07.10.2018

Od Lady cd. Oskara

Zdziwiona nagłym zachowaniem psa, nie protestowałam. Szczerze? Jego tajemnicze zachowanie i krótkie wyjaśnienia zaintrygowały mnie do tego stopnia, że końcówka mojego ogona zaczęła lekko drżeć. Momentalnie znalazłam się przy ciemnym owczarku i wspólnie ruszyliśmy szybkim, miarowym truchtem. Weszliśmy w tereny leśne i wędrując, nie pomijaliśmy żadnych widokowych zakamarków, wręcz przeciwnie, maszerowaliśmy do nich i z podziwem oglądaliśmy każdy klif, każde dziwne drzewo i to, co choć w małym stopniu wydawało się choć trochę osobliwe.

Oskar wybierał prześliczne szlaki, pełne wspaniałych widoków dolin i polan, ogrom kolorowego kwiecia napadał na nas ze wszystkich stron. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się, Okar i ja czuliśmy lekkie zmęczenie, w końcu dwugodzinna droga zmieszana z ciągłymi rozmowami może psa wykończyć. Dosłownie. Siedliśmy na polanie i gdy wygodnie się usadowiliśmy, dopiero wtedy poczułam, co to znaczy mieć przy sobie jakąś inną osobę. Kocham Oskara, nie słowem ale zachowaniem i czynem. Nie wiem, jak mam dziękować losie za te wszystkie chwile spędzone na ziemi. Może to jakieś wynagrodzenie za wszystkie krzywdy na tamtym świecie? Może. Skupiłam się na chwili, spędzonej przy ciepłym futrze kudłatego owczarka. Zielone listowie rozciągało się do końca polany i jeszcze dalej, jakby nie znało takiego czegoś jak cywilizacja. I dobrze. Jasno niebieska łuna rozciągała się po niebie, tworząc przejścia chmur, coś na kształt jednej, wielkiej kolejki. Wszystko żyję własnym życiem, nie przejmując się niczym innym. Poczułam jak instynktownie łapie za kolorowe kwiaty i zaczynam pleść długi sznureczek. Ciasno splecione kwiaty pomału zaczynały nabierać kształtu na cokolwiek. Szczerze? Nie wiedziałam, co to mogłoby być. Skupiając całą swoją uwagę na swoim rękodziełu, poczułam jak Oskar nakłada mi na łeb coś z kwiecia. Podniosłam swe oczy ku górze i dostrzegłam wianek z niepozornych, ale jakże przepięknych stokrotek i innych jasnych kwiatków.
— Ha, byłem pierwszy — powiedział z radosnym uśmiechem. Gdzie on się tego nauczył?

Ruszyliśmy, ja z wiankiem na łebku a Oskar z czymś w stylu korony z wszelakiego kwiecia. Zerkałam ciągle na niego a on jedynie odpowiadał szerokim uśmiechem na pysku. Humory nam dopisywały.
— Oskar, gdzie idziemy? — zapytałam mrużąc oczy gdy wyszliśmy na mocno oświetloną dróżkę. Oczywiście że do Litore, zdążyłam się już domyślić. Szliśmy ciągle na południowy-zachód, nie zmienialiśmy tej trasy od początku. I zaczynałam czuć charakterystyczny zapach soli, delikatny, ale zawsze świadczący o obecności morza.
— Pytasz się po raz kolejny, ale ja dobrze wiem, że wiesz — odpowiedział i parsknął śmiechem.
— Co cię tak śmieszy? — powiedziałam niby z urazą, ale od razu widać było, że jest udawana — Przestań, natychmiast.
Jednak moje prośby były na nic, im bardziej prosiłam, tym bardziej owczarek robił sobie ze mnie żarty. Chcę mieć wojnę, będzie ją mieć.
— Wiesz co, ostatnio miałam w planach zrobić takie placki z powidłami ... ale widzę że Cię to za bardzo nie interesuję.
Pies od razu spoważniał i tylko radosny błysk w jego oczach świadczył, że to wszystko jest zabawą.
— Wypraszam sobie, jestem jak najbardziej poważny — odrzekł z dumnym akcentem, po czym machnął radośnie ogonem, wywijając nim wzory w powietrzu.
— Tak, na pewno — odpowiedziałam wymijająco i mój oddech się gwałtownie zatrzymał, kiedy dojrzałam swoje ukochane morze między drzewami. Oskar zachęcająco przyśpieszył do biegu i już po chwili wspólnie ścigaliśmy się do wody. Nasze łapy wspólnie wybijały znany nam rytm.

