16.06.2018

Od Agnes C.D Horusa

Wpatrywała się w Horusa dusząc w sobie śmiech i chęć obdarcia się z resztek godności robiąc z siebie głupka jak mały szczeniak. W takich momentach jak ten ta prawdziwa, poważna Agnes, jaką można było spotkać na co dzień całkowicie znikała, a na jej miejsce wstępowała jej młodsza wersja. Cieszyła się i parskała radośnie jak mały szczeniak, jakim była kiedyś, ale to bardzo kiedyś. Nie brzmi to zbyt dobrze w gramatycznym tego słowa znaczeniu, ale faktem było to, że tak dawno spacerowała po farmie, że wydawało się, jakby minęło kilka pokoleń. Te wszystkie wydarzenia były już zasnute mgłą i zanikały pod ciężarem ważniejszych wydarzeń. Było to dziwne, zważywszy na to, że czasem śniły jej się sny, które były tak rzeczywiste, jakby tak naprawdę gdzieś w głębi serca znała każdy szczegół swojego dzieciństwa.

- Hahaha! Berek, ty teraz gonisz! - Śmiała się gromadka rodzeństwa klepiąc się nawzajem i delikatnie podgryzając uszy. Byli tacy niewinni, nie wiedzieli jeszcze jakie zło kryje się w cieniu drzew. Nie zdawali sobie sprawy z tego, że świat składa się z o wiele większej ilości czynników i czynności, niż ciągłej zabawy i odkrywania nowych miejsc. Agnes skakała wokół dwójki swoich braci machając ogonem i szczerząc kiełki, na co samce odpowiadali tym samym, jednocześnie krzycząc:
- Ej, to nie fair! Nie jesteśmy tacy szybcy.
- Ha!, wreszcie na nic zdała wam się wasza siła.
Jedynymi psami w tym towarzystwie, jakie zachowywały spokój była Telesha i jej znajomy, powszechnie nazywany "starszy pies", chociaż w teorii kilkokrotnie młodzi słyszeli, jak ich matka mówi na niego Mot. Wpatrywali się w szczeniaki jakby oceniając je pod każdym względem. Jak się bawią?, a może nawet jak się śmieją? W końcu staruszek powiedział nieco zachrypłym i przepełnionym troską szeptem:
- Są dobrymi szczeniakami, ale mimo to, nadal tak na nie patrzysz. Co cię nęka?
- Wiem, że mają jego krew. Przesiąkniętą goryczą, która ją zatruwa.
- Zranił cię, prawda?
- Nie... - powiedziała półprawdą, zaraz jednak spojrzała prosto w oczy swojemu towarzyszowi rozmowy, który zrozumiał, że nie mówi jej wszystkiego. - Nie otwarcie, ale zranił. 

