Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Conann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Conann. Pokaż wszystkie posty

8.03.2018

Conann odchodzi!

Pożegnajmy członka naszej sfory, Conann'a!
Z powodu decyzji właścicielki, Conann opuszcza naszą sforę.
Może powrócić jeżeli tylko zechce.

26.02.2018

Od Conann'a

Po rozstaniu z ciemną suczką miał cały dzień na dojście do Biblioteki, więc nie śpieszył się. Gdy oddalił się od nadmorskiego miasteczka, zwolnił z truchtu do spokojnego chodu i rozkoszował się dźwiękiem trzeszczącego śniegu pod jego łapami. Opuszki nadal piekły, same łapy również go szczypały, aczkolwiek nie przejmował się tym. Teraz musiał tylko modlić się, że dotrze przed kolejną zamiecią, śnieżycą, czy innym diabelstwem. Wypuścił parę z pyska, która szybko rozpłynęła się w powietrzu. Nadal czuł bryzę, która mierzwiła jego podpalaną sierść, więc przeszedł go dreszcz.
Nagle do jego nozdrzy wpadł świeży zapach i szybko zauważył w bialutkim śniegu ślady łapek zająca. Nic dzisiaj nie miał w pysku, więc natychmiast poczuł, jak ślina napływa mu do ust. Przypadł do pozycji łowieckiej, starając się jak najciszej go podejść. Utrudniał mu to śnieżny puch, który alarmował każdą istotę o nadchodzącym zagrożeniu, toteż starał się jak najrozważniej dobierać kroki. Mróz szczypał go w opuszki łap, końcówki uszu oraz nos. Płatki śniegu wirowały w przeszywająco zimnym powietrzu, osiadając na podpalanej sierści mieszańca.
Polowanie zapewne by się udało, gdyby nie sucha gałązka, sprytnie pokryta warstwą śniegu. Nastąpił na nią, powodując głuchy dźwięk trzaśnięcia i Conann zaklął szpetnie pod nosem, widząc śnieżny pył tuż przed sobą. Zając dał dyla pomiędzy nagie krzewy, a kundel nie miał zamiaru go gonić. Musiał podróżować cały dzień z pustym żołądkiem, ewentualnie przekąsi coś wieczorem, gdy będzie wracał do nadmorskiego miasteczka kupić pierwszy miecz. Poczuł nagły ucisk ekscytacji w sercu, czując podświadomie, że zbliża się jego pierwsze polowanie na potwory.
Powstał do pozycji stojącej, otrzepując krótką sierść z osiadłych na niej płatków śniegu. Każdy z nich był inny, unikatowy, a matka zawsze mu mówiła, iż żaden się nigdy nie powtarza, tak jak każdy pies jest inny. Potrząsnął łbem, próbując wymazać ze wspomnień uśmiechnięty pysk matki. Wydawało mu się przez chwilę, że czuje tuż obok siebie jej słodki ziołowo-korzenny aromat. Odwrócił pysk w kierunku północy, wciągając w płuca zimne powietrze i odkaszlnął. Oby się nie rozchorował, ponieważ nie chciałby teraz wydawać pieniędzy na nowe medykamenty, zwłaszcza, że budżet ma skromny. Poprawił medalion wilka, sakiewkę i wygładził swój ciemny płaszcz, zakładając kaptur. Następnie ruszył powoli, wzrokiem odszukując jakąś leśną ścieżynkę.
- - -
Ostrożnie przewracał karki starego, podniszczonego "Bestiariusza" i skupiał swoją całą uwagę na słowach zawartych w książce. Pismo było czasami niezwykle staranne, jakby pisane w spokoju, a czasem chaotyczne, jakby autor bardzo się spieszył albo relację o potworze zdawał na żywo. Zawód łowcy potworów wydawał mu się ciekawą przygodą, a sam fakt pisania własnego bestiariusza wzbudzała w nim podekscytowanie. Zatrzymał się na ghul'u, marszcząc nos i wyjmując malutki notatnik, gdzie zapisywał ważniejsze informacje.
"Stworzenie agresywne. Odżywia się padliną, dlatego towarzyszy mu odór gnijącego mięsa, zamieszkują głównie cmentarze. Mogą przypominać dowolną istotę, aczkolwiek zawsze posiadają długie pazury i kły do rozkopywania grobów. Można walczyć za pomocą miecza, ognia, czasem wystarczą tylko tradycyjne metody."
Zamyślił się, marszcząc brwi. Czy to wystarczy mu do zidentyfikowania trupojada? Raczej tak, zwłaszcza, że węch mu jeszcze dopisuje. Szybko nabazgrał jeszcze rysunek padlinożercy, starając się nie zapominać o koloniach pleśni, które porastają jego nagą skórę. Oczywiście, nie mógł zapomnieć również o oczodołach, w których zazwyczaj znajdują się same białka. Skrzywił się, patrząc na obrazek. Nie był szczególnie urodziwy, aczkolwiek tej uwagi nie musiał notować.
Rozluźnił mięśnie, wzdychając cicho. Potem wrócił do uzupełniania własnego bestiariusza, w spokojnej, ogromnej Bibliotece. Towarzyszył mu zapach starych kartek, kurz i powoli zachodzące słońce.