Tup tup tup. Tup. Tup tup. Tup tup tup. Tup. Tup tup. Tup tup tup. Tup. Tup tup. Tup tup tup. Tup. Tup tup. Tup tup tup. Tup. Tup tup. Głośne szast i klap. Szast, szust. Szust. Szast ... Szust.

Wyszliśmy na plażę prosto z lasu, do brzegu jest jakieś ... dwieście metrów? Widziałam jak mnie wyprzedza, robił przy tym fikuśne figury; machał ogonem lub podnosił wysoko obie łapy. Ja nie potrafiłam się powstrzymać, mój ogon wariował i uszy nastawiły się na przygodę. Czułam najpierw utwardzony piach po łapami, potem taki zwykły i na końcu lekko wilgotny od fal. Przy granicy suchości i mokrości (?) lekko podskoczyłam i wręcz zanurkowałam w słonej wodzie. Kochałam zapach pobudzającej soli w nosie, jej ostry smak w pysku i nawet lekkie szczypanie w kącikach oczu. Zanurzyłam się po pierś w wodzie, najpierw opuszki, stawy i na końcu klatka piersiowa, z której czarne futro ulatywało mi na boki. Kątem oka zerknęłam na psa, ten także wszedł do wody i z nie mniejszą radością korzystał z jej walorów. Po zapoznaniu się z wodą, rozpoczęła się bitwa na ochlapywanie - nie było żadnej litości.

Siedziałam u jego boku i opierając się o jego puszystą kufę, wpatrywałam się w morze. To chyba było moje ulubione zajęcie od dawna, mimo że na tamtym świecie nie miałam o nim pojęcia, choć niby je pamiętałam. Jakże dziwne i niepokojące, nieprawdaż? Bliskość i ciepło bijące spod futra nie potrafiły zaspokoić wszystkich moich pytań co, gdzie, ale. W sercu je odrzucałam, tworząc dla nich szufladkę opatrzoną napisem ,,niepotrzebne - wyrzucić". Jakże teraz było mi miło, wspaniałe uczucie być dla kogoś ważnym nie dlatego że jest się ,,kimś", tylko dlatego, że tego kogoś się po prostu kocha. Od pewnego czasu w głowie krążyła mi jedna myśl, co z ślubem? Dla jednych to rzecz prosta i szybka, dla innych - lata przygotowywań. Ale ja wraz z Oskarem, do której grupy się zaliczaliśmy? Głosik w głowie podpowiadał mi, że idealnie po środku. Zbliżał się wieczór, powietrze stało się chłodniejsze, wsiąkające w skórę, mijając futro i fale wezbrały - będzie sztorm. Oskar chyba też dostrzegł nagłe zmiany pogody i tak jak siedzieliśmy, to teraz ruszyliśmy w stronę miasteczka.

839 słów (bez tup'tupów)→ 40౧

17.08.2018

Od Vivienne - CD. Horusa

 To wszystko działo się w tak... Dziwnie ekspresowym tempie. Najpierw ostrą uwagę Vivienne przykuł widok psa powalającego Horusa, który przyczynił się do natychmiastowego wyszczerzenia zębów, stanięciu włosów dęba oraz mocnemu wbiciu łap w ziemię, a już po chwili ten sam pies, który napadł na Horusa targął na suczkę. Przez jakiś krótki moment była pewna, że za chwilę powali przeciwnika na ziemię i uniknie ciosów, toteż okazało się być błędem. Napastnik skoczył na Vivienne, dosłownie miażdżąc jej ciało pod ciężarem własnego ciała. Ta jednak nie wydawała się być tym zmartwiona, bo już po chwili udało jej się odbić psa. Nieznajomy z hukiem runął na ziemię, jednakże był mocno doświadczony w tym, co robił i nie leżał okaleczony długo. Kilka sekund po bolesnym upadku znów był na nogach, a skutki nie były kolorowe. Najpierw podszedł do suczki i przybrał taką pozycję, jakby miał ją zaatakować, podczas gdy ona złowieszczo wpatrywała się prosto w jego oczy. Jednak po chwili wolno odszedł, złowrogo się uśmiechając, a suczka poczuła cios od tyłu. No tak, debile wysłali wsparcie. Zobaczyła na swoim tylnym udzie taflę świeżej, tryskającej krwi oraz dużego, masywnego osobnika. Syknęła z bólu. Po raz pierwszy czuła się bezradna. Chciała coś jeszcze zrobić, obronić się, nie pozwolić tym psom wyrządzić jej chociaż najmniejszej krzywdy, ale nie potrafiła już nic. Każdy cios bolał coraz mniej, najprawdopodobniej dlatego, że z każdym kolejnym traciła na siłach oraz napastnicy nie angażowali się tak, jak wcześniej bo widzieli, że śnieżnobiała nie daje sobie już rady. W pewnym momencie po prostu zrobiło jej się ciemniej pod oczami oraz poczuła, że mdleje. I zemdlała. Ledwo przytomna spojrzała na ciało Horusa leżące około pięciu metrów o niej i poczuła coś, czego jeszcze nigdy nie poczuła. Martwiła się. O dziwo nie tylko o siebie. Po raz pierwszy poczuła się winna za czyjeś życie. Czy mogliby tak umrzeć...? Nastał koniec tych przemyśleń. Suczka straciła przytomność.