Wtedy nie rozumiała tego co mówili i nie zbyt ją to interesowało, ale teraz po pięciu latach życia czuła wypełniającą ją niepewność i chęć dążenia dalej do odkrycia zakładki. Czuła się, jakby miała zamiar ułożyć puzzle, ale nie miała wszystkich kawałków. Przedstawiały coś, ale dopóki ich nie ułożyła, tak naprawdę nie wiedziała co przedstawiają. Takie same oczy, ból, gorycz. Zrobił coś złego, zranił. Nie otwarcie, ale zranił - wspomniała słowa swojej matki i przygryzła wargę. Przestała pływać, poczuł, że powoli się zanurza.
Zniknęła pod taflą wody słysząc jeszcze jakiś krzyk Horusa. Otworzyła szerzej oczy rozglądając się, aby dostrzec to, co kryło się w ciemnej głębinie. Wokół było dużo nierównych i ostrych skał, a także pojedynczych, sporych kamieni. Wśród nich dostrzegła wygładzony odłamek jakiegoś kamyka, może nawet klejnotu, który błyszczał w promieniach słońca przedzierających się przez wodę. Dostrzegła w nich rozmazane własne odbicie, ale nie zdążyła się temu bardziej przyjrzeć, gdyż poczuła, że powietrze uchodzi z jej płuc. Machnęła bardziej łapami i po chwili zalazła się znowu na górze oddychając płytko, ale szybko. Samiec wpatrywał się z nią w przerażeniem, które zniknęło widząc, że Agnes zdawała się panować nad sytuacją. 
- Nie rób tak więcej - wysapał nadal wpatrując się w łaciatą, która tym razem była już o wiele bardziej poważna niż przedtem. - Przypominasz mi o czymś.
- No co ty, mówisz na serio? Przynajmniej będę tym miłym wspomnieniem wśród fali goryczy, którą ciągnie za sobą kwaśny los.
- Co ty taka kapryśna? To ja powinienem się złościć, za wrzucenie do wody.
- Nie jestem w najlepszym humorze, okej? - Parsknęła i zmarszczyła brwi w zirytowaniu, a po chwili zaczęła poruszać łapami rozpryskując wokół wodę, żeby dopłynąć jakoś do brzegu. Chwyciła się skały i podparła się o nią, żeby wspiąć się na górę. Otrzepała się, ale nadal wyglądała jak kaczka. Jej futerko nie było tak puchate jak zwykle, a w dodatku czuła się, jakby przybyło jej co najmniej 5 kilogramów. Poruszyła szybciej ciałem jeszcze raz, a krople poleciały wokół. 
- Wszystko dobrze?
- Nie, po prostu nie, kogo ja okłamuję! Od dawna nękają mnie dziwne sny z mojego dzieciństwa. Słowa mojej matki, w dodatku ta suczka. Wyglądała jak ja, prawda? I znała imię... mojej mamy. To jest ze sobą powiązane, ale do cho*ery nie wiem jak. Mój ojciec albo inny samiec, którego znała moja rodzina jest punktem zaczepnym. Musiał być zły, chyba... sama nie wiem!

<Horus? Agnes już nie wytrzymała XD>

15.06.2018

Od Horusa cd. Vivienne

Pies lekko się wzdrygnął gdy centymetr obok jego pyska przeleciało żądne krwi stworzenie. Kilkanaście ptaków, o ile tak można nazwać te kreatury, zaczęły być coraz bardziej śmiałe wobec mieszkańców Helecho, tylko nieliczni im się postawili. Kilkanaście psów straciło już swoje rzeczy, zniszczony płot czy ogródek warzywny nie były rzadkością w tym momencie. Karmelowy owczarek nie raz próbował doskoczyć do jednego z ptaków, ośmieszał się jedynie, gdyż jego skoki wyglądały przedziwnie, polegały na lekkim wyskoku i przebieraniu łapami w powietrzu. Nie raz widział jak Vievienne uśmiecha się pod nosem na pokaz jego wyczynów akrobatycznych, szybko skończył z tą metodą i zajął się dobijaniem tych, co leżały już na ziemi. Najczęściej obcięcie głowy małym sztyletem było problematyczne, ale gdy Horus wyciągnął z pochwy miecz, stało się to wręcz nudne. Z zazdrością spoglądał jak suczka przykuca i szybkim skokiem łapie w zęby jakiegoś potwora, nie wypuszczając go zaciskała kły na jego szyi i już po chwili to, co przed chwilą żyło, leżało martwe u jej łap. Pies widział w jej oczach chęć mordu i złość, troszkę go denerwowało (to uczucie było spowodowane lekkimi obawami) takie towarzystwo ... ale cóż, nie narzekał. Kilka minut później dołączył do nich pies, kremowy labrador celnie strącał z nieba ghule używając łuku. Horus poznał go, mieszka w okolicy i jeśli się nie myli, to prowadzi hodowlę koni. Pies po skończonej robocie zaczepił psa.
- Witaj, jestem Horus. Nie prowadzisz może hodowli koni ..? - zerknął tym samym na białą sukę znikającą w gąszczu - Nie wiem, czy dobrze cię kojarzę.
Pies szeroko się uśmiechnął.