- - -

Szedł do nadmorskiej mieściny późnym wieczorem, gdy mróz ziębił najbardziej. Naciągał mocniej kaptur, dusząc warknięcie. Wpadł po barki w zaspę, więc teraz dostał drgawek. Najchętniej wróciłby teraz do Biblioteki, kładąc się spać wśród obskurnych tomów księg. Wyszedł ze śnieżnej pułapki, otrzepując się ze śniegu, który prawdopodobnie wszedł mu wszędzie. Jego ciemny płaszcz stał się teraz mokry i przyprószony białym proszkiem, przypominającym nieco mąkę. Ale był to śnieg. Cholerny śnieg. A zaczął padać jeszcze mocniej. Conann przyśpieszył, nie oglądając się za siebie.
Wtedy zdarzył się swego rodzaju cud. Usłyszał końskie rżenie, więc natychmiast obrócił uszy w kierunku źródła dźwięku. Okazało się, że leśną dróżką jedzie najprawdziwsza bryczka! Na dodatek zjechała na pobocze, dokładnie tam, gdzie szedł mieszaniec. Pies kierujący kasztanową klaczą zatrzymał ją z głośnym "prr" i pozdrowił go machnięciem ogona.
— Ano witam, panie młodzieńcze! — szczeknął przyjaźnie, ukazując bukiet żółtych i startych kłów.
Był raczej niewielki, jakby nieco przygarbiony, natomiast jego brązowe oczy świeciły rodzinnym blaskiem. Wyglądał niczym sznaucer, a jego futro był krótkie, szorstkie w kolorze popiołu i podpalane czarne w okolicach pyszczka, łap i ogona. Na początku myślał, że starzec pykał sobie fajeczkę, aczkolwiek to była zwyczajna para wydobywająca się z jego pyszczka.
— Dobry — wymamrotał zmieszany pies, przystając i lustrując bacznym spojrzeniem stare psisko. — Pan się nie boi w taką mroźną noc jechać przez las? Bandyci grasują, dzika zwierzyna, potwory...
Spodziewał się cienia strachu na pysku nieznajomego, ale on uśmiechnął się jeszcze szerzej. Odsunął się nieco, nadal trzymając lejce i jakby zrobił miejsce Conannowi. Natomiast nasz bohater tylko uniósł wyżej lewą brew, ponieważ nieczęsto widział takie zachowanie. Nie ruszył się ani o milimetr.
— Ano nie boję, ano nie boję — gorliwie zapewnił sznaucer, a uśmiech ani trochę mu się nie zmniejszył. — Ale ty młodziku, chodź no tu. Podwiozę cię co najwyżej do Litore, ale będzie nam raźniej...
Litore?! Przecież on tam szedł! Jednym susem znalazł się przy psie, zapominając o jakichkolwiek słowach podziękowania. Gdyby umiał się rumienić, zapewne byłby cały czerwony, ale teraz tylko głupio się uśmiechnął i odparł, nieco nieśmiało:
— Ależ ja właśnie do Litore! — potwierdził, wpatrując się w drzewo. Miał wrażenie, jakby się poruszyło. — Dziękuje. Jestem Conann.
Nie wiedział, czemu się przedstawił. Chciał tylko znaleźć się już w jakiejś karczmie, na twardej pryczy i zjeść dobrą, ciepłą zupę z bochenkiem chleba. Jego rozmyślania przerwało cmoknięcie starszego, który pogonił kasztankę do kłusu. Spod jej podkutych kopyt pryskał śnieg, a sama klacz co chwila zarzucała łbem, jakby chciała się uwolnić od bryczki. Swoją drogą, sama bryczka nie była duża. Z tyłu, niedbale zarzucone, były dwie beczki, na oko wielkości dorosłego, średniego psa.
— Ano, ja jestem Pompidou — wymruczał sznaucer, oglądając się na beczki, które wiózł. — Masz, ano, szczęście, żeś na mnie trafił. Zmarzłeś, he?
Kundel nie odpowiedział. Był zbyt zajęty marzeniami o bochenku chleba.
Dotarli do nadmorskiego miasteczka kilka godzin później. Podpalany mieszaniec wyskoczył raźno z bryczki, oddychając pełną piersią. Nie czuł pyska, uszu ani opuszek łap, ale kto by przejmował się odmrożeniem! Już czuł gorąc zupy, który będzie go rozpalała, więc po raz ostatni obejrzał się na starca, który wolno schodził z wozu. Kasztanka, która, jak później się dowiedział, nazywała się Rudka, grzebała kopytem w brukowanej uliczce i czujnie poruszała swymi podłużnymi uszami. Zarżała, gdy Pompidou podszedł do niej, kuśtykając na prawą, przednią łapę i poklepał ją powolnie, wręcz w ślimaczym tempie. Klacz uspokoiła się, schylając łeb i obserwując coś po drugiej stronie uliczki.
Conann podszedł do niego i uśmiechnął się niepewnie. Oblizał nerwowo kształtny pysk i skulił uszy po łebku.
— Dziękuje za podwózkę, odmroziłbym sobie tyłek, gdyby nie ty — powiedział, wpatrując się w uspokojoną już kasztankę. Była ładnym koniem.
Sznaucer odwrócił się do niego, uśmiechając się kącikiem warg.
— Ano, o wiele bardziej wolę cię uśmiechniętego — odpowiedział, ignorując podziękowania. — Niech ci się w życiu wiedzie, młody.
Mieszaniec uznał to za oczywiste pożegnanie, toteż nieśmiało zamachał do niego ogonem. Pompidou odpowiedział tym samym gestem, ponownie ukazując swe styrane kiełki. Westchnął i odszedł uliczką, wiedząc dokładnie, co gdzie jest. A to wszystko dzięki Lady! Będzie musiał jej podziękować, gdy ją spotka.
Trucht przemienił się w chód spacerowy, gdy zauważył szyld karczmy "Bazyliszek". Szyld ukazywał paskudnego gada w całej swej okazałości, natomiast wyżłobiony w drewnie nie wyglądał aż tak groźnie, jak ukazywał to bestiariusz. Nastroszył sierść, mijając bramkę, która wpuszczała psy na podwórko lokalu. Stały tutaj dwa konie, które nie zwróciły na niego najmniejszej uwagi i sanie. Kilka sań. Śnieg zatrzeszczał mu pod łapami, kiedy stawał już powoli na próg "Bazyliszka".
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, a z nich wypadła postać. Nie mógł ocenić, czy była to suka czy też samiec, ponieważ jej oblicze skrywał kaptur. A sama postać przyodziana była w długi płaszcz, ciągnący się aż po ziemi. Potrąciła go, na co kundel ukazał kły.
— Uważaj, gdzie idziesz! — syknął, automatycznie wrogo strosząc sierść od karku aż po czubek ogona.
Zatrzymała się, jednym szybkim ruchem zdjęła ciemny niczym noc kaptur i odwróciła się tylko profilem. Ale to psu wystarczyło. Mógł podziwiać tylko niespotykaną aurę bijącą od przywódczyni Eos, a samemu mieszańcowi wydawało się, że jego medalion drgnął. Przełknął ślinę, czując narastającą gulę w gardle, chociaż jak zwykle miał kamienny wyraz pyska. Może winien był się kajać?
Cętkowana suczka wyraźnie czekała na jego jakikolwiek gest czy słowo. Samemu Conannowi zrobiła się nieco głupio, toteż wyprostował się jak struna, pozwalając sierści opaść. Gdy czuł, że jego głos nie będzie drgał, odezwał się głosem chłodnym i przeszywającym powietrze niczym sztylet:
— Oh, Morrigan, wybacz. Nie spodziewałem się, że to ty.
Nie powiedział tego z czcią i szacunkiem, aczkolwiek złapał się na tym, że w głębi serca żałuje tych ostro wypowiedzianych słów. Miał na swoje usprawiedliwienie to, że nie wiedział. Pytanie tylko, czy cętkowana okaże się litościwa?
<< Morrigan? >>
| 1518 słów → 75೧ + 15೧ |
Znajomość magicznych stworzeń [1/2]