~°~°~°~°~°~°~°~°~°~°~°~°~°~°~°~

Ból głowy... Ten okropny ból... Leżała w jakiejś śmierdzącej klatce, osobno z psem. Nie potrafiła wstać. Bolało ją wszystko, bez wyjątku. W takim stanie nie była od dawna ale wiedziała, że nie powinno to zagrozić jej życiu. Odetchnęła z ulgą, choć w głębi serca wiedziała, że ma się czego obawiać... Że naprawdę ma powód do zmartwień. Była w zupełnie obcym miejscu, czymś, jakby bazie, jakieś grocie, w której na pewno nigdy nie postawiła jeszcze łapy. Wokół nie było żadnych psów, no, może oprócz Horusa. Wciąż leżała, ledwo przytomna i słyszała głuche wołanie psa. W uszach jeszcze jej szumiło, ciężko jej było ruszyć czymkolwiek, a gdy już odzyskała przytomność, poczuła miażdżący ból w udzie. Jak poparzona zerwała się na równe nogi, opłakując ranę. Wciąż lekko sączyła się z niej krew. Czuła na sobie wzrok samca, doskonale wiedziała, że jego oczy są właśnie wlepione w jej ranę. On sam nie był w najlepszym stanie, widoczne było kilka zadrapań i mniejsza, jednak obfita rana, prawdopodobnie od zębów któregoś z psów. Oba psy były teraz wsadzone w dwie, osobne, ciasne i małe klatki, niczym bezrozumne zwierzęta. No cóż, tutaj królował pies, na Eos był najlepiej rozwinięty. Nazywanie ich "zwierzętami" w takich warunkach nie byłoby dobrym wyjściem, ale cóż to ma za znaczenie? Widać, że tych dwóch głupków było stać na ruszenie mózgownicą i powsadzali ich do osobnych, pięknych więzień. Tak "gdyby nicponie uknuli razem jakiś plan ucieczki". Siedziała na własnych pośladkach, starając się odgonić od siebie wszystkie złe myśli. Była zestresowana i wystraszona, zza krat dobiegały do niej okropne krzyki, aż drżała z trwogi, gdy tylko jakiś dobiegł do jej uszu. Starała się myśleć pozytywnie, ale sytuacja, w jakiej obydwoje się teraz znajdowali była niezbyt przyjazna. Razem z krzykami tych... Idiotów słyszała pogodny głos Horusa.
- Vivienne? Żyjesz jeszcze? - Te zdania usłyszała najwyraźniej, wyraźniej, niż inne, zmieszane z bełkotem i szumem w uszach.
 Stanowczo pokiwała głową. Miała wrażenie, że póki co wszystko w porządku ale z tego, co zdążyła już zobaczyć psy nie miały dobrych intencji. Czego więc chciały? Jak na razie to pytanie bez odpowiedzi. Vivienne głęboko odetchnęła. Wiedziała, że stres niczego nie da, może wręcz pogorszyć sytuację. Nie należy się bać czegoś, co może się nigdy nie wydarzyć. Spojrzała na swoje łapy i pogrążyła się w głębokich myślach. Czy to, co widziała właśnie w jakieś dziwnej kałuży błota, odbicie ukazujące przerażoną, biało-niebieską kupę sierści to prawdziwa twarz suczki? Widziała siebie jako przestraszone szczenię a nie tą samą twarz, którą widuje na co dzień. Dotarło do niej, że nie może opłakiwać jednej wpadki, bo życie przyniesie ich mnóstwo.
- Musimy się stąd wydostać - odezwała się, przerywając głuchą ciszę.
- No ba - odpowiedział pies. Nie zwracała uwagi na jego odpowiedź. Zapomniała o wszystkim i starała się wymyślić dobry plan, jak wyrwać się spoza tych krat. Słyszała coraz wyraźniejsze kroki napastników i wiedziała, że szanse na natychmiastową ucieczkę są nikłe. W jej serduszku paliła się jednak świeczka nadziei, gotowa w każdym momencie zrobić pożar, który wreszcie zapaliłby wszystko, co niepewne. Pies w drugiej klatce kręcił się nerwowo. Nagle, jakby znikąd, oczom Vivienne i Horusa ukazał się pies. To najpewniej ten, który napadł Horusa i ten, którego Vivienne popchnęła. Suczka zaczęła agresywnie gryźć pręty kraty, co miało emitować agresję. Była świadoma, że nie przegryzie tej kraty i to, czy jeszcze kiedyś wyjdzie na wolność zależy od psa. Ten tylko zaśmiał się pod nosem.
- Zachowujesz się jak zwierzę - szydził.
- A czym jesteśmy, bałwanie - odpowiedziała natychmiastowo suka. Była przerażona jego obecnością, ale i pewna siebie. Pies zignorował jej odpowiedź. Jechał wzrokiem bo obydwojga, a w pewnej chwili wybuchnął śmiechem.
- No i czego tak się śmiejesz, ruska pało - dorzuciła.
- Z twojej postawy - odparł, natychmiastowo kończąc humorki. Jego mina spoważniała.
 Vivienne wbiła wzrok w drugiego psa. Miał spuszczony łeb, a w jego oczach widniała nuta zwątpienia. Poczuła się jakoś dziwnie. Poczuła, że naprawdę go lubi. Nieco się bała i winiła siebie za całą sytuację, choć w głębi wiedziała, że to nie prawda. Usiadła na podłodze, zimnej, a dodatkowym, niezbyt wygodnym dodatkiem były dolne pręty klatki. Wciąż miała wlepiony wzrok w psa. Zaczął niepewnie podnosić łeb, kierując ślepia w stronę tego... Tego idioty.
- Dlaczego nas tu więzisz? - zaczął niespodziewanie.

