi, ale w pysku chwilowo miała fałdę skóry z karku psiaka. Jej uradowanym oczom oczom ukazał się niebiecki dom. Piąte ulica w Litore, zapukaj siedem razy w równych odstępach czasu - w głowie mieszały jej się słowa białego akity. Weszła do zadbanego ogrodu i podeszła do masywnych drzwi. Wyciągnęła łapę i odetchnęła, ciągle mając w pysku szczeniaka. Zapukała kilka razy i w duchu błagała o pomoc. Dosłyszała kroki i skrzypnięcie zamka. Otworzyła jej wysoka czarna suczka. Jej brązowe oczy wpatrywały się w nią z zaskoczeniem i przerażeniem zarazem, szczególnie w momencie kiedy dostrzegła szczeniaki.
- Jestem Yasmine, proszę o pomoc... Ja do Rudzika... - wydukała z siebie zdyszana i poczuła jak ktoś popycha ją do środka.
- Wchodź - powiedziała szybko i od razu biało-czarna suczka znalazła się w środku. Starała się nie rozglądać za bardzo, ale przytulnie umeblowany domek nie sprawiał wrażenia miłego. Czuć było pustkę, jaka zapanowała po zniknięciu kogoś z tego domu. Czyżby tajemnicza suczka została wdową i Rudzik nie żyje...?
- Najpierw wytłumaczysz mi, dlaczego te szczeniaki wyglądają tak mizernie, dopiero później cała reszta - powiedziała miłym dla ucha głosem i chwyciła szczenię w zęby. Suczka lekko wzdrygnęła się na widok ruchów i zębów czarnej. Wcale nie wyglądała jak bezbronna ofiara i wdowa.
- J..ja znalazłam je gdy szłam do karczmy - czarno-białą powiedziała zgodnie z prawdą - Szukam Rudzika, wiesz gdzie on jest?
Suczka położyła szczenię na poduszce i zaraz wyniuchała drugie w sakwie łaciatej, z nim uczyniła to samo. Gdy niesforne wstały, lekko je szturchnęła i powiedziała coś na ucho. Oba pokiwały łebkami, ich ogonki nieznacznie zadrżały z ekscytacji. Po tym wybiegły a kruczoczarna suka spojrzała się na Yasmine podnosząc jedną brew.
- Szukasz Rudzika? A po co ci on? - wypowiedziała te słowa jakby od niechcenia.
- Potrzebuję broni a po za tym nie mam warunków aby zająć się szczeniakami... To dzisiaj je znalazłam. Najprawdopodobniej ich własna matka je porzuciła. Naprawdę potrzebuję się z nim skontaktować!
Czarna podniosła jedną brew i uśmiechnęła się.
- Ja jestem Rudzik. Mów mi Lady - odpowiedziała i zaśmiała się z głupkowatej miny owczarka - Tak, to ja, jeszcze nie zgłupiałam.
Czarno-biała usiadła i nadal nie wierzyła w usłyszane słowa. Inaczej wyobrażała sobie Rudzika, ale przynajmniej otrzyma pomoc. Odwzajemniła uśmiech.

Taki klimacik z rebeliami i "wojną" w Jutrzence. Nie wiem co mnie poniosło...

1151 słów → bonusowe 10ᘯ + 55ᘯ

6.04.2018

Powitajmy Yasmin!

Powitajmy nową suczkę w sforze!
Yasmin to trzyletni mieszaniec. Postanowiła objąć stanowisko łucznika.
Podczas wizyty u Wyroczni poznała swój żywioł - noc.
Teraz zostanie oprowadzona po terenach sfory przez Przewodnika.

Chcę poznać ją lepiej!