23.02.2018

Od Connan'a C.D Lady

Sytuacja skomplikowała się wraz z odejściem mieszańca od ciemnowłosej suczki. Wpierw szedł brukowaną uliczką, słuchał głuchego odgłosu, jakie wydawały krople deszczu spadające z zachmurzonego nieba. Wkrótce deszcz i śnieg zmieszały się i nasiliły, więc Conann przyśpieszył, starając się nie oglądać za siebie.
Uniósł łeb, rozglądając się bacznie i próbując przypomnieć, gdzie widział najbliższą karczmę. Musiał przejść przez główny rynek, aczkolwiek kramy zostały już pozwijane, chociaż widział, że niektóre z nich nadal stały. Przypominały bardziej niewielkie sklepiki, sklecone z dechy i kawałku żywicy, więc prychnął, wiedząc, że najbardziej spokojny wiaterek może je przewrócić, a co dopiero wichura. Kiedy mijał sklep z bronią, zawahał się, czy aby raz jeszcze nie powzdychać do cudownie wykonanych mieczy. Niedługo zakupi własny, a w sercu poczuł narastającą ekscytację. Oczy mu się zaświeciły, ale gdy poczuł przeszywające zimno, uświadomił sobie, żeby biec truchtem.
Gdy skręcił w ślepą uliczkę, zaklął cicho. Tutaj nic nie padało, ale nie wyobrażał sobie spędzić tutaj nocy. To nie Ziemia, w Eos jest wszystko inaczej, a on ma wystarczającą ilość pieniędzy na jedną noc w karczmie, więc po co grać bezdomnego? Zawrócił na pięcie i wtedy zderzył się z jakimś psem. Warknął, próbując go wyminąć, ale wtedy drogę zastąpił mu, zapewne, jego kompan. Uniósł wysoko głowę w geście pogardy, ukazując bukiet śnieżnobiałych zębów i cedząc każde słowo, rzekł:
— Spadajcie stąd w podskokach albo pożałujecie — ton głosu był spokojny, zupełnie nie pasujący do zacinającego śniegu, wyjącego wichru i wizji bójki.
Większy pies, równający się wzrostem z naszym kundelkiem, również się wyszczerzył, zdecydowanie było widać, że on grał tego głupszego. Natomiast nieco mniejszy psiak, przypominający trochę zminiaturyzowanego i zmiksowanego owczarka niemieckiego, doskoczył do niego i również hardo zadarł łebek, patrząc mu prosto w oczy:
— Taak? — spytał, specjalnie przeciągając samogłoskę "a'' i spróbował ugryźć go w łapę.
Conann odskoczył, zaskoczony reakcją mniejszego psa. Jednakże nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bo jego towarzysz też zaatakował. Ponownie zrobił unik, żałując, że jednak nie kupił żadnego sztyletu. Ale nie dał się ponieść adrenalinie, spróbował myśleć logicznie. Nie ma szans się z nimi jakkolwiek porozumieć, ucieczka nie wchodzi w grę, więc zostaje tylko walka. Oni również nie mieli broni, więc pozostała im tylko tradycyjna metoda. Odetchnął z ulgą, dziękując za nauki Krzesemirowi.
Wyjdzie z tego, da radę, widać było, że kundle były młodziakami i szukały zaczepki. Więc zaczął, zajmując się na razie eliminacją większego. Był piekielnie silny, ale tak gapowaty i flegmatyczny, że wystarczało wprowadzać szybkie ugryzienia i się wycofywać, a on próbował zadać swój pierwszy cios. Zminiaturyzowany owczarek niemiecki gryzł go po łapach, więc w końcu go kopnął, a ten moment wykorzystał jego przyjaciel. Złapał go za kark, szarpiąc i próbując posmakować jego krwi, więc Conann wymierzył mu kopniaka prosto w tchawicę. Udało się, więc korzystając z chwilowej dezorientacji psów, zaczął biec przed siebie. Łapy same go powiodły do mieszkania Lady.


- - -
Przespał spokojnie całą noc, ignorując pieczący ból w łapach, spowodowany niedawną bójką. Obudził się już jakiś czas temu i leżał, wpatrując się w tańczące płomyki ognia w kominku. Uspokajały go, więc zmrużył swe ciemne oczy i rozkoszował się ciepłem. Otworzył ślepia dopiero, kiedy usłyszał skrzypnięcie na schodach i zauważył wpatrujące się w niego brązowe oczy. Lady zamrugała nimi i nieśmiało zwiesiła głowę, kiedy ją zobaczył. Jej czarne futro, mimo tak wczesnej godziny, już lśniło i było czyste.
Popatrzył się na swoją i jego oblicze wykrzywił brzydki grymas. Nic dziwnego, skoro było posklejane, nieco poskręcane na końcówkach, a łapy miał pobrudzone zaschniętą krwią. Gdy usłyszał delikatny, nieco drżący głosik suczki, znów się na nią popatrzył:
— Przepraszam, myślałam, że śpisz... — jak zwykle, zbyt szybko wszystko wyjaśniła i spróbowała się cofnąć z powrotem na górę.
Conann wstał z cichym jęknięciem i poruszył niemrawo łapami, po czym gestem powstrzymał sukę przed odejściem na górę. Oblizał pysk i podrapał się za uchem, oznajmiając cicho:
— Dziękuje, że pozwoliłaś mi zostać. To wiele dla mnie znaczy — wymamrotał, unikając jej wzroku i wpatrując się w okno, jakby było tam coś ciekawego — Muszę iść do Biblioteki. Chciałabyś się jeszcze spotkać?
Nadal wpatrywał się w okno, patrząc, jak małe płatki śniegu na nim osiadają, a szron pokrywa okiennice. Westchnął.
<< Lady? >>
| 685 → 30റ |