Po kilku godzinach Horus już maszerował leśną ścieżką, mimo że zapadał wieczór, on musiał dotrzeć do zamku. Z niechęcią oddalał się od swego domu i nieznajomej, ale wiedział że po ostatniej tragedii potrzebują więcej wojowników aby pilnować granicę. Schylił łeb i apatycznie zaczął ruszać łapami. Nie miał siły, ciało odmawiało mu posłuszeństwa a umysł był zamglony i stwarzał lekkie niebezpieczeństwo gdyby stała się jakaś nieplanowana sytuacja. Cały dzień spędzony na ściganiu nieznajomych piękności i walczenie z nimi, potem walka z ghulami, oglądanie koni który prawie nadepnął owczarkowi na łapę i na końcu szaleńczy bieg w ucieczce przed jakimś dużym zwierzęciem. Człapał tak ze zwieszoną głową kilka kroków, po czym wszedł trochę głębiej w las.

Gdy znalazł w miarę dogodne, jak i bezpieczne miejsce na małe ,,nocowanie", położył się pod ogromnym dębem i przymknął oczy. Pod łapami miał zawsze miecz, a na wszelki wypadek sztylet pod płaszczem podróżnym. Jego myśli ciągle wracały do białej, może trochę agresywnej suczki którą poznał zaledwie kilkanaście godzin temu. Mimo że dla niej pewnie jest przelotnym psem spotkanym na długiej drodze życia, to ciągle miał nadzieję że gdzieś głęboko w środku darzy go choćby malutką  cząstką przyjaźni. W końcu powieki same mu opadły na niebieskie ślepia i zasnął.

Poranek nie był zbyt przyjemny. Pies lekko się przeciągnął i od razu jego brzuch zaczął grać marsza, poloneza, albo mazurka. Jak kto woli. Szybko pozbierał swoje manele i ruszył biegiem w stronę Lapsae, jeśli spotka jakąś bryczkę to powinien zdążyć na czas. Łapy same biegły, pies gwałtownie się rozglądał szukając choćby czegoś co powóz mogło przypominać lub mogło go szybko zawieść do stolicy. W końcu jego radosnym oczom ukazała się w całej swej okazałość bryczka, dwa rącze konie kłusowały równomiernym chodem. Za wozem ciągnęła się chmara pyłu, pies przyśpieszył aby ją ominąć i wyjść przed drewniany pojazd. Pies szybko pomachał woźnicy, ten gwałtownie zatrzymał dwa kasztany i pies podszedł, ukłoniwszy się, zapytał teriera siedzącego na dyszlu o wszystkie szczegóły.
- Dokąd pan jedzie ?
- Ano do stolicy, jedziemy. Trochę daleko, ale u nas droga szybko zejdzie.
- A mógłby pan przyśpieszyć ? Chociaż troszeczkę, widzę że konie ma pan wspaniałe.
Na pochlebstwo stary pies uśmiechnął się szeroko i zaprosił gestem psa do wozu. Pies nie czekając otworzył maleńkie drzwi. Gdy już siedział, dopiero wtedy zobaczył że naprzeciwko niego siedzi nie kto inny, jak Vievienne patrząca się na niego spode łba.
- Jak tam, nie zjadłaś jeszcze nikogo ? - na pysku psa pojawił się uśmiech.

Viv ? 

słowa - 664

Od Vivienne - CD. Horusa

Vivienne, podczas najzwyklejszej nieuwagi jej towarzysza zaczęła iść wydeptaną dróżką prowadzącą do miasteczka. Wiedziała, że owczarek nie szedł za nią, postanowiła więc z tego skorzystać i chociaż na chwilę uciec od towarzystwa. To, co jeszcze parę minut temu miało tu miejsce, działo się w tak szybkim tempie, że biała suczka wciąż nie była w pełni świadoma tego, co się tu wydarzyło. Czyżby czuła do psa tę przyjacielską więź... Co się z nią tak właściwie działo? Momentami miała ochotę przywalić mu z całej siły, a czasami zawrzeć przyjscielski sojusz. Te dwie opcje wciąż się ze sobą biły, a w mózgu suczki właśnie odbywał się jakiś dziwny rytuał, który chyba nazywał się procesem myśleniowym. Zbyt bardzo ją jednak pochłonął, w tym stopniu, że całkowicie odcięło jej oczy od mózgu. Zapatrzyła się, a niespełna trzysta metrów od miasteczka wpadła do jakiegoś rowu, czy dziury wykopanej w ciągu jakichś dziwnych prac, lub specjalnie, by kogoś sprankować, a osobą, która miała się nabrać, była Vivienne. Zaczęła krzyczeć i drzeć się na całe gardło, co miało na celu prośbę o pomoc. W tym wypadku zachowała się bezczelnie, mało w których przypadkach ona popisywała się bohaterstwem, w większości przypadków zostawiła poszkodowanego na pastwę losu. W kilka chwil nadbiegł ten cały Horus, który wydawał się być zaciekawiony i Vivienne czuła, że zależy mu na przyjaźni. Jej zdanie? Nie zbyt mu przeszkadza, okazał się być spoko, ale... Nie. Nie są przyjaciółmi.
- Fajnie tam na dole? - Zażartował. Suczka prychnęła arogancko. Pies postanowił mimo jej fochów jej pomóc, nie pytając o zdanie. Tak, szybko poszło, ale teraz zawitał nowy problem - nad ich głowami zaczęło latać kilka dziwnych stworzeń przypominających lekko ptaki, tylko, że miały monstrualne zęby oraz pazury. Jako nowa mieszkanka Eos Vivienne dość łatwo je zlekceważyła, jednak Hours był jak najbardziej przeciwko temu.
- Ghule... - Wyszeptał.
- Że co?
- No ghule! - Vivienne dalej nie znała znaczenia tego dziwnego słowa. Widziała w oczach psa jakąś dziwną rzecz, lęk i strach, który najwidoczniej sama powinna czuć, nie wiedziała jednak, dlaczego. Popatrzyła na te dziwne stworzenia, jej towarzysz starał się jednego zabić.
- Skoro jesteś taka twarda i groźna, to dawaj, pomóż mi, zamiast bezczynnie stać! - te słowa nie pozostawiały śnieżnobiałej innego wyjścia. Zabije te ptaszki, skoro są podobno niebezpieczne. Usilnie próbowała złapać jednego, powalić i zabić.

Hoorus? Krótkie, wiem :v
381 słów -> 15 

Od Horusa cd. Vivienne

To, co pies przeżywał, nie można było nazwać inaczej niż jakąś zmieszaną grupką wszelakich uczuć. Odczuwał ogromną irytację jak i chęć zaprzyjaźnienia się z tą wkurzającą go istotą. Trzymając ją tak i unieruchamiając  w tym samym czasie słuchał jej tekstów jaki on okropny, nieraz poleciała wiązka przekleństw w jego stronę. W końcu uśmiechnął się szeroko i niezrażony aroganckim zachowaniem suki odskoczył na bok. Ta już spokojniej wstała i podeszła do niego zaciekawiona, zatrzymała się metr od niego. Pies widział każdy jej mięsień rysujący się na białym futrze, wszystkie naprężone i gotowe do odebrania ewentualnego ataku. Ona naprawdę myślała że ją zaatakuję ? Mimowolnie się uśmiechnął na tą myśl. W sumie się nie dziwił, sam czuł się niekomfortowo w owej sytuacji i jego mięśnie także były spięte. Pies nie czuł się wielce ,,urażony" zachowaniem Vivienne, ale owe zachowanie głęboko go zastanawiały. W końcu zerknął w niebo sprawdzając porę dnia, podniósł wysoko łeb i zmrużył oczy od brzasku jasnej gwiazdy. Słońce chyliło się dopiero ku szczytowi, co oznaczało jeszcze kilka godzin światła w Jutrzence. 
- I co teraz ? - zapytała Vivienne wpatrując się w Horusa. Śledziła każdy jego najdrobniejszy ruch, jakby bała się że zaraz ją znienacka zaatakuję. Dopiero po kilku minutach dała sobie najwyraźniej spokój stojąc już normalnie, o ile tak to można ująć.
- Nie mam bladego pojęcia - szczera odpowiedź chyba nie zadowoliła suczki - Może miałabyś ochotę poznać miasteczko ? Niedaleko znajduję się Helecho, nie jest za duże.
Gdy suczka otwarła pyszczek aby odpowiedzieć, do uszu owczarka dotarł cichy dźwięk, który z każdą sekundą narastał w siłę. Do tego ziemia, która nie wiadomo skąd zaczęła lekko się ruszać, niepokoiła owczarka. Zaczął kalkulować wszystkie możliwości, aż w końcu zamarł i lekko się oblizał na woń spoconego futra kilkunastu galopujących jeleni. Wiosna, to i młode, a oni właśnie są w części lasu gdzie ostatnio widziano stado tych smakowitych zwierząt. Z jednej strony miał ochotę poczekać jak stado przebiegnie i rzucić się na jakąś sztukę, a z drugiej coś w głębi jego umysłu kazało mu zostać z Vivienne. 
- Jeśli jesteś taka pewna, to złap sarnę - rzucił przez ramię i pobiegł za galopującymi sarnami. Jego łapy ledwo dotykały wilgotnego runa, on sam starał się robić jak najdłuższe kroki. W końcu upatrzył sobie mniejszą, ale tak samo hardą sztukę co inne. Rzucił jej się do gardła i złapał za zad. Ta próbując go zrzucić, wywijała tylnymi kopytami, ale to tylko sprawiło że pies jeszcze mocniej wbił pazury w bok zwierzęcia. Po kilkunastu minutach zwierzę już leżało z pogryzioną szyją. Pies nagle podniósł łeb i nieznacznie zaczął się rozglądać, jakby czegoś szukał. W sumie szukał. Nigdzie jednak nie dostrzegł białej suki. Lekko zawiedziony jak i zmęczony powlókł się drogą do domu. Jego łapy uderzały o wydeptaną ścieżkę, dopiero po kilkunastu minutach usłyszał niepokojące wrzaski, wtedy rzucił sarnę i pobiegł do miasteczka. 

Viv ? 

(nie zabij za nudny odpis ;-;)