Horus?
1012 słów -> 50 ೧ + Bonus +1000 słów -> 10 ೧

Od Cynthii - CD. Vivienne

- Zdajesz sobie sprawę, że można było zrobić to szybciej? Poza tym, co taka sunia jak ty robi na bagnach? - spytała ironicznie Cynthia, ignorując fakt, że jest całkiem sporo mniejsza od nieznajomej.
- Oczywiście, że można było, ale po co? - prychnęła husky, zlizując ostatnie ślady obrzydliwej posoki moczarnika ze swoich kłów.
Między przestrzenią, która je dzieliła - konkretniej w małej, brunatnej i wstrętnie cuchnącej kałuży tuż przed łapami nieznajomej pojawiła się spora różyczka z zabrudzonymi krwią kłami, by w następnej chwili wykrzywić się ironicznie. Gdyby Connie była sama, zapewne parsknęłaby śmiechem - jeszcze nie widziała swoich kwiatków w takim wydaniu, a ten okaz wyglądał, co tu dużo mówić, komicznie. Biała najwidoczniej jeszcze nie zauważyła stworzenia, co dało przerażonej borderce pewną ulgę. 
Woda za nieznajomą zaczęła parować i bulgotać. Smród brunatnych obłoczków dotarł aż do Cynthii. Tafla poruszyła się niespokojnie, a suczka miała wrażenie, że przepływa pod nią jakiś ciemny kształt.
- Jak ci na imię? - spytała, zastanawiając się, co to jest i czy zamierza atakować.
Husky obrzuciła ją dziwnym spojrzeniem.
- Czy to ważne?
W takim razie, Nieważna - przez pysk tamtej przemknął dziwny wyraz irytacji i zdziwienia. - Pod żadnym pozorem się nie odwracaj i zacznij powoli iść w moją stronę. 
- Bo? - spytała z kpiącym uśmiechem. Connie zdenerwowała się; próbowała uratować życie nowo poznanej osobie, przełamała się, zamiast dać jej zginąć i zwiać, a ona co?
- Nie pytaj, tylko...
Nie było jej dane dokończyć. Zapach stał się nie do wytrzymania, a obie ogarnęła brudnawa mgiełka. Zza nieznajomej wytrysnął słup wody, wyrzucając w powietrze jakąś żabę.
- UCIEKAJ! - zawyła gwałtownie borderka, rzucając się do ucieczki.
Czuła oddech i kroki nieznajomej, jednak wciąż były na bagnach. Mała wysepka za nimi drżała, aż w końcu pękła. Przez pokaźnych rozmiarów wyrwę wypełzło dziwne stworzenie. Jego wężowate ciało pokrywała brunatnozielona łuska, z której kapała brudna woda. Z wody wystawało około czterech metrów cielska, jednak ta liczba ciągle rosła. Z przodu miał dwie wielkie łapy podobne do nóg kaczki, zakończone ogromnymi pazurami. Niedaleko za nimi wyrastały śmiesznie małe błoniaste skrzydełka, rozmiarem sugerujące raczej funkcje ozdobne. Stwór otworzył paszczę, ukazując kilka rzędów ostrych, żółtawych kłów. Ryknął rozdzierająco i plasnął ogonem o taflę brudnej wody. 
Zaczął ich gonić.