22.02.2018

Od Conann'a C.D Lady

Obserwował czarną sukę, która przyglądała się zającowi o sporych rozmiarach. Zając postawił uszyska na sztorc, słysząc poruszenie w niewielkiej odległości od niego i prysnął w krzewy, które poruszyły się, szeleszcząc listkami. Natomiast suczka odskoczyła od psa jak oparzona, a w jej ciemnych oczach malowało się przerażenie, które szybko ustąpiło miejsca ciekawości.
Suka była prawdopodobnie czymś w rodzaju owczarka niemieckiego, tyle tylko, że jej futro było czarne jak skrzydło kruka. Przypomniał sobie zapach bzu i agrestu, jakby Wrona siedziała tuż obok niego. Czuł, jak wtula się w jego klatkę piersiową, widział przed sobą jej świdrujące oczy, chciał napawać się wiecznie jej aromatem, pięknem, pragnął jej w całej okazałości. Nadal pamiętał jej subtelny dotyk, chłodne spojrzenie. Aczkolwiek ta suka w ogóle nie przypominała Wrony, była bardziej masywna i potężniej zbudowana. Zupełnie inaczej pachniała, a jej ślepia były ciemne, jak oczy Connan'a. Nie jasne i przenikliwie jak oczy Wrony. Bo ona nie była Wroną.
— Cześć, nie zauważyłam cię! — pisnęła mu nad uchem, a na jej pysk wpełzł uśmiech. — Szczerze mówiąc, nieco mnie przestraszyłeś. Jestem Lady, miło mi.
Lady. Kojarzyło mu się z kimś wrażliwym, aczkolwiek ta wrażliwość miała negatywny wydźwięk. Jakby bała się wszystkiego, co jej otaczało. Rozluźnił nieco mięśnie, odwracając łeb w kierunku ścieżki wydeptanej wśród drzew, którą tutaj przyszedł.
— Conann — odparł, wstając i odchodząc, ponieważ chciał jeszcze zahaczyć o Litore.
Aaron oprowadził go po wszystkich możliwych miejscach, więc miał pewne rozeznanie w temacie. Wiedział, czego na początek unikać oraz owczarek zaproponował mu wybieranie się do miasteczek. Zawsze mógłby coś kupić, chociaż jego budżet nie był spory. Nie oszukujmy się — w ogóle go nie było. Chciał po prostu przejść się po targu, pooglądać miecze i na noc zahaczyć o jakąś karczmę, w ewentualności spać po zapyziałych uliczkach albo pod gołym niebem.
— Czekaj! — dogoniła go, zastąpiła mu drogę i przechyliła łebek na prawą stronę. — Gdzie idziesz? Mogę ci pokazać morze, jeśli chcesz.
Nie miał ochoty chodzić dzisiaj nad wodę, zwłaszcza, że miał jeszcze kilka spraw na łbie. Po prostu szedł sprężystym krokiem dalej, jakby udając, że jej tutaj nie ma. Potrzebował dzisiaj ciszy i spokoju, nie chciał dzisiaj słuchać czyjejś paplaniny. Nadal był roztrzęsiony tymi wszystkimi nowymi zapachami, osobami, miejscami czy kodeksami.
— Hej, Conann! Nadal tu jestem! — upomniała się, w mgnieniu oka znajdując się przed nim i zaraz będąc u jego boku. — To jak? Przyjmujesz propozycję?
Niechętnie przystanął, wpatrując się w nią swymi ciemnymi oczami, lekko je mrużąc. To był jego odruch, gdy ktoś działał mu na nerwy lub czegoś nie rozumiał. Przeciągnął się, nie spuszczając z niej wzroku i w końcu odpowiadając:
— Nie jestem tutaj, aby chodzić na plażę.
Lady również zahamowała, a jej oczy stały się jak dwa księżyce, błysnęła w nich ciekawość. Przysunęła się do niego zdecydowanie za blisko, więc odsunął się o dwa kroki.
— Och, tak? — udała zmartwioną, po czym natychmiastowo się rozjaśniła. — Więc mogę oprowadzić cię po Litore! Tak się składa, że właśnie tam mieszkam.
Przeklął w duchu swoje szczęście, aczkolwiek propozycja wydawała mu się kusząca. Mógłby poznać zakątki tego nadmorskiego miasteczka, przy okazji się rozejrzeć, a potem sobie po prostu pójść. Chyba, że Lady zaprosiłaby go do swojego mieszkania. Byłoby przyjemnie i w końcu nieco cieplej, niżeli zazwyczaj.
— Niech będzie — zgodził sceptycznie, chociaż w duszy cieszył się, że będzie miał jakiegoś przewodnika. — Prowadź, byle szybko. Tyłek mi tutaj odmarza.
W istocie, był to dzień mroźny, a śnieżny puch spowił las niczym pierzyna. Jednak przynajmniej nie ryzykowali odmrożenia łap, ponieważ szli dróżką wydeptaną i wyłożoną kamieniami. Pokrył je szron, nie były śliskie, więc nikt z nich się nie pośliznął. Szli obok siebie, spokojnie i powoli, natomiast Lady obsypywała potokiem pytań mieszańca. Ten odpowiadał raczej lakonicznie, ciągle patrząc się przed siebie. Bo nigdy nie patrzy się wstecz.


- - -
Przepychali się pomiędzy kupującymi, nie raz sami będąc tymi popychanymi i starali się nie zdeptać szczeniąt pałętających się im pod nogami. W powietrzu wyczuwalne były przeróżne zapach, w szczególności aromaty ziół, jedzenia i ryb. Zmarszczył nos, popychając jakiegoś postawnego psa w typie dobermana i utorował Lady drogę. Czarna suka uśmiechnęła się do niego, podążając w kierunku sklepu. Wisiał na nim szyld z dwoma mieczami, więc już wiedział, gdzie zakupić pierwszy miecz.
 — Mówiłeś coś o mieczach? — zagadnęła go Lady. — Więc tutaj mógłbyś sobie coś wybrać, oczywiście, o ile masz odpowiedni budżet.
Wolał nie wspominać o swoim mieszku, więc zerkał tylko na wystawę.
— Też posługujesz się bronią białą? — spytał, jakby bardzo go to obchodziło.
Lady była zdziwiona jego pytaniem, bo przez całą wędrówkę tylko ona gadała. Ewentualnie czasem się odezwał, aczkolwiek były to lakoniczne wypowiedzi. Nagle, jakby obudzona z transu, zamrugała kilkakrotnie i nieco niepewnie odpowiedziała:
— Nie... znaczy, interesuje się łukami, ale z nich nie strzelam — wyjaśniła pośpiesznie, schylając nieśmiało łebek.
Kiwnął ze zrozumieniem głową, wzdychając ciężko. Cieszył oczy tymi świetnymi mieczami, chociaż sam jeszcze niezbyt dobrze nim wywijał. Nie mógł się doczekać, aż zostanie łowcą potworów, ponieważ ta profesja wydawała mu się ciekawym spędzeniem czasu. Przygodą. Natomiast nadal nie wiedział, jaką pracę wykonuje Lady. Chociaż może mu mówiła. Szkoda, że nie słuchał. Mimo wszystko, wydawała się ciekawa, chociaż zbyt energiczna i roztrzepana. Poprosił, żeby teraz poszli gdzieś indziej, a czarna suczka wyskoczyła jak torpeda i natychmiast się rozgadała. Tym razem słuchał uważnie i nawet nieźle się bawił.
Po kilku godzinach wspólnego spędzania czasu, przyszedł czas na pożegnanie. Conann musiał poszukać karczmy, gdzie spędzi tą chłodną noc. Stali na brukowanej uliczce, naprzeciwko siebie i wpatrywali się, jakby pierwszy raz w życiu się zobaczyli. Światło latarni padało z tyłu i oświetlało Lady.
— Ja... muszę już iść — wymamrotał. — Prześpię się dzisiaj w pobliskiej karczmie, jutro przejdę się do biblioteki. Bywaj, Lady.
Odwrócił się, chociaż przystanął na moment. Z bijącym sercem czekał na jej odpowiedź, chociażby pożegnanie. Głupio byłoby mu ot tak odejść, mimo, że suczka działała mu na nerwy.
<< Lady? >>
| 975 słów → 45೧ |

Od Conann'a

Tego dnia padał deszcz.
Krople spadały z zachmurzonego nieba, powodując głuchy dźwięk, gdy uderzały o blaszany daszek, wewnątrz ciemnej uliczki. Kundel leżał na boku, starając się zapomnieć o tym, w jak tragicznym jest położeniu. Ostatnio miał coś w pysku dzień temu, nie miał czasu przejść się do pobliskiego lasku i napić się ze strumienia, więc czuł suchość w gardle. Kątem oka spoglądał na zagłębienia w brukowanej uliczce, gdzie zbierała się woda i powstała kałuża. Nie miał ochoty pić brudnej wody, chociaż była bardzo spragniony, więc tylko ze zrezygnowaniem odwrócił się na bok i wpatrywał się w murowaną ścianę przed sobą. Wsłuchał się w regularny rytm spadania kropel na blachę, zamykając swe ciemne ślepia i próbując sobie wszystko uporządkować.
Jeśli chce się tutaj przeżyć, trzeba logicznie myśleć, niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Kiedy trochę odpocznie i zregeneruje siły, najpierw pogrzebie w śmieciach, a potem wybierze się do lasku. Następnie wróci tutaj i cykl się powtórzy. Kiedy wyleczy ranę, będzie mógł wyruszyć dalej i znaleźć inne miejsce. Koce zaczęły być już wilgotne, co niekoniecznie spodobało się mieszańcowi. Wydął wargi w geście pogardy i spojrzał na krwawiące udo. Szkarłatna ciecz powoli brudziła jego podpalaną sierść. Odkaził ją ostatnimi medykamentami jakie mu pozostały, aczkolwiek nigdzie nie mógł znaleźć bandażu. Źle. Bardzo źle. Syknął, gdy nią poruszył, ponieważ promieniujący ból rozszedł się po jego całym ciele. Zmrużył tylko oczy, próbując o tym wszystkim zapomnieć i rzucić to wszystko w cholerę. Odetchnął głęboko, kontrolując oddech i poruszając uszami, z czego jedno usłyszało długi dźwięk, coś jakby... głuche walnięcie.
Zaciekawiony zwrócił głowę w stronę dźwięku i natychmiast uznał, że ma zwidy. Był już tak diabelnie zmęczony i wręcz padnięty, że wyobraził sobie białego psa o zmierzwionej i mokrej sierści. Mimo brudu panującego na ulicach, jego futro było nadal czyste i białe jak śnieg. Wyglądał trochę jak owczarek szwajcarski, które nie raz i nie dwa widział podczas swojej podróży. Mimo swojej blizny, nie wyglądał jak uliczny kundel. Było w nim coś majestatycznego, że aż cofnął się pod ścianę, jednak nie podkulił ogona. Uniósł kształtny pysk i wpatrywał się w przybysza, gotów do otwartej walki, bo na ucieczkę nie miał najmniejszych szans.
— Witaj, Conann — głos owczarka był aksamitny, uspokajający, więc mieszaniec tylko uniósł brew w górę.
Nie wiedział, co o tym myśleć. Nieznany mu pies znał jego imię, w dodatku zachowywał się w stosunku do niego tak, jakby kiedyś się widzieli. Niczym starzy przyjaciele, którzy widzą się po latach. Tylko, że on się nie cieszył ze spotkania, a biały samiec miał poważny wyraz pyska i od swojego przybycia nie ruszył się ani o milimetr.
— Nie musisz się mnie obawiać. Jestem twoim Przewodnikiem, zwą mnie Aaron — wyjaśnił, chociaż Conann praktycznie nic z tego nie rozumiał.
Zanim zdążył do niego podejść, spróbować nawiązać jakikolwiek kontakt, poczuł się bardzo dziwnie i aż mu się zakręciło we łbie. Opanował go mrok, który zaraz zastąpiła oślepiająca jasność i przed oczami mieniły mu się różne kolory. Miał mdłości, czuł, jak tamto jedzenie podchodzi mu do gardła. Poczuł, że lata, a zarazem biegnie i jego wszystkie mięśnie przestały pracować, jakby się unieruchamiając.
Dokładnie wtedy usłyszał świergot jakiegoś ptaka. Przecież w tamtym zapyziałym mieście nawet o szczura było trudno, więc skąd tam śpiew niebieskopiórej sójki? Gdy otworzył ciemne oczy, zauważył, że przed nim pyszni się cudowna i wysoka budowla, przypominająca pałac. Jednak nigdzie nie chodzili żadni ludzie, co nieco zaniepokoiło mieszańca. Poczuł obok siebie czyjąś obecność i wiedział, że to Aaron. Biały owczarek spojrzał na niego, a kąciki jego pyska poruszyły się w górę. Następnie zaśmiał się, ciągle przyglądając się jego przerażonej minie.
— Nie lubisz podróży do innych wymiarów, co? — powoli się uspokajał, zwracając głowę w kierunku dużego pałacu — Jesteś już w Eos, precyzując, przy Pałacu, gdzie mieszkam ja i Morrigan. Jesteśmy przywódcami Sfory Jutrzenki.
Conann cofnął się o kilka kroków. Przestał być przerażony, niepokój również ustał, teraz był wręcz zdenerwowany. Przenieśli go tutaj bez jego wyraźnej zgody, a po za tym... medalion! Gdzie jest medalion? Pomyślał, nerwowo wpatrując się w swoją szyję. Nic na niej nie wisiało. Został na Ziemi, a jedyna pamiątka po Krzesemirze przepadła. Warknął.
— O, byłbym zapomniał... — Aaron wyjął coś z sakiewki i podał psu — Znalazłem to przy twoim, hmm... miejscu zamieszkania.
Prawie wyrwał mu to z pyska, szybko zakładając talizman na szyję. Potrząsnął łbem, a głowa wilka zadygotała. Wydawało mu się, że ślepia błysnęły albo to był zwyczajny refleks światła.
— Dlaczego tutaj jestem? — zachrypiał, marszcząc brwi.
— Wybraliśmy cię, abyś nam pomógł. Jest coraz więcej potworów, a coraz mniej psów, rozumiesz? Jesteśmy w niebezpieczeństwie — odpowiedział mu, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń przed sobą — Wy, psy z Ziemi, jesteście naszą nadzieją.
Mieszaniec zmrużył ciemne oczy, niepewnie podchodząc do owczarka szwajcarskiego. Wydawał się niezwykle zmartwiony, ale Conann miał własne problemy. Nie wie co to za miejsce, chociaż przypomniał sobie, że kiedyś słyszał tę nazwę. Eos. Prychnął, drapiąc się za uchem.
— Nie wiem co o tym myśleć — mruknął, wstając i bacznie lustrując wzrokiem Aarona — Nie wiem co to za miejsce, nie wiem kim jesteś. Najchętniej wróciłbym teraz na Ziemię.
Biały przywódca wzdrygnął się, jakby właśnie się czegoś przestraszył. Wymamrotał coś niejasno pod nosem, postawił uszy na sztorc i rzekł, nieco przygaszony:
— Nigdy się nie myliłem w wybieraniu psów. Nie sądzę też, żebyś był moim błędem. Aczkolwiek nie mam zamiaru trzymać cię tutaj pod kloszem, jeśli chcesz, możemy już wracać.
Ciemny pies oblizał pysk, zastanawiając się właśnie nad słowami lidera. Jakaś dziwna siła przyciągała go do tego miejsca, gdzieś w odmętach pamięci miał wrażenie, że kiedyś tutaj był. Jednak wszystko było dla niego takie nowe, niezrozumiałe...
— Niech będzie — zgodził się sceptycznie, przeciągając się i rozkoszując padającymi na jego zmierzwioną sierść promykami słońca.
Nagle zdał sobie sprawę, że rana go nie piecze. Odwrócił łeb, wpatrując się w tylną łapę, ale zobaczył miast rany, świeżą bliznę. Był zadowolony, ponieważ nie będzie tracił na nią swoich ostatnich ziół i medykamentów, a było mu to bardzo na rękę.
— Teraz czas na formalności — odparł Aaron, ruchem ogona zachęcając go, by podążył za nim.

- - -
  
Leżał na twardym i niewygodnym łóżku, w jakiejś zapyziałej karczmie. Światło księżyca sączyło się przez brudne okno, oblewając jasnością postać mieszańca i kawałeczek pokoiku. Nie mógł zasnąć, bo zbyt dużo rzeczy wydarzyło się na raz.
Dołączył do jakiejś sfory, dostał profesję, otrzymał swój własny żywioł... Wszystko było takie ciekawe, a jednocześnie niepokojące. Na ulicy żyło mu się trudno, często nie miał coś włożyć do pyska, a suchość w gardle była jego kompanem. Często wdawał się w bójki, a potem w samotności wylizywał się czasem długie miesiące. A tutaj będzie jeszcze trudniej. Aaron obiecał mu, że nauczy go władać bronią białą i to się psu spodobało. Spróbował zamknąć powieki, jednak nie zasnął.
Mimo pieczącego bólu w łapach oraz zmęczenia nadal nie umiał po prostu oddać się w objęcia Morfeusza i w śnie czekać na świt.
Dotarł w umówione miejsce, gdzie musiał trenować wraz z Aaronem. Był nad morzem, wsłuchiwał się w szum fal i zawodzenie mew, które fruwały mu nad głową. Zmrużył powieki, siadając na ciepłym piasku. Fale próbowały go polizać, jednak nie dosięgały aż tak daleko. Westchnął, starając się skupić myśli. Nie wyszło mu.
Usłyszał czyjeś kroki, które zapewne należały do owczarka szwajcarskiego. Niósł ze sobą przepasany miecz, a w pysku trzymał drewniany, które zapewne będzie, podczas treningu, należał do niego. Conann przywitał się z nim cichym burknięciem.
— Zaczynamy? — spytał, dość nieumiejętnie łapiąc miecz i próbując złapać w nim oparcie.
<< Aaron? >>
| 1242 słów → 60೧ + 10೧ |

21.02.2018

Powitajmy Conann'a!

Powitajmy nowego psa w naszej sforze!

Conann to pięcioletni mieszaniec. Postanowił objąć stanowisko łowcy.
Podczas wizyty u Wyroczni poznał swój żywioł - ogień.
Teraz zostanie oprowadzony po terenach sfory przez Przewodnika.