Od Morrigan

Leżałam na futrze jakiegoś zwierzęcia. Może jeszcze kilka godzin temu mogłabym spokojnie rozpoznać jakiego, ale w tej chwili? Byłam otumaniona przez jakieś zioła, napar, który został mi na siłę wepchnięty przez medyka. Od rana tylko wrzaski, westchnienia, łkanie. Słyszałam je od każdego, kto do mnie przyszedł. Wielu z nich nawet nie znałam, zamieniłam może kilka słów. To współczucie nie było skierowane do mnie, raczej do Aarona, który właśnie stracił szansę na wypełnienie swojego obowiązku jako przywódca i samiec. Czułam się w tej chwili jak rzecz. Nigdy wcześniej nie przyszło mi na myśl, że inni mogą mnie tak widzieć. Jako kogoś, a raczej coś, co ma tylko urodzić następców. Czy właśnie tak traktowano przywódczynie, władczynie, królowe? Bardzo prawdopodobne. Przez całe życie próbowałam udowodnić, że jako suka nie jestem słabsza, mam silną wolę i niezbędne umiejętności, a w tej chwili? Właśnie wtedy poczułam się słaba. Jak nigdy. Otoczona przez zszokowane i zasmucone psy. Zasmucone bynajmniej nie z powodu szoku jaki przeżyłam, gdy okazało się, że moje nienarodzone szczenięta są już martwe. Zasmucone, bo może zostać przerwana ciągłość dynastii. Jakby to stanowiło istotę naszego życia w tym świecie! Miałam ochotę wstać, pobiec, zatopić swój żal, rozczarowanie, ból... Zatopić w krwi zwierzęcia, potwora. Przecież właśnie tak radziłam sobie wcześniej z tymi emocjami. Byłam jednak tak słaba...
Słońce górowało nad horyzontem, gdy ciężkie, dębowe drzwi otworzyły się i weszła przez nie śnieżnobiała postać. Aaron. Spojrzał na mnie ze współczuciem. Jego pysk nosił ślady przeżyć, które towarzyszyły mu od rana. Przebywał właśnie w Grocie Wyroczni, gdy posłaniec pobiegł z wieścią o moim poronieniu. To musiał być dla niego szok. Mogłam wyobrazić sobie jak zareagował. Zaśmiałam się gorzko, a on spojrzał na mnie z niepokojem.
-Czemu się śmiejesz? Co w tym wszystkim jest zabawnego? - Błędnym wzrokiem omiótł całą salę, by w końcu spojrzeć na mnie.
-Jesteś wstrząśnięty. -zauważyłam, może mało odkrywczo.
-Nie masz pojęcia jak bardzo, przecież właśnie straciłem...
-Następców - dokończyłam chłodno.
Spojrzał na mnie, z tym samym zdziwieniem i niepokojem co wcześniej.
-Szczenięta. Dzieci. Nasze dzieci.
-I to ty jesteś oszołomiony, zrozpaczony? Co ja mam powiedzieć?! Dzisiaj dowiedziałam się, że te małe serca przestały bić. Noszę w sobie trupy, zwłoki. Nie wiesz jaką odrazę do siebie poczułam, a jednocześnie jak wielki smutek. Nigdy nie wyobrażałam siebie w roli matki. Owszem, dopuszczałam taką ewentualność, jednak nigdy, NIGDY nie potrafiłam sobie wyobrazić, że będę troskliwą, kochającą matką. Miałam nią zostać przez wzgląd na ciebie, na nasze wspólne szczęście. Czułam, że jestem na to gotowa i właśnie dzisiaj poczułam, że owszem, byłam. Właśnie wtedy, gdy dowiedziałam się, że one są martwe!
Aaron milczał. Rozważał moje słowa. Wydawał się o wiele starszy niż w rzeczywistości,, pogrążony w rozpaczy, smutku. Przecież dla niego też była to strata. Może byłam jednak za ostra?
Nie zdążyłam naprawić moich słów. Wyszedł powoli, mimo, że krzyknęłam za nim rozpaczliwie. Medyk wszedł zaraz i obejrzał się za siebie. Westchnął cicho i podał mi znów jakiś wywar. Tym razem wypiłam bez słowa sprzeciwu. Niech robią ze mną co chcą. Niech dzieje się co chce.
Promienie wiosennego słońca wpadały przez okno, ptaki bez wytchnienia kontynuowały swoje pieśni, a ja zasypiałam, uspokojona przez dziwne zioła. Niech się dzieje co chce... Mogę teraz nawet umrzeć. Przecież skoro śmierć może spotkać niewinne, bezbronne stworzonka, nie może być tam tak źle...

Dźwięk strzelby. One tam są, razem z nim. Nie dowiem się nigdy jak wyglądały, nikt mi ich nie pokazał. Nie rozpoznam ich, gdy już tam będę. Czy one będą znały mnie? A może jednak będzie między nami więź... Brata rozpoznam gdziekolwiek się teraz znajduje. Nieważne, czy wyrósł już na dorosłego psa. Czy w ogóle po śmierci się dorasta? Pewnie nie. Tym bardziej go rozpoznam...

Obudziłam się spokojna. Uśmiechnięta. Mimo, że we śnie dręczył mnie dziwaczne myśli. Trzeba żyć dalej. Niech nie widzą już słabości. Jestem silna. Zawsze byłam. Nawet wtedy, gdy straciłam rodzinę, gdy zostałam sama. Teraz mam Aarona, całą psią społeczność. Sforę. Jakoś to będzie. W końcu przestaną na mnie patrzeć z politowaniem. Choćby wszyscy się smucili, pokażę im, że ja chcę żyć dalej, nie poddam się. Do ostatniej kropli krwi. Taka już jestem i muszę taka pozostać.

Cóż. Morri poroniła. Nie wiem co mnie natchnęło. Tak będzie.
| 680 słów → 30೧ |