Vivienne?

08.08.2018

Od Horusa cd. Vivienne

Skok, ugryzienie i śmierć. Żywot królika szybko się skończył, a pełen podziwu pies powiedział swoją opinię na głos. Może nawet trochę zbyt głośno. Horus lekko zmrużył oczy i skarcił się w duchu. Kim jesteś, aby innych oceniać ? Ale suka jakoś nie wydawała się speszona, wręcz emanowała dumą. Nastała cisza, podczas której oba psy lekko uśmiechnęły się do siebie.
- Uhm, co teraz ? - powiedział pies w momencie gdy suka chwyciła w zęby królika i ruszyła za nim. Sam pies nie wiedział gdzie zmierza, ale na pewno gdzieś kiedyś dojdzie, prawda ?
- Na pewno nie mam zamiaru podzielenia się zdobyczą - powiedziała przez zęby i złośliwie się uśmiechnęła. Ale nie wrednie czy chamsko, bardziej ... przyjacielsko ? Czyżby zawzięta i uparta suka go polubiła ?
- Wiesz co, nawet o tym nie pomyślałem - odparł i wyrwał zaskoczonej Vivienne martwe
zwierzę - Ale jednak wyręczę cię z tego problemu. Mi się polować już dzisiaj nie chcę.
Wiedział, że trochę paplał z królikiem w pysku, ale kto by się tym przejmował ? Na pewno nie martwy zwierzak. Widział, jak suka rozpędza się i go prawie dogania. Mimo że jego łapy prawie nie dotykały podłoża, to czuł wibracje od uderzeń psa biegnącego niecałe dwa metry za nim. Dosłownie.

Pies doskonale wiedział o zbliżającym się wieczorze i mocno parł przez kłębowiska zieleni. Gałązki wchodziły mu na pysk, oczy i w najgorsze miejsce, jego nos. Lekko kichnął kiedy jakieś cholerstwo znowu mu tam weszło.
- A nie mówiłam ? - usłyszał ciche stęknięcie suki i tym samym marnie westchnął. Niecałą godzinę temu nastąpił rozejm, i królik ponownie powędrował do Viv, a Horus wybrał drogę jaką mają wrócić do Helecho. Stwierdził, że droga przez las (o pół godziny krótsza), będzie o niebo lepsza niż droga przez jakąś wieś. Czyżby ? Pies nie miał bladego pojęcia czym się kierował, ale błądzili już sporo czasu użerając się z drzewami i ich cholernymi gałęziami. Poprzysiągł sobie, że jak wróci to obetnie wszystkie gałęzie, w okolicach jego chatki, które choćby mogły mu wpaść do nosa. W momencie kiedy zmęczony pies miał zamiar się poddać i przyznać suczce rację, jego oczy dostrzegły dosyć niecodzienny widok. Dokładnie przed jego nosem przebiegło stado zajęcy, które wręcz uciekało przed czymś. Tylko ... przed czym ? Horus rozejrzał się dokładnie, jednak nie dostrzegł żadnej podejrzanej rzeczy. Do pewnego momentu, w którym jakiś pies nie rzucił się na niego i z całej siły przycisnął do ziemi. Horus prychnął i jednym gwałtownym ruchem tylnych łap zrzucił napastnika z swojego brzucha i lekko się otrzepując, przygotował na następny atak. Tylko że on nie nastąpił. Pies z ogromną siłą uderzył o pobliski kamień i z tępym uderzeniem stracił przytomność.

