Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Commodus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Commodus. Pokaż wszystkie posty

19.01.2019

Od Commodusa cd. Yasmin

Byłem totalnie zdezorientowany. Pamiętałem z tego wszystkiego tylko główny zarys sytuacji. Wiem, że biegłem jeszcze przed chwilą z Yasmin, uciekaliśmy. Przed kim? Tego pewnie nie wiedziała nawet ona. Jeszcze słyszałem w głowie jej ponaglający głos, piski, gdy została schwytana. To był ten moment, kiedy zatrzymałem się. Nie uciekałem dalej. Odwróciłem się tylko w stronę kilku potężnych psów. Kiedy zobaczyłem, jak osunęła się na ziemię, gdy jeden z nich uderzył ją, coś we mnie zawrzało. Rzuciłem się za psa, chwytając go zębami za gardło. Jednak był dużo masywniejszy, a poza tym byli z nim inni, którzy odciągali mnie od niego przegryzając zębami moją skórę. Wkrótce i ja straciłem przytomność. Możliwe, że również oberwałem po łbie, bo zaraz po przebudzeniu męczył mnie okropny ból głowy. Jakiś czas byłem całkiem otumaniony, nie wiedziałem co dzieje się wokół mnie. Otworzyłem oczy, ale zaraz potem zamknąłem je sycząc z bólu. Wydawało mi się, że słyszę jakiś głos, ale był całkiem niewyraźny. Po jakimś czasie powoli zaczynałem rozumieć, gdzie jestem i co się dzieje. Jechaliśmy, chyba na jakimś dużym wozie. Z przodu powoziły prawdopodobnie te same psy, które wcześniej porwały mnie i Yas. Miałem związane kończyny, nie potrafiłem poruszyć ani jedną z łap. Nie miałem pojęcia, gdzie byliśmy. Z początku moje oczy były w stanie dostrzec jedynie kilka kolorowych plam, z czasem jakość mojego wzroku znacznie się jednak poprawił. Tereny wyglądały mi całkiem obco, z pewnością nigdy przedtem moja łapa tu nie zawitała. Zimny wiatr, to pierwsze co moje odrętwiałe ciało było w stanie poczuć po odzyskaniu przytomności. Zaraz potem poczułem jeszcze, że leżę na czymś miękkim, chroniło mnie to przed mrozem i było całkiem wygodne. Obróciłem głowę i ujrzałem pod sobą Yasmin. Zawstydziłem się nieco, nie miałem pojęcia dlaczego tak wyszło. Z pewnością oni musieli położyć mnie na Yas, niezbyt zważając na naszą wygodę. Sturlałem się więc na bok, kładąc się obok niej.
- Yasmin...żyjesz? - odezwałem się słabym głosem, patrząc prosto w oczy czarno-białej suczki. Ta tylko przytaknęła lekko głową i odwróciła wzrok. Wyglądało na to, że także była obolała. Pisnęła kilka razy z bólu, próbując wyszarpać łapę z pomiędzy skrępowanych lin. Psy kierujące powozem na czele rozmawiały głośno, czasem wybuchając śmiechem. W powietrzu unosił się zapach jedzenia, prawdopodobnie jedli. Wówczas poczułem silny skurcz żołądka, który mógł wskazywać jedynie na głód. Caiusie, czy to jedyne o czym myślisz w chwili kiedy jesteś skrępowany liną, a w dodatku uprowadzony? I jeszcze wpakowałem w to biedną Yasmin. Byłem na siebie zły, ale wiedziałem że trzeba zacząć działać zamiast rozmyślać. Tylko co tu zrobić, kiedy nie można nawet poruszyć łapą, a powóz pędzi wśród całkiem obco wyglądających terenów? Rozmyślając tak, wpadłem na znakomity pomysł. Zamknąłem oczy i skupiłem się najbardziej, jak tylko byłem w stanie, na swoich łapach. Już po zaledwie kilku sekundach zaczęły one płonąć, nieśmiałym z początku płomieniem. Chwilę potem płonęły już sznury, a ja starałem się nie podpalić niczego, gasząc natychmiast iskry spadające na wóz. Ukrywałem ten fakt przed psami, odwracając łapy tak, aby nie były w stanie dojrzeć ognia. Tylko Yas patrzyła na mnie z początku z przerażeniem, z czasem przerodziło się ono z zdumienie i nadzieję. W końcu sznury spadły z moich łap na glebę, paląc się dalej. Pospiesznie począłem rozszarpywać zębami wszystkie liny krępujące ciało suczki. Udało się. Byliśmy poniekąd wolni. No tak, poniekąd. W końcu nie wiedzieliśmy nawet gdzie dokładnie się znajdujemy. Hm, miejsce w którym gościł aktualnie nasz wóz przypominał raczej coraz to gęstszy las. Iglaki haczyły gałęźmi o elementy wozu, stukając czasami weń głośno. Ścieżka była okropnie wąska i wątpię, aby była często używana.
- Nie możemy teraz uciec. - szepnęła zawiedziona Yas - Nie mielibyśmy gdzie się schować, gdy oni zaczęliby nas gonić. A zauważyliby naszą ucieczkę z pewnością prędko. - dodała.
- Wiem, Yas. Dlatego musimy po prostu cierpliwie poczekać. Być może... - tu przerwałem chwilowo, ponieważ rozmowy na przodzie ucichły i psy wyraźnie nam się przysłuchiwały. Jednak szybko postanowili nie zawracać sobie nami na szczęście głowy i znów usłyszeliśmy pogodne rozmowy - Być może, że będziemy przejeżdżać przez miasteczko. Tam moglibyśmy szybko się schować, a potem po prostu zapytać mieszkańców o drogę, czy coś. - odparłem niepewnym głosem. Yasmin westchnęła tylko, rozglądając się bacznie po okolicy. Gdybym leżał tu teraz sam, mógłbym podpalić wóz. Wtedy i oni by ucierpieli, ale nie obchodziłoby mnie to ani trochę. Ale nie mogłem narazić suczki na obrażenia czy też wolną śmierć. W każdym razie czułem, że nie mogę narazić jej na ból i muszę ją uratować. A przy okazji także uratować siebie samego... Spojrzałem w dół. Wóz okazał się naprawdę wysoki i niebezpieczne mogło okazać się zeskoczyć stąd w tak dużym tempie. Pustka w głowie. Jedna wielka masakra. No cóż, zostało nam czekać na dogodny moment. Okazało się, że zaraz po wyjechaniu z wielkiego iglastego lasu przejeżdżaliśmy przez małe miasteczko. Moje oczy zabłyszczały nagle, wpadłem na kolejny pomysł. Uznałem to za jedyne słuszne rozwiązanie. Kiedy znaleźliśmy się już wśród tłumu psów zebranych na placu na rodzaj małego rynku, zwróciłem się szeptem do mojej towarzyski:
- Yasmin, nie ma innego wyjścia. Złap się zębami jednego końca liny, która tu leży, drugi będę trzymał ja. Powoli zejdziesz jak najniżej po ścianie wozu, potem puścisz linę. Spytaj ludzi którędy do Lapsae, czy Helecho. Ja sobie poradzę, a nawet jeśli nie to... - zobaczyłem niepewność w jej wzroku. Westchnąłem tylko cicho, ale zaraz ożywiłem się do działania. Po chwili suczka stała już pod wozem, zostając z tyłu i patrząc się na mnie moment. Psy raczej nie mogły zauważyć jej zniknięcia...gorzej, kiedy odwrócą się aby sobie na 'nas' popatrzeć. Mogę mieć chyba troszkę przerąbane...
Całkowicie nie mogłem rozpoznać okolicy. Czyżby przeprawili się z nami przez rzekę? To tu są jakieś mosty? Całkowicie nie wiedziałem jakim cudem znaleźliśmy się w dość odległych widocznie terenach, gdyż i Yas zdawała się nie wiedzieć gdzie jesteśmy. Dręczyło mnie oczywiście jeszcze jedno pytanie. Dlaczego oni to zrobili? Niemalże pewna zdawała mi się teraz moja śmierć. O ile numer z podpalaniem się nie uda oczywiście. Ale przecież tak potężny pojazd paliłby się zbyt długo, aby dosięgnąć ich niezauważalnie. Jechaliśmy właściwie nadal w głąb miasteczka, kręcąc się po jego ulicach. Chyba nikt z przechodniów nie dostrzegł mnie na tak wysokim wozie. Starałem się udawać nieprzytomnego, aby w razie czego móc po prostu powiedzieć, że nie maczałem łap w ucieczce towarzyszki. Chociaż możliwe, że wcześniej dostrzegli mnie przytomnego. Poza tym miałem już odwiązane łapy, co szybko starałem się zakryć liną, która pomogła Yas w ucieczce. Związałem ją na łapach byle jak, ponieważ wóz dziwnie zwolnił, a psy zaczęły krzyczeć coś do innych, stojących w dole. Wjechaliśmy przez bramę do jakiegoś ogrodu. Wyglądał całkiem bogato, choć okropnie mdło. Tak samo również pachniał. Gdzieniegdzie dostrzegałem źródło tego nastroju, pełno brudnoróżowych róż rosnących niekiedy to na krzewach, niekiedy osobno, na łodygach. Podjeżdżaliśmy pod zamek, wysoki i bardzo podobny do tego, który zamieszkuje Saul. Czyżby mieszkał tam ktoś podobnej rangi? Nie miałem pojęcia o co chodziło w tej całej sytuacji...

<Yasmin?>
1135 słów

10.01.2019

Od Commodusa c.d. Voodoo

Zdążyło minąć już kilka dni, od kiedy przybyłem do Eos, wprowadziłem się do nowego mieszkania w samym centrum Litore i poznałem Oscara oraz Yasmin. To wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka, tak prędko, że nawet ja nie byłem w stanie określić, kiedy zdążyłem przywyknąć do nowej atmosfery, wszechobecnej magii i tym podobnych. Nauczyłem się w końcu używać udolnie telekinezy, poniekąd ogarnąłem także moje moce, choć nad tym chciałbym jeszcze popracować i to niemało. Hm, ten czas rzeczywiście bardzo szybko mi zleciał także w nowym towarzystwie! Ciągle poznaję kogoś nowego i podoba mi się to, w końcu życie w mieszkaniu z ludźmi nie sprzyjało zbytnio zapoznawaniu się z nowymi osobnikami. Brakowało mi tego, ale odkryłem w sobie ten towarzyski i charyzmatyczny charakter dopiero, gdy trafiłem tutaj. Zapoznawanie się z psami szło mi całkiem nieźle, zauważyłem w sobie pierwszą z pozytywnych cech - odwagę. Tak, może to nieco dziwne, ale uważałem wcześniej, że jestem po prostu cały do kitu. Życie lubi jednak jak widać zaskakiwać nawet totalnych pechowców, jakim byłem ja.
Lecz teraz nie chciałem myśleć nad tym wszystkim. Siedziałem spokojnie na drewnianym krześle w swojej pracowni, z której okna mogłem swobodnie obserwować nocny księżyc. Dachy niezbyt wysokich budynków w centrum miasta na szczęście nie zasłaniały mi tego pięknego widoku. Dzisiaj wydawał się on o wiele większy, do tego pokazał się nam w całej okazałości. Pełnia biła białym światłem prosto na głowy pojedynczych psów wracających do domów lub zataczających się pijanych gości któregoś z baru. Mimo późnej pory, ulice Litore pozostawały ciągle ruchliwe, chociaż wcale nie przechodziło tędy teraz zbyt wiele psów. Chaos i zamieszanie mogły nadawać krzyki psów pchających się od budynku do budynku. Większość z nich szukała zapewne coraz to kolejnych imprez i zabaw. Od razu ciśnie się na myśl pytanie, dlaczego nie jestem wśród nich... Cóż. Każdy ma prawo po prostu czasami nie być w dogodnym nastroju na zabawę. Tym bardziej, że emocje tego wieczora targały mną niemiłosiernie, miałem ochotę tylko myśleć. Wystawiłem głowę na zewnątrz, nie zwracając już zbytniej uwagi na to, co dzieje się w dole. To wszystko tylko psuło moją harmonię, która wisiała zaraz nad chaosem ulic Litore. Moją uwagę więc przykuwało od teraz wyłącznie niebo. Granatowy jego odcień wchodził w błękit, ze względu na dość jasną noc spowodowaną właśnie pełnią krągłego i wzdętego niczym piłka księżyca. Zdawał się obserwować wszystko dookoła, tak samo jak ja, puszczając mi tylko niekiedy oko wyraźnie widocznym, przysłanianym od czasu do czasu dużym i ciemnym kraterem na jego powierzchni. Czarne, ale mocno prześwitujące obłoczki tańczyły między gwiazdami, często zasłaniając je całkowicie lub tylko częściowo. Chmurki wydawały się mi zaś rozbitkami na tratwie, kiedy to prądy morskie wzmacniają się wśród bezkresu otoczonego z każdej strony jedynie horyzontem. Prądami był w tym wypadku dość mocny wiatr, który wręcz targał nerwowo strzępiastymi kawałkami wielkiej jeszcze przed chwilą, nocnej chmury. Zerwał się tak niespodziewanie, że same obłoczki wydały świst zaskoczenia nagłym, wrogim gościem. Jednak tylko dzięki niemu można było chwilowo dostrzec maleńkie, jasne punkciki. Te wskazówki marynarzy, te, które mogą oznaczać szczęście lub wręcz przeciwnie - zapowiadały zły los. To nadawało im tak wiele sprzeczności, iż można było ich nienawidzić, ale można było je zarazem uwielbiać. Przypominają nam, że ten dzień ma się już ku końcowi, że jesteśmy jak co dzień, starsi niż wczoraj, że to o dzień bliżej do śmierci dla każdego stworzenia. Ale jednocześnie wspominają o naszych bliskich, którzy odeszli, lub są daleko od nas. Są przepiękne, tak cudne i wywołujące codziennie łzy w wielu zamyślonych duszach. Można porównać je również do swych ukochanych ślepi, gdy nie można patrzeć się w nie bez opamiętania, bo los nie pozwala. Kiedy to cały świat rzuca pod nogi potężne kłody, krzycząc 'skacz' i śmiejąc się złowrogo, sieje drogę do nich ostrymi cierniami. Wówczas spojrzysz w górę i przypomnisz sobie ten blask. Ten błysk pojawiający się w oku, za każdym razem, gdy tylko cię ujrzy. Czujesz się wtedy wspaniale, choć tak wiernie tęsknisz. I zaczynasz cieszyć się jak idiota, gapiąc się w gwiazdy. To sarkastyczne podsumowanie wywołało uśmiech na moim pysku. Koniec tego, bo jeszcze ktoś pomyśli, że z ciebie romantyk, Caiusie. A to nieprawda! Nieprawda! Zaśmiałem się głośno w stronę moich myśli i machnąłem łapą, odchodząc od okna. Uwielbiałem myśleć, ale czasami chciałbym po prostu nie móc tego robić.
Bowiem pomyślałem, że dobrze byłoby coś zjeść. No tak, ale jeżeli nie ma się w mieszkaniu nic do przekąszenia, a pobliskie jadłodajnie są zamknięte lub wręcz zalewają je fale coraz to kolejnych imprezowiczów... To wybiera się na polowanie. Jest do cholery środek nocy, a mi przypomniało się całkiem przypadkiem, że warto jednak byłoby chronić się przed przedwczesną śmiercią głodową. Narażam się na rozszarpanie przez jakieś dzikie bestie żyjące w Puszczy i jak na złość prowadzące pewnie nocny tryb życia. Cóż, jak robić głupoty to byle nie samemu. Zamyśliłem się, kto mógłby zgodzić się na polowanie w środku nocy. Najodpowiedniejszą do tego osobą byłby oczywiście Oscar, którego z pewnością nawet nie zdziwiłby ten pomysł. Z góry przewidując, że pies nie będzie miał czasu na polowanie, wybiłem sobie z głowy ten pomysł. No cóż, jeżeli niebyt zna się inne osoby odpowiednie do nieodpowiednich czynów, należy je poznać. Postanowiłem zrobić to już w Puszczy, może akurat ktoś także zrobił się nieco głodny. Pełen optymizmu i nieco ślepej nadziei, zamknąłem drzwi swojego mieszkania i wyleciałem na ulicę, pędząc za woźnicą. Ten na szczęście usłyszał moje krzyki, którymi zapewne obudzić zdołałem pół Litore, bo zatrzymał się na boku. Wskoczyłem w bryczkę od razu wciskając psu do łapy pieniądze.
- Do Puszczy, poproszę. - powiedziałem jakby nigdy nic. Woźnica patrzył na mnie chwilę niepewnym wzrokiem, całkiem zdziwiony moją decyzją. Rozmyślał pewnie nad moim zdrowiem psychicznym i stopniem obłąkania czy też nawiedzenia. W końcu jednak zdecydował się zawieźć mnie w miarę szybko tam, gdzie chciałem się znaleźć. Widocznie wywnioskował z mojej niecierpliwej postawy, że to jakaś ważna, nagła sytuacja. Śmieszyło mnie to nieco, no ale brnijmy w to dalej. Przynajmniej szybciej będę mógł zaspokoić głód i to nie byle resztkami i nie po dwóch godzinach czekania w kolejce, a teraz. Co prawda trzeba będzie się wiele więcej namęczyć, ale co mi tam, przecież znajdę sobie pewnie jakieś towarzystwo. Nawet jeśli nie, to używanie moich mocy szło mi sprawniej. Odkryłem, że mogę podpalać dosłownie wszystko. Problem mam jeszcze z gaszeniem, ale parę razy udało mi się zrobić i to. Najlepiej chyba opanować zdołałem zadziwiającą umiejętność podpalania siebie samego, bez żadnego uszczerbku na moim zdrowiu i wyglądzie. Musiałem wówczas uważać, aby nie podpalać za sobą chociażby krzewów lub ulic...tjaa, Lapsae z pewnością mnie jeszcze z tego znakomicie kojarzy. Nie zważając zbyt na ciemną i w większości polną drogę, nie zauważyłem nawet kiedy powóz stanął, a woźnica czekał, aż wyskoczę wprost na teren Puszczy. Wokół było już całkowicie czarno. Lekkie kontury bujnej roślinności szumiały tylko muskane przez zimny wiatr nocy. Pod łapami czułem wysokie trawy i kłujące rośliny, a także jakieś drobne kwiatki po których deptałem nieświadomie. Słychać było niekiedy odgłosy ptaków, które prowadziły nocny tryb życia. Kilka z nich przeleciało ku mojemu przerażeniu kilka centymetrów nade mną. Zerwały się z wyższych gałązek jakiegoś krzaku, spłoszone wyczuciem obecności wrogiego drapieżnika. Wziąłem ze sobą patyk, którego końcówkę chciałem podpalić. Skupiłem się na miejscu, w którym miał wzniecić się ogień. Bursztynowe oczy poczęły błyszczeć, jakby one same były dwoma parzącymi iskrami. Niedługo trwały moje próby - wnet się udało. Chwilę byłem w stanie zrobić z patyka swego rodzaju pochodnię, jednak ogień w mgnieniu oka trawił drewienko i sypał na ziemię popiół. Puściłem natychmiast dopalający się już patyk i westchnąłem. No cóż, trzeba zdać się jedynie na węch, co nie było takie do końca łatwe wśród gęstej roślinności. Niedługo jednak potem wyczułem nosem bardzo blisko znany już skądś zapach zwierzyny. Pochodziłem ostrożnie bliżej i bliżej niego, a w powietrzu czuć było coraz to większe napięcie. Jakby napięcie mięśni ofiary będącej już w pełni gotowej do ucieczki. I ja byłem gotowy. Prawie bezszelestnie skradałem się niczym kot, kładąc się niekiedy i przysłuchując dokładnie. Mój nos nie zawiódł mnie i tym razem. Zza kilku drzewek rosnących w gęstwinie wyskoczyła na ścieżkę sarna, lub coś na jej rodzaj. Rzuciłem się natychmiast w pogoń za żwawym zwierzęciem. Nie miałem pojęcia jak mogło ono wyglądać, lecz jak na kopytnego nie było jakieś wysokie. Ciemny kontur wśród gęstwiny i szybkie susy zdradzały mi, że zwierz nie mógł być także wyjątkowo dobrze zbudowany czy silny. Założyłem więc, że to łania albo jakieś młode. Sarna z początku biegła znacznie szybciej, przerażona moją obecnością. Z czasem słabła, a ja doganiałem ją. Probowała czmychnąć w bok, jednak wszędzie drogę zagradzały drzewa. Wyczerpane zwierzę łatwo dało się już po chwili dogonić, tym bardziej jeżeli uchodzi się za szybkiego. Zdezorientowane moim nagłym przyspieszeniem zwierzę toczyło kółka na zadzie, chcąc zmienić kierunek biegu, jednak ja zaganiałem je to z prawej, to w lewej. Z każdą sekundą znajdowałem się o krok bliżej do gardła łani. Gdy ta zaczęła wahać się nie widząc już drogi ratunku - działałem natychmiastowo, nie rozmyślając nad niczym. Skoczyłem, uwieszając się zębami na krtani ofiary. Zacisnąłem mocno szczęki, aby ta zakończyła cierpienia szybciej. I aby przy okazji przestała się rzucać jak oszalała, jakby całkiem nie spodziewała się ponieść śmierci. Łania upadła najpierw na nadgarstki, szamocąc się już coraz mniej. Nie puszczałem silnego ścisku żuchwy na jej gardle. Czekałem, aż padnie nieżywa na bok, a jej mięśnie rozluźnią się. Z tak wykończonym zwierzęciem poszło całkiem szybko i sprawnie. Nie minęła minuta, a ja stwierdziłem że to już odpowiedni moment do oddzielenia jej skóry od kości i podpieczenia lekko mięśni. Zdecydowałem się zacząć od umięśnionych partii zadu. Wyszarpałem z początku kawałek mięsa, nie gustując jednak z skórach czy tłuszczach. Odłożyłem je na bok i skupiłem się, wpatrując się weń. Udało się, mięso płonęło przez chwilę ogniem. Następnie gorączkowo próbowałem zgasić ogień, aby nie przypalić sobie dzisiejszej kolacji. Ponownie przyglądałem się kawałków mięśnia, tym razem aby zgasić go. Po kilku próbach wreszcie się udało. Zadowolony z siebie rzuciłem się na jedzenie, uważając aby nie poparzyć zbytnio pyska gorącą potrawą. Na szczęście nie zdołała spalić się w nieco dłuższym procesie podpiekania, niż początkowo zakładałem. Smak był wręcz wyborny, nie za tłusty, nie za słodki, ale co najważniejsze nie za surowy. Nie wiem dlaczego, lecz nie cierpię wręcz surowego mięsa. Zawsze wolałem to ugotowane, może to przyzwyczajenie jeszcze z czasów zamieszkiwania przeze mnie Ziemi? Jeden kawałek nie nasycał mnie oczywiście wystarczająco. Z tego też względu powtórzyłem kilkakrotnie przyrządzanie mięsa z pomocą, jak się okazuje, mojego zadziwiająco pomocnego mi żywiołu. Byłem tak zajęty jedzeniem kolejnych i kolejnych kawałków czystego mięsa, że nie zauważyłem nawet kiedy ktoś zjawił się w pobliżu mnie. Usłyszałem wyraźne kroki kierowane w pobliże miejsca, w którym obecnie konsumowałem sarninę. Podniosłem gwałtownie głowę, rozglądając się oraz nadal nasłuchując uważnie. Mój biały pyszczek cały umazany był krwią ofiary. Próbowałem ją usunąć, aby w drodze powrotnej nie narobić strachu pijanym psom tułającym się nocami po Litore lub nawet woźnicy. Jednak okazało się to nie lada wyzwaniem, gdyż było jej coraz więcej z każdym kolejnym kawałkiem mięsa. W powietrzu byłem w stanie wyczuć już teraz, że w pobliżu czai się pies. Nie odzywał się,  a kroki stawiał ciszej niż z początku i jakby ostrożniej. Zapewne nie spodziewał się, że jakiś idiota pokroju mnie wpadnie na pomysł polowania w środku nocy, zapominając o niebezpieczeństwach czających się tu na mnie pewnie z każdej strony. Cieszył mnie fakt, że jest to osobnik mojego gatunku. Rozluźniłem się też bardziej kiedy byłem już w stanie rozpoznać jego kształty w ciemnościach. Potwierdziło to tylko me wsześniejsze przypuszczenia, zdecydowanie stał przede mną nie kto inny jak któryś z okolicznych psów. Mój strach jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Wydawało mi się, że on musiał to wyczuć, gdyż sam podszedł do mnie blisko, przypatrując się uważnie. Rozpaliłem więc ogień na odpadkach po moim jedzeniu w postaci skór. Światło ognia rozjaśniło całe otoczenie i teraz mogłem przyjrzeć się postaci dokładniej. Był to rudego umaszczenia pies, nieznanej mi rasy, choć z całą pewnością rasowy. Uśmiechnąłem się niepewnie w jego stronę. Wyglądał całkiem przyjaźnie, więc postanowiłem właściwie go poznać  skoro już stworzyła się ku temu dogodna sytuacja.
-Witaj, jak ci na imię? — wyrzekłem pewnym, chociaż przyciszonym głosem, nie chcąc psuć atmosfery tego miejsca. Rudzielec wyczuł moje przykazne intencje, bowiem nie wahał się z odpowiedzią na moje pytanie.
- Cześć. Voodoo, a ty? - otrzymałem odpowiedź taką,  jakiej właściwie się spodziewałem. No, może prócz tak osobliwego i oryginalnego imiona.
- Commodus, ale zwą mnie Caius. Mów do mnie jak chcesz. - zaśmiałem się, recytując wręcz swoją standardową odpowiedź, nadużywają ostatnio przeze mnie. Tak to jest być gdzieś nowym, nikt cię nie zna, a ty nie znasz nikogo...
- Co właściwie robisz w Puszczy w środku nocy? - zaśmiał się niepewnie Voodoo. Tja, żebym ja sam wiedział co ja tu dokładnie robię i dlaczego teraz a nie chociażby o świcie.
- Zgłodniałem trochę więc postawiłem wybrać się na polowanie. Ale widzę, że nie ja jedyny przybyłem do Puszczu w środku nocy. Co sprowadza tutaj ciebie drogi Voo?

<Voodoo?>
| 2128 słów →  105೧ | Polowanie → 10PU |

6.01.2019

Od Commodusa c.d. - Yasmin

Zabawa trwała w najlepsze. Jedna z największych widocznie karczm w Litore, położona w samym sercu miasta, dudniła dziś życiem. Przeróżne psy przebywały ma dużej sali, na której środku nie stał żaden mebel, który mógłby ograniczać wolną przestrzeń. Można więc powiedzieć że był to swego rodzaju parkiet i miejsce rozmów wielu osobników, a raczej przekrzykiwania się ich. Kelnerzy pełnili dziś rolę baristów. Kilka z nich biegało ciągle od drewnianej, śliskiej lady, za którą stały dwa wysokie dalmatyńczyki, do każdego ze stolików zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz. Musieli przedzierać się przez masy bawiących się, niekiedy więc zdarzało się że któremuś z kelnerów upadł napój i lepka ciecz rozlała się po podłodze. Z czasem towarzystwa w środku przybywało. Czym było ciemniej i później oczywiście, tym psy szybciej widocznie znajdowały czas na huczne imprezy, takie jak ta. Drzwi pilnowały trzy potężne samce - rottweiler, dog oraz jakiś mieszaniec kaukaza, pełniący funkcję ochroniarzy. Ciągle było słychać ich wrzaski i nerwowe powarkiwanie na pijanych, zaczepiających wszystkich gości. Wracając do wystroju wewnątrz; Była to jedna, całkiem normalna sala. Stoliki w większości były dwu- lub wieloosobowe, dla par oraz paczek znajomych. Wszystkie dosunięte były blisko ścian, gdyż jedynie część psów siedziała. Znaczna większość czekała przy barze, tańczyła na środku lub toczyła rozmowy z innymi. Byli też już tacy, którzy spali na ziemi obezwładnieni większą lub mniejszą ilością alkoholu. Ci, zwykle niezauważani w tłumie, ciągle byli deptani przez inne psy, które przewracały się nie widząc wśród ciemności wnętrza karczmy przeszkody pod nogami. Świeciły tylko kolorowe światła, przypominające kulę disco. Jednak były one zbyt niezwykłe, aby nie były magiczne i mocno było tu czuć, że po prostu wywołał je ktoś władający magią lub żywiołem światła. Ich źródło również nie było do końca jasne, biły jakby z sufitu lecz nikt z pewnością nie dostrzegł ani jednej lampy. Wśród psów, oprócz tych siedzących, tańczących czy rozmawiających, były również takie, które stały przy wyjściu przypatrując się wszystkiemu z odległości, jakby szukając poszczególnych psów wzrokiem. Nie ruszał się one jednak całkowicie z miejsca i większość wyglądała nieswojo, jakby były speszone sytuacją. Głównym jednak zainteresowaniem wszystkich tańczących i innych zajmujących miejsca na parkiecie, było kilka śpiewających dość głośno psów. Były tutaj zapewne znane, bo większość krzyczała do nich i z początku śpiewała razem z nimi. Potem raczej poczęli bełkotać tylko niezrozumiale. No dobrze, więc może gdzie znajdowałem się ja? Po długiej przepychance, udało mi się dotrzeć aż z miejsc zewnętrznych pod samą 'scenę', na której spiewali i grali ci artyści. Może i nie należałem do najwytrawniejszych tancerzy, ale poruszałem się z gracją w rytm muzyki, podchwytując od czasu do czasu refreny piosenek i drąc się niemiłosiernie. Po którejś jednak piosence z kolei znudziło mi się nieco to zajęcie. Udanie czyjegoś wiernego fana nigdy nie było zbyt ciekawe. Za to poznawanie innych psów z pewnością takie jest. Postanowiłem więc odwrócić się i zagadać do kogoś. Zauważyłem z początku grupkę całkiem ładnych suczek. Rozmawiały ze sobą, śmiejąc się ciągle głośno po rzuconym przez któraś z nich tekście. Podszedłem żwawo, przenosząc ze sobą swój kieliszek. Przywitałem je, biorąc w międzyczasie kolejny łyk aromatycznego wytrawnego wina. Uśmiechnąłem się w stronę pań, ukazując im swe białe kły. Rozmowa przebiegała całkiem dobrze. W szczególności zainteresowała się mną czarna terierka o imieniu Toscania. Praktycznie to z nią po pewnym czasie zacząłem prowadzić swoją główną rozmowę, reszta przypatrywała się nam czasem tylko coś dopowiadając. Zaproponowałem mojej nowej znajomej, że zamówię coś dla niej. Z chęcią napiłbym się więcej, ale na oczach pań nie wypada mi tak pić samemu. Przy okazji zdołałem dowiedzieć się, że moją sąsiadka z parteru jest niejaka pudlica Coco, bliska znajoma czarnej terierki. Tak się składało, że i ona przyszła na imprezę. Postanowiłem więc zamienić kilka słów także ze swoją nową sąsiadką. Opuściłem chwilowo wcześniejszą grupkę, aby podejść tym razem do Coco. Stała ona przy drzwiach, zaraz obok mieszańca nieco przypominającego sznaucera. Po chwili rozmowy z nią wywnioskować zdążyłem, że to chyba nieśmiała osoba, w każdym razie zamknięta w sobie. A ten gość, który obok niej stał to jej partner, za to mój sąsiad. Wyglądał na okropnie złośliwego i czepiał się każdego mojego słowa. Hm, moje sąsiedztwo chyba nie było najlepszym towarzystwem do szalonych imprez... W związku z tym, próbowałem przez chwilę odnaleźć wcześniejszą grupkę, lecz nie było to takie proste. Nowe psy ciągle się schodziły, a tylko nieliczne decydowały się wyjść z lokalu. Nie miałem ochoty oraz cierpliwości przepychania się przez kolejne to tłumy, więc trzeba było znaleźć kogoś innego. Tym razem grupa składała się w większości z facetów. Chart afgański, dwa mieszańce, jamnik ze swoją partnerką podobną do yorka no i śnieżnobiała suczka samoyeda. Rozmawiałem długi czas głównie z jednym z mieszańców, Stanem. Ten namówił mnie na jeszcze kilka kropelek nieco mocniejszych trunków. Po drugim zaczęło mi się już nieco kręcić w głowie, czasem zdarzyło mi się zatoczyć. Nie wiem o czym dokładnie mówił do mnie później Stan, ale wiem że ta biała okazała się bardzo chętna do rozmowy z lekko pijanym mną. Całkiem wyleciało mi z głowy jej imię, nie miałem też pojęcia dłuższy czas o czym dokładnie mówimy. W każdym razie towarzystwo ładnej suczki było mi na rękę, jakkolwiek pijany nie byłbym. Po chwili odłączyliśmy się od jej dawnej grupy. Prowadziła mnie chyba pod scenę, gdzie nadal ktoś śpiewał. Zacząłem tańczyć, dopasowując się do równie ruchliwego otoczenia. Właściwie już nikt nie podpierał ścian. Musiało być już strasznie późno, bo do domów zbierali się nawet ci, którzy rozmawiali pod sceną nie wspominając już od tych biernych uczestników zabawy. Prócz tego właściwie nic się dookoła nie zmieniło. Przestałem całkowicie orientować się co dzieje się wokół mnie. Ktoś wepchał mi w łapę kieliszek, był pełny. Nie zastanawiając się ani sekundy, wypiłem szybko jego zawartość. Uśmiechnąłem się, gdy poczułem znajomy już smak. Słyszałem coraz mniej wyraźnie i bełkotliwie, tylko głos mojej cudownie białej towarzyski zdawał się miodem dla moich uszu. Ach, jaki piękny głos, jak ja go uwielbiam. Cudny jak jego właścicielka. Poznałem ją chyba z godzinę temu, sam nie wiem. Ale uwielbiam ją, wręcz kocham. Na te zapewnienia suczka tylko zaśmiała się i powiedziała, że chyba za dużo już wypiłem. E tam za dużo, jak się bawić to po całości.  Próbowałem odpowiedzieć jej, ale zbyt plątał mi się język, tak samo jak nogi. Wtem runąłem na ziemię zepchnięty jakaś dziwną siłą z łap. Strasznie zachciało mi się spać i po chwili moje oczy zamknęły się praktycznie same. Nie pamiętam co działo się dalej, ale po dłuższym czasie zrobiło mi się całkiem wygodnie.


***
Otworzyłem oczy. Okropnie bolała mnie głowa, więc natychmiast położyłem ją z powrotem na...poduszce? Tak, leżałem na łóżku, w pokoju. Zdołałem zauważyć, że to chyba moje nowe mieszkanie. Teraz już poznawałem korytarz, sypialnię i charakterystyczny dywan z owczej wełny przed wejściem do toalety. Ktoś musiał mnie tutaj wczoraj przynieść. Albo po prostu nie pamiętałem kiedy wstałem i postanowiłem zdrzemnąć się w moim nowym łóżku. Jednak ta myśl jak szybko przyszła, tak szybko opuściła moją obolałą głowę. Usłyszałem kroki w moją stronę. Dochodziły chyba z kuchni i widocznie ktoś usłyszał moje jęki cierpienia. Patrzyłem ciekawym wzrokiem, jednak całkiem nie ruszając się. Po chwili moim oczom ukazała się postać, którą już kojarzyłem. Poznałem ją wczoraj na imprezie, była to bez dwóch zdań właśnie ona. Moja nowa sąsiadka, biała pudlica średnia. Nie pamiętałem dokładnie jej imienia, możliwe że nie zdążyła mi się nawet przedstawić wśród wczorajszego gwaru i zamieszania... Mruknąłem tylko pod nosem na przywitanie suczki niedbałe 'hej', ta jednak usiadła obok mnie na łóżku. Popatrzyła na mnie zatroskanym wzrokiem, tak jak matka patrzy na swoje dziecko. No, może z nieco większym współczuciem.
- I co, Caiusie? Jak się czujesz? Wczoraj musieliśmy cię z Bingo zanieść tutaj, do domu... Dobrze, że powiedziałeś Toscanii, że tutaj mieszkasz!
Opowiadała cichym głosem, śmiejąc się pogodnie z całej tej sytuacji. Zawstydziłem się nieco swoją obecną i wczorajszą niemocą. Kurcze, że musiałem się aż tak upić... Wstyd mi było teraz popatrzeć w lustro dokładnie tak samo, jak w oczy mojej nowej sąsiadki. Czułem się taki młody, głupi i słaby jak szczenię. Okropne emocje związane z politowaniem dla samego siebie wywoływały we mnie wybuchową mieszaninę płaczu i śmiechu zarazem. W końcu jednak postanowiłem przestać przywoływać w myślach wczorajszą sytuację i ogarniać się powoli. Odpowiedziałem jakby nigdy nic suczce:
- Dziękuję, że tak się mną zaopiekowaliście. Naprawdę, czuję się już lepiej, a musiałbym zaraz wychodzić, bo umówiłem się z kimś. Dzięki za pomoc, wpadajcie do mnie kiedy tylko chcecie.
Wyskoczyłem z łóżka idąc w stronę drzwi, a suczka rozumiejąc mój zamiar subtelnego wyproszenia jej z mojego mieszkania, pobiegła żwawym krokiem za mną. Otworzyłem drzwi, a za nimi stał kundlowaty sznaucer miniaturowy. To z pewnością mój sąsiad, Bingo czy jakoś tak. Uśmiechnąłem się tylko na jego widok z udawaną sympatią i przywitałem gestem głowy.
- Coco, mogłabyś już wrócić do domu zamiast opiekować się dorosłym pijanym psem. Poradziłby sobie bez ciebie!
Zaczął na nowo narzekać na swoją partnerkę, tak samo jak wczoraj. Oj, już wiedziałem że za bardzo się z nim nie polubię. Ach, no tak, pudlica przedstawiła mi się widocznie wczoraj. Rzeczywiście, nazywała się Coco, tak jak powiedział do niej przed chwilą Bingo. Że też tego nie zapamiętałem
Zamknąłem drzwi za pudlicą i przekręciłem klucz w zamku. Wyglądałem zapewne paskudnie, jak ostatnie nieszczęście. Widziałem to we wzroku mojej sąsiadki, był tak okropnie litościwy...ach! Wskoczyłem zaraz do wanny, odkręcając wodę. Próbowałem zrobić to telekinezą, którą to moc otrzymałem wczoraj i nie miałem okazji z niej skorzystać. Skupiłem się mocno na lewym pokrętle zaworu. Po pewnym czasie udało się, drgnął on lekko, ale widocznie. Ucieszyło mnie to niezmiernie, więc próbowałem całkowicie odkręcić wodę, przyciągając w swoją stronę jakby jedną połowę kurka. W końcu z góry oblał mnie strumień cieplutkiej wody. Postanowiłem zrobić sobie dziś kąpiel, więc zablokowałem odpływ i czekałem cierpliwie, aż wanna wypełni się gdzieś do połowy. Dawno nie brałem porządnej kąpieli. Dawni właściciele na Ziemi kąpali mnie tylko abym dobrze reklamował ich pseudohodowlę na wystawach. A ja tak uwielbiałem wodę, że mógłbym codziennie wskakiwać do gorącej cieczy, o ile pozwalałby mi na to czas. Wody było już wystarczająco długo, wysiliłem się znów, aby zakręcić szybko pokrętło. Wtem zauważyłem jakieś pozostałości na szafkach po wcześniejszym właścicielu tego mieszkania. To chyba końcówki jakichś olejków, czy też mydeł. Ucieszony wielce tym faktem, przyciągnąłem do siebie jeden z malutkich słoiczków. Pachniał on pospolitymi kwiatami, nieco bzami, a nieco różami. Musiało być to więc po prostu jakieś pachnidło. Wlałem małą jego ilość do wody i odstawiłem buteleczkę na tą samą półkę. Cieszył mnie fakt, że tak szybko ogarnąłem telekinezę. Szło mi to coraz lepiej i płynniej, chociaż przed chwilą o mało bym nie rozbił szklanego słoiczka. Pachnąca woda zrelaksowała mnie nieco, mogłem odstresować się i zapomnieć o pulsującym, rozsadzającym bólu głowy. Po dziesięciu minutach kąpieli, woda zaczęła już ku mojemu niezadowoleniu stygnąć. Wyszedłem więc, otrzepując się nieco i odblokowując odpływ. Wytarłem tylko łapy o dywanik i lekko otrzepałem się. Nie zdążyłem jeszcze wyposażyć się w przedmioty codziennego użytku. Poczułem głód, więc pomyślałem, że warto byłoby coś zjeść. Nie chciało mi się jednak wychodzić tak szybko z nowego mieszkania, którym nadal cieszyłem jeszcze wzrok. Nowe miejsca, tak kochałem poznawać je! W szczególności jeżeli miałem w nich spędzić dłuższą chwilę, jak przykładowo właśnie mieszkanie. Chodziłem od kuchni i jadalni do dwóch sypialni, przez duży salon, malutki pokój na kształt gabinetu czy też pracowni i w końcu jeszcze raz przyglądałem się łazience. Musiałem przyznać, mieszkanie było bardzo obszerne. Wystrój był właściwie gotowy, jeszcze niedawno ktoś tu wreszcie mieszkał. Udałem się do salonu, aby usiąść spokojnie na wygodną kanapę. Była co prawda trochę niedoczyszczona, ale mi w zupełności nie robiło to problemu. Nie zdążyłem jeszcze dobrze rozprostować kości i rozluźnić mięśni, kiedy to do moich uszu dobiegło głośne pukanie do drzwi. Westchnąłem tylko cicho i krzyknąłem, że już idę. Skoczyłem na drewniane panele i stukałem łapami z każdym krokiem będąc bliżej wejścia. Przekręciłem klucz i nacisnąłem lewą łapą na klamkę. Gościem w moim nowym mieszkaniu tym razem okazał się nikt inny, jak Oscar. Uśmiechnąłem się szczerze na widok istoty, którą obdarzałem tutaj prawdziwą sympatią(w przeciwieństwie do moich nudziarskich sąsiadów z parteru). Pies również wyglądał z początku na zadowolonego, jednak jego mina zmieniła się, gdy spojrzał na całą moją okazałość. Przypominałem nieco szczura, a to wszystko przez tą morką jeszcze sierść. Na pysku pewnie też za dobrze nie wyglądałem, w końcu byłem świeżo po upojnej nocy. Posłałem mu tym razem słaby uśmiech i czekałem aż cokolwiek powie, czy też wejdzie do środka. Okazało się, że chce mnie wyciągnąć z mieszkania. I w sumie zgodziłem się na to, ale pod warunkiem, że po drodze przekąsimy coś, bo umieram z głodu. Nie jadłem właściwie nic od wczorajszego obiadu!

***
Wróciłem do domu dopiero wieczorem, po drodze odprowadzając Oscara. Byłem nieco zmęczony, ale niewiele sobie z tego robiłem, gdyż nie zamierzałem przespać w domu kolejnego wieczoru w tym jakże ciekawym miejscu. Może pójdę dzisiaj gdzie indziej? Choćby w tereny wysunięte bliżej Pałacu. Poznałbym z chęcią psy szukające wieczornego towarzystwa. Do głowy przychodziło mi tylko gęsto zamieszkane, chociaż okropnie spokojne Helecho oraz o wiele głośniejsze Lapsae. Nie zastanawiając się ani chwili, nie zamierzałem nawet wchodzić do mojego mieszkania. Po prostu skierowałem łapy w stronę tego drugiego, większego i mniej spokojnego miasta. Dziś po prostu nie ma mowy o ani kropelce alkoholu. Nie zamierzam tym razem obudzić się w jakimś nieznanym mi obcym domu, albo na ulicy wyrzucony przez zamykających lokal pracowników. Cóż... Może po prostu posiedzę w jakiejś karczmie, poznam się z kimś, pójdę na wieczorny spacer. Jeszcze nie miałem zbyt dokładnie określonych planów. Ale nic nie szkodzi, w końcu co dwie głowy to nie jedna. Wystarczyło znaleźć tylko jakieś towarzystwo skore do zapoznania się. Postanowiłem złapać jednak dorożkę, które często przejeżdżały Litore. Głównie wysiadali tutaj pasażerowie, mało który z nich wsiadał. Widząc nadjeżdżającą bryczkę, podniosłem łapę i popatrzyłem na woźnicę. Ten zauważywszy mnie, zjechał na bok. Wsiadłem wraz z trzema innymi psami. Dorożkarz jechał aż do Helecho, więc mógł mnie podrzucić właśnie do Lapsae. Droga dorożką wydawała się naprawdę bardzo krótka. Zapłaciłem za przewóz i wyskoczyłem z zatrzymującego się powozu, w samym centrum miasta. Po odjechaniu dorożki wręcz zgubiłem się w tłumie psów. Niektóre przypatrywały się stoiskom oświetlonym różnymi lampkami, inne kierowały się w stronę klubów, a kolejne - w tym oczywiście ja - stały i nie wiedziały za bardzo co ze sobą zrobić. Kierowałem się w stronę różnych lokali, większość jednak była całkowicie przepełniona. Impreza w Litore była widocznie naprawdę kiepska i mała, gdyż tam mogłem przepchać się przez tłum aż do samej sceny, gdzie występowali piosenkarze. Tutaj rzadko była możliwość dojrzenia samych drzwi, a nawet ich okolic. Westchnąłem, podążając nadal za tłumami. Nagle ktoś wpadł prosto na mnie i przewrócił się. Szedł chyba w przeciwną stronę, a ja nie patrzyłem przed siebie...Caius, niezdaro, jak zwykle wpakowujesz się w takie sytuacje. Popatrzyłem na suczkę, podnoszącą się pospiesznie na łapy, aby nie zginąć zdeptana przez równie nieuważne psy, jak chociażby ten, który stał nad nią właśnie ze strachem w oczach. Jak ja.
- Wybacz, nie zauważyłem cię. - nagle do głowy wpadł mi pomysł, że mógłbym poznać borderkę, jako iż stworzyła się do tego dogodna sytuacja i idealna okazja do zdobycia kompana dzisiejszego wieczoru - Nazywam się Commodus, ale możesz mówić mi Caius. A ty?
Wyszczerzyłem się, podając jej łapę i pomagając wstać. Odsunęliśmy się w nieco wygodniejsze miejsce do prowadzenia rozmowy, uciekając od tłumu i krzyków.
- Yasmin, to moje pełne imię.
Uśmiechnęła się przyjaźnie, a ja od razu wyczułem w niej wyjątkowy charakter. To po prostu musi być dobra towarzyszka do zatarcia nudy wywołanej piętnastominutową samotnością.
- Droga Yas, masz może chęć spędzić ze mną ten wieczór? Okropnie mi nudno, a razem moglibyśmy pójść na imprezę, albo przejść się gdzieś, albo zrobić cokolwiek innego. Co ty na to, towarzyszko?
Zaproponowałem, przypatrując się teraz dokładniej Yasmin, aby nie stracić jej za chwilę z oczu, co mogło stać się wśród grupy innych bardzo łatwo.

<Yasmin? Mam nadzieję, że żyjesz i masz się dobrze po przeczytaniu tego opowiadania xD>
| 2606 słów → 130೧ + 25೧ |

5.01.2019

Od Commodusa c.d. - Od Oscara

Siedziałem przy stole, ogarniając wzrokiem mapę Eos, którą rozwinął przede mną Oscar. Nie było na niej ani jednej nazwy, dlatego pies musiał tłumaczyć mi wszystko i nazywać po kolei. Z początku wskazywał pazurem na tereny, przez które szliśmy aż do jego domu. Położył łapę na prawej połowie mapy. Tam moim oczom ukazał się Pałac. Tak, to z pewnością był on; to właśnie tutaj zacząłem swoją całą nową przygodę w Eos. No, prawie tutaj... Nieco później, Oscar wskazał nieopodal wcześniejszego punktu. Tym razem mogłem zauważyć płaski kamień, który widziałem już także w rzeczywistości. Było to Forum. To właśnie tam, z tego co tłumaczył mi Oscar, mają miejsce najważniejsze przemowy, wydarzenia i tam odbywają się różne ceremonie. Również nieopodal Pałacu rozciągało się chyba jakieś miasteczko. Nie byłem jednak tego do końca pewien. Na szczęście pies szybko rozpoczął dalsze objaśnienia. Otóż tak, było to właśnie Lapsae, które dziś jeszcze przed chwilą niechcący bym podpalił... Zdawało się naprawdę duże, nie wątpiłem w to od kiedy moja łapa wkroczyła tam po raz pierwszy. To istne centrum naszych wszystkich terenów. Sam miałem okazję przypatrzeć się niewyobrażalnym ilościom stoisk w pobliżu budynków. Waga miasta dla Eos rzuca się w oczy również przez wielość mieszkańców, ciągły tłok i ważne punkty dla nas. Oscar przeszedł dalej, tym razem pokazał mi aż kilka, rozmieszczonych dość daleko od siebie wieżyczek. No dobra, było ich całe mnóstwo. Zostałem poinformowany, że to właśnie moje miejsca pracy. Zwą się Strażnicami i w nich strażnicy oczekują na swoje zmiany. Cóż...czas pokaże, czy przypadną mi do gustu ich ciasne wnętrza. Tak czy siak, będę musiał się z tym pogodzić, choć i tak zmiany nie będą trwały zapewne przez jakiś bardzo długi czas i raczej odsyłać nas będą do domów. Tym razem mój przewodnik po mapie, przesunął łapę nieco nad Lapsae. Był to las. Nie byle jaki las, to Las Przodków. Miejsce mentalnych rozterek, ulgi i niezwykłych zjawisk, choć wyglądające na całkiem normalny, niczym nie odznaczający się zbytnio las. Już wiedziałem, że raczej nie będę tam przebywał często, gdyż lgnę do towarzystwa, a moje kłopoty zostają na zawsze w moim wnętrzu, ewentualnie zwierzam się z nich prawdziwym przyjaciołom. W całym moim życiu znalazłem takich może dwóch. Zostali na Ziemi, beze mnie. Może i zachowałem się egoistycznie, jednak niezbyt mnie to ruszało. Tęskniłem za nimi, ale poprawa warunków mojego bytu jest ważniejsza. Oscar zaczął demonstrować mi położenie zbiorników wodnych. Rzeka Matre stanowiła północną granicę tychże terenów. Prawdopodobnie tam będę miał przyjemność patrolować, jako strażnik granic. To miejsce przepływu wielu statków, a wszystkie, które będą cumować przy naszych brzegach będę kontrolował. Następnie pies pokazał mi jeszcze małe wysepki Delty, Morze Obsydianowe, Ocean Glacio, wodospad Vall, Kryształową Toń, Smocze Źródła, Speculum, a także Południowe Wybrzeże. Przyznam, że całkiem dużo tutaj wody. I bardzo mi się to podoba, bowiem uwielbiam pływać. Na sam koniec dowiedziałem się jeszcze o dokładnym położeniu Groty Wyroczni, istnieniu na tych terenach wulkanu Portam, Gór Nann, stepów surowej Równiny, spokojnego Helecho oraz znajdującego się w jego pobliżu Świętego Gaju. Niebezpiecznym miejscem było tak zwane Gniazdo, a idealnym miejscem na polowania mogła okazać się Puszcza. No i na sam koniec Oscar pokazał mi jeszcze położenie samego Litore. Tak, to właśnie w Litore postanowiłem zamieszkać. Blisko wody, miejsce, gdzie można odetchnąć od uwielbionego, chociaż dręczącego w Lapsae gwaru, ciepłe tereny... Coś wręcz idealnego dla mnie! Do tego miałem możliwość wprowadzić się do któregoś z zabytkowych, ślicznych budynków, które tak cieszyły moje oko. Uśmiechnąłem się, gdy pies skończył opowiadać o każdym poszczególnym miejscu. Zwróciłem się do niego ciepłym głosem:
- Dziękuję, Oscarze. Naprawdę, bez ciebie gubiłbym się tutaj zapewne kilka kolejnych tygodni.
Zaśmiałem się pogodnie, patrząc teraz ciekawym wzrokiem na owczarka. Ten machnął tylko łapą.
- Drobiazg, w końcu jesteś gościem. Jak myślisz, gdzie byś się wprowadził?
Spytał tym razem, składając mapę i przenosząc ją dziwną mocą telekinezy na półkę. 
- Myślę, że poszukam swojego miejsca właśnie tuta, w Litore. To świetne miasteczko! Widzę, że jesteś zapracowany, ale gdy już będziesz miał wolną chwilę, możesz do mnie wpaść.
Odpowiedziałem, kierując się już w stronę wyjścia. Oscar przytaknął nieznacznie głową i otworzył mi drzwi, żegnając.
***
Wybiegłem z domu partnerki Oscara. Już od progu wyjścia, magiczny spokój miasteczka uderzył we mnie, niczym podmuch ciepłego, letniego wietrzyku. Każdy element wydawał się tak harmonijnie dopasowany. Okrzyki psów sprzedających na targach różne sprzęty, podmuchy ciepłego powietrza, szum pobliskich wód, a do tego jeszcze wszechobecne w Litore ciepło dawały wrażenie spokoju, niewytłumaczalnego poczucia bezpieczeństwa. Zapachy jedzenia, słonej wody, wywarów i wielu obcych psów mieszały się ze sobą w powietrzu. Jednak i to było poniekąd uspokajające, tak zwyczajne w tak niezwykłym miejscu. Ruszyłem przed siebie po drodze wyłożonej kostką. Pytałem się kolejnych przechodniów i handlarzy, czy nie wiedzą, która z kamienic ma jeszcze jakieś wolne mieszkania. Kilku z nich udzieliło mi konkretnych odpowiedzi. Psy tutaj wydawały się otoczone spokojną atmosferą, tak beztroskie i wypoczęte. Nawet te z nich, które aktualnie przebywały w pracy, chociażby sprzedając magiczne amulety. Narazie jednak żadne ze wskazanych mieszkań nie spodobało mi się. W końcu biała niska suczka powiedziała mi, że w samym centrum Litore muszą być jeszcze jakieś wolne miejsca, gdyż paru jej znajomych wyprowadziło się w ostatnim czasie. Udałem się więc tam pospiesznie. I rzeczywiście. Zdziwiło mnie to, że kamienice wyglądały tu wiele lepiej. Nie chciałem mieszkać w domu, wolałem obszerniejsze a jednopiętrowe mieszkanie. A choćby dlatego że w takim przypadku miałbym całkiem blisko do innch psów, moich sąsiadów. Szczególnie do gustu przypadło mi położone nieco wyżej mieszkanie, bo na pierwszym piętrze. Trzeba było wejść do niego po kilku schodkach. Było praktycznie gotowe, aby się tam spokojnie wprowadzić. Postanowiłem to właśnie zrobić. Musiałem tylko dać znać Saulowi, ale do niego pójdę wieczorem, teraz mogę na niego nie trafić już w Pałacu, był bardzo zajęty. Postanowiłem na ten czas zostać po prostu w mieście, porozglądać się po karczmach, a może nawet poznać w nich kilka ciekawych psów. Zbiegłem więc po schodach i popchnąłem drzwi kamienicy. Wyszłem wręcz w samo centrum, muszą uważać na dorożki i psy jadące przez Litore na wozach. Szczególnie gwarno zrobiło się pod jedną z karczm, skąd słychać było śpiew i granie na różnych instrumentach. Bez wahania pobiegłem w tamtą stronę, pchając się w tłum psów. Zapadał akurat wieczór i słońce chowało się za horyzont. Z górki można było ujrzeć je jeszcze przez chwilę, po czym zniknęło ustępując ciemnością. Ja bawiłem się wówczas na zewnątrz karczmy, słuchając śpiewów i pijąc przynoszone mi przez kelnera trunki. Co jakiś czas udawało mi się zagadać do grupki pięknych pań lub całkiem szalonych psów. Wieczór zapowiadał się świetnie.

<Oscar? Co powiesz na małą imprezkę xD>
| 1072 słowa → 50೧|

4.01.2019

Od Commodusa c.d. - Oscar

I oto moim oczom ukazał się obraz niesłychanego ogromu. W sumie, cała kraina Eos wydawała mi się nieskończonym, potężnym morzem. Ziemia w porównaniu z nią była po prostu niczym. Zarówno jeżeli chodzi o sam ogrom, jak i atmosferę panującą w tej krainie nienawiści. Tutaj było świetnie, po prostu wszystko wydawało się tak nieograniczone, bezpieczne i pełne zagadek zarazem. W końcu mój przewodnik stanął i nakazał mi uczynić to samo. Staliśmy aktualnie przed wielkim pałacem. Łączył się z całkowitym charakterem widzianych dotąd przeze mnie terenów. Okazały budynek wyglądał na dumny zabytek. Zniszczony, ale w naprawdę niewielkim stopniu. Czerwona cegła pokryta była białym tynkiem lub czymś na jego rodzaj, w wielu miejscach prześwitywały jednak mury Pałacu. Zadarłem głowę mocno w górę, aby móc ujrzeć dach. Niewiele udało mi się jednak dopatrzeć, gdyż staliśmy za blisko budynku. Widziałem tylko w miarę pionowo położone dachówki, a raczej ich końce. Okna znajdowały się po prostu wszędzie. Weszliśmy do środka szerokimi drzwiami. Tam mój Przewodnik musiał mnie niestety opuścić ze względu na jakąś pilną sprawę. Oddał mnie chwilowo w łapy przywódcy, aby ten zarejestrował mnie i przyjął jako nowego członka. Podłoga wewnątrz wykonana była bodajże z marmuru. Moje łapy ślizgały się po gładkiej powierzchni, a pazury stukały z każdym krokiem. To chyba niemożliwe wejść tutaj niezauważonym... Ściany, w znacznej większości bladych kolorów, skrywały za sobą wiele pokoi. Jednak ja zostałem jasno skierowany do tego prosto naprzeciw mnie. Podszedłem tam więc pewnym krokiem i zastukałem lekko pazurami. Ktoś odezwał się ze środka. Nacisnąłem więc łapą na nisko zamontowaną klamkę, po czym popchnąłem białe drzwi. Mój wzrok spotkał się z siedzącym za stolikiem psem, patrzącym na mnie zaciekawionym wzrokiem. Uśmiechnąłem się tylko i podsunąłem się jeszcze kawałek bliżej niego.
- Hmm...witaj, drogi przywódco! - przywitałem się po chwilce namysłu - Moje imię Caius. Byłoby dla mnie może miejsce tutaj, w sforze?
Uśmiechnąłem się oczekując odpowiedzi. Miałem wówczas okazję lepiej przyglądać się psu. Wyglądał na mieszańca, jednak nie na byle kundla. Porównać można go było do kilku ras, z pewnością występujących w jego rodowodzie. Mieszkając jeszcze u ludzi, bywałem na wystawach i zdążyłem zapoznać się z kilkoma w miarę podobnymi do niego. Umaszczenia był wątrobianego. Wyższy, a także masywniejszy ode mnie. Postawa szalenie silna, chociaż także szczupła. Umięśnione ciało rzucało się dość w oczy, a przy nim byłem chuderlakiem z prześwitującymi przez skórę kośćmi. Widok silniejszego osobnika jednak mało kiedy zrażał mnie w jakimkolwiek stopniu. W końcu siła nie była nigdy czymś, do czego dążyłem. Minęła tylko krótka chwila, kiedy to przywódca zebrał się do odpowiedzi:
- Witaj. Myślę, że bez problemu mógłbyś do nas dołączyć. Tylko musiałbym dowiedzieć się o tobie podstawowych informacji, po czym dokonałbyś kilku wyborów. Mógłbyś powiedzieć coś o sobie? I przy okazji, powtórz jeszcze raz imię, proszę... Aha, zapomniałbym. Jestem Saul.
Pies odwzajemnił mój lekki uśmiech zadowolenia i zaczął czekać, aż udzielę mu kilku informacji o swojej osobie.
- Jestem Caius, a właściwie Commodus. Tak, moje pełne imię to Commodus. Możesz zwracać się do mnie jak tobie wygodnie, ponieważ myślę, że moja dłuższa nazwa może być niekiedy nieco kłopotliwa. Mam obecnie 3 lata, a pochodzę oczywiście z Ziemi. Uciekłem ludziom, tia. Po prostu nie byli zbyt dobrymi hodowcami, typowi ludzie nastawieni za zysk. Moja matka to Westa, nie mam pojęcia jak się miewa i w sumie niezbyt mnie to interesuje. Ojciec nie żyje, zwał się Protecius. Mam pełno rodzeństwa, za to zero potomstwa, tak samo z drugą połówką. Hmm...to by było chyba na tyle, Saulu.
Skończyłem opowiadać o sobie, wymieniając właściwie najważniejsze fakty na swój temat. Pies słuchał do końca, po czym przytaknął.
- Musiałbyś jeszcze wybrać swoją profesję. No, a potem zaprowadzę cię w pewne miejsce...zresztą, sam zobaczysz.
Saul podsunął mi pod nos całą listę przeróżnych zawodów, które mógłbym wykonywać w Sforze. Usługi...? Do tych profesji trzeba mieć specjalne talenty, których mi niestety brakuje. Na przykład, aby zostać dorożkarzem, raczej trzeba umieć biegle powozić... Co do podróży, mam ich dosyć od kiedy uciekłem z pseudohodowli. Do innych gatunków zwierząt nigdy nie miałem za bardzo podejścia, więc praca z towarzyszami zdecydowanie także odpada. Magia, serio? Nie miałbym cierpliwości studiować całych szamańskich ksiąg i bawić się w mikstury. Zdaje mi się, że byłbym nieco za słaby fizycznie na tak ciężkie zawody jak choćby łowca lub wojownik. Do tego trzeba mieć nerwy ze stali! Meh, nie widzi mi się również praca na dworze... A może by tak zostać zielarzem, medykiem? W końcu znam się trochę na ziołolecznictwie, ale chyba...nic poza tym. Odpada. Zastanawiałem się też dłuższy czas między szpiegostwem, a strażą. W końcu wyeliminowałem kilka z profesji, aby wreszcie dojść do jednej, jedynej pracy, którą chciałbym pełnić.
- Okej, zdecydowałem się na strażnika terenów, przywódco. Co o tym sądzisz?
Wyszczerzyłem się, podnosząc wzrok znad kawałka papieru. Saul przyjął go do siebie z powrotem i zaznaczył coś.
- Sądzę, że to świetnie. Mam nadzieję, że będziesz pełnił swoje funkcje z niesłychanym zapałem. A teraz, możemy już iść. Chodź.
Saul wstał, wypychając mnie niemalże za drzwi. Sam zaraz doskoczył do mnie, idąc ku wyjściu. Pies prowadził mnie przez całkiem obce mi jeszcze tereny. Zapachy różnych roślin, obcych psów i innych zwierząt mieszały się w powietrzu z każdym dalszym krokiem. Zastanawiałem się, gdzie prowadzi mnie przywódca i dlaczego zachowuje tajemnicze milczenie. Szliśmy dość długo, zanim naszym oczom ukazała się całkiem ciemna grota. Saul ponaglił mnie ruchem łapy, abym wszedł do środka. W tym momencie zaczął tłumaczyć, o co chodzi w tej całej sytuacji.
- Jesteśmy tutaj, abyś mógł zdobyć swój żywioł. Co z tego wyniknie, zobaczymy. Na razie musisz po prostu wziąć odłamek Kryształu. Zyskasz kilka przydatnych pewnie mocy, związanych ze swoim nowym żywiołem.
Słuchałem jego słów, nie bardzo wiedząc o czym dokładnie mowa. Żywioł? Moce? Magia? Co to ma kurde być i dlaczego miałem otrzymać jakieś magiczne moce mojego żywiołu? Mało co rozumiałem, no ale zamiast zadawać głupie pytania, trzeba po prostu spróbować i nie zawracać już przywódcy głowy... W grocie byłoby pewnie całkiem ciemno i wyglądałaby całkiem przeciętnie, gdyby nie nadprzyrodzony blask bijący z wgłębienia na samym środku groty. To musiał być ten cały Kryształ. Bez długiego namysłu, wygrzebałem ostrożnie pazurem jeden z małych dosyć odłamków. Już w chwili, gdy go dotknąłem, poczułem się dziwnie. Po moim całym ciele przepłynęła fala energii nieznanego mi źródła. Chciało mi się biegać, skakać, cokolwiek by tylko nie stać. Uczucie pozostało ze mną na długi czas. Trzymałem wciąż delikatnie łapę na kryształku. Wziąłem go ostrożnie w zęby, aby móc przenieść na zewnątrz groty. Saul tylko przyglądał się mi bez właściwie żadnych emocji wyrysowanych na pysku. Niedługo potem wyszliśmy z groty.
- Słuchaj, nie mam za bardzo czasu...mógłbyś znaleźć kogoś, kto oprowadziłby cię po terenach. W tamtą stronę idzie się do Lapsae. Pójdziemy razem, a potem po prostu zatrzymasz się tam, bo ja muszę szybko iść do Pałacu. Z pewnością będzie tam ktoś, kto mógłby ci wszystko pokazać. Wybierzesz też miejsce, gdzie chciałbyś zamieszkać. Tylko nie zapomnij wspomnieć mi później, gdzie byś się wprowadził!
Przytaknąłem tylko, widząc pośpiech Saula. Ruszyłem żwawym krokiem razem z nim w miejsce, w które mnie prowadził. Lapsae. Okazało się ono całkiem ruchliwą częścią krainy. Miasto, zamieszkałe z całą pewnością przez dużą ilość psów, huczało od gwaru. Najgłośniej jednak zachowywali się zdecydowanie handlarze i kupcy. Czego nie było na ich stoiskach? Przedmioty codziennego użytku, amulety, ozdoby, przeróżne ciekawe książki... Rzucałem okiem na prawo i lewo, aby uchwycić jak najwięcej w pędzie. W tym też miejscu przywódca musiał się ze mną pożegnać i kierował się jeszcze szybciej niż przedtem w stronę zapewne Pałacu. Lapsae było dość gwarnym miejscem, więc paradoksalnie ciężko było znaleźć kogokolwiek, z kim można byłoby pogadać. Czułem się zagubiony, kierując łapy raczej po dziwnym okręgu, chodząc od stoiska do stoiska i czasem przypatrując się budynkowi wielkiego banku. Mój kawałek Kryształu trzymałem raz w pysku, raz pod którąś z łap. Czułem, że coś się we mnie zmieniło... A gdyby skupić się tak przez momencik na jednej, jedynej rzeczy? Może odkryłbym cokolwiek? Podniosłem wzrok, patrząc na chmury na niebie. Nic wielkiego nie działo się, a więc żywiołem moim raczej nie była pogoda. Przeniosłem się kilka kroków dalej, myśląc ciągle o moich nieznanych jeszcze mocach. Wtem poczułem coś mokrego, spadło centralnie na mój grzbiet...czyżby jednak? Patrzyłem długo na swoją sierść, doszukując się ze zniecierpliwieniem choćby kropelki deszczu. Nie doszukałem się niestety niczego. Postanowiłem więc iść dalej, szukać już kogoś, kto mógłby oprowadzić mnie po terenach Eos. Inne psy nagle zaczęły zwracać na mnie uwagę, jakbym nie stał jeszcze przed moment w tym samym miejscu. Byłem głównym obiektem zainteresowania w tłumie, co nie zdziwiło mnie zbytnio. Chociaż w sumie chyba powinno. Patrzą na mnie z takim przerażeniem w oczach. Do tego co niektórzy krzyczą...co jest. Spojrzałem ukradkiem na swoją łapę, zajętą całkowicie ogniem. Wydarłem się z przerażenia, nie wiedząc zbytnio co robić. O dziwo nie czułem totalnie, kiedy zacząłem po prostu się palić żywym ogniem. Inni nadal biegali wokół mnie gorączkowo, aż jeden z psów wylał na mnie kubeł wody.
- Uważaj trochę, podpalisz nam całe miasto.
Usłyszałem. Rzeczywiście, zacząłem zostawiać po sobie skry ognia, które wybuchały na nowo większymi płomieniami, na szczęście w porę były gaszone przez tłum. Zrobiło mi się trochę głupio. Zrozumiałem za to, że moim żywiołem jest ogień. Teraz tylko muszę nauczyć się dobrze nim kontrolować...
- Przepraszam, to wypadek. Dopiero co odkryłem swój żywioł. Nie przypuszczałem, że może być nim ogień.
Pies, który oblał mnie wodą, stał przede mną teraz z nieco łagodniejszym wyrazem pyska. Był to owczarek niemiecki, wyższy ode mnie trochę i zapewne odrobinę starszy.
- Jesteś tutaj nowy?
Zapytał tylko.
- Tak, dopiero co tu mnie przyprowadzono. Jestem Caius, ale możesz mówić mi też pełnym imieniem, Commodus. Myślę, że do ciebie skieruję moją nieśmiałą prośbę, otóż, czy mógłbyś oprowadzić mnie po terenach, proszę? Byłbym wdzięczny.
Uśmiechnąłem się przyjaźnie w stronę psa, oczekując na odpowiedź.

<Oscar?>
1605 słów → 80೧ + 15೧

Powitajmy Commodusa!

Powitajmy nowego psa w sforze!
Commodus to trzyletni border collie. Postanowił objąć stanowisko strażnika terenów.
Podczas wizyty u Wyroczni poznał swój żywioł - ogień.
Teraz zostanie oprowadzony po terenach sfory przez Przewodnika.

Chcę poznać go lepiej!