Pies lekko zmarszczył brwi i wzdrygnął się na wspomnienie tamtego upadku. Otwarł oczy i wręcz zamarł. Leżał w jakieś ... klatce ? Tak, chyba można tak to nazwać. Obok niego, już w innej klatce leżała nieprzytomna Vivienne. Z drugiej strony, jakiś inny pies. Gdzie oni są ?

Vivienne ?
Wybacz że taki krótki.

490 słów → 20 ပ


Od Verrano do Violence

Drzwi zamknęły się z lekkim trzaskiem, i piskiem w starych zawiasach zarazem. Musi je wymienić, i to szybko. Ale przynajmniej nikt w tym samym czasie się do niego nie zakradnie. Czarny pies wychylił się zza kubka parujących ziół i lekko odetchnął. Towarzystwo jakie dawała mu suczka było niezastąpione, miał nadzieję że ta mała zostanie kimś ważnym dla sfory, kimś, z którego mógł być dumny. Verrono lekko zeskoczył z fotela i przeciągając się zarazem mlasnął dwa razy. Do wieczora daleko, coś ze sobą trzeba zrobić, prawda ? Nie zastanawiając się długo wziął swoją ukochaną torbę i mały kozik, łowy na zioła i zwierzynę czas rozpocząć. Dokładnie zamknął za sobą drzwi i wywiesił swoją ukochaną drewnianą tabliczkę ,, Zaraz Wracam" z małym dopiskiem ,,Zbieram Zioła". Uśmiechnął się i z niesamowitą prędkością przebiegł Helecho i skierował się na traktat w stronę Puszczy pełnej kuszących ziół.

Już przy pierwszych drzewach dostrzegł zioła, bardzo dużo ziół. Od razu wyciągnął mały woreczek i zrywając po kilka roślin naraz wkładał je układając w rządek. W momencie gdy w okolicy nie było już tego, co mogło by go zainteresować, ruszył dalej, zostawiając drogę coraz bardziej w tyle. Tutaj, w puszczy, gatunków tego co można zbierać, jest bardzo dużo, w nienaruszonym stanie. Bardzo mało psów tutaj chodzi, więc i leśny podszyt jest w doskonałym stanie do zbieranie. Pies coraz bardziej wpatrywał się w małe roślinki, gdyby nie to, że w domu ma ich pęczki, od razu pobiegłby do jakiegoś krzaczka i całego go poobcinał. Nagle na widok jeżyn przystanął i od razu do nich podbiegł, zbierając całe kiście owoców. Jak to przyjmować gościa, który zda egzamin na zielarza bez poczęstunku ? Jeśli zdąży, to może nawet odda je do piekarni, do tej szarej suczki i poprosi o zrobienie jakiegoś ciasta ?

Zioła i zioła, ile ich można zbierać ? Powiedziałby normalny pies i przykuł swoją uwagę na cokolwiek innego niż te niepozorne rośliny. Ale Verrano ? Nigdy w życiu. Aktualnie siedział na wysokim drzewie i ścinał bardzo rzadkie liście, Liścienia. Roślina rosnąca jak bluszcz, dająca owoce jak pomidor i mająca liście jak mięta o niebiańskich właściwościach. Ból głowy ? Wymioty ? Problemy z żołądkiem ? Liściec ci pomoże ! Gdy liście zapełniły cały materiał, pies zacisnął sznureczkiem jedwabny woreczek i przetarł sobie czoło, całe z zielonego proszku - nasion. To co ? Masz dość ty głupi staruchu ? Pies pomału zszedł z drzewa trzymając się kory i zeskoczył gdy był już blisko ziemi. Nagle poczuł jak łapy się pod nim uginają i jak dostaję czymś w bok, czymś twardym i bezwzględnym.
- Co tu robisz ? - odezwał się pierwszy głos należący do ogromnego brązowego psa - Kim jesteś ?
Verrano zatoczył się i lekko oparł o drzewo z którego przed chwilą zeskoczył. Szczerze ? Nie spodziewał się rabusiów w takim miejscu i o takiej porze. Czuł jak jego mięśnie się naprężają, tym samym jego oddech lekko przyśpieszył.
- Kim jesteś ?! Ty cholero jedna - zawołał drugi i rzucił się na psa popychając go. Verrano ponownie się zatoczył, jednak jedynie podniósł wzrok i spojrzał się na drugiego owczarka. Wysoki i ubrany w obskurne rzemyki między którymi miał broń, wyglądało to co najmniej przerażająco.
- Kim jesteś aby mi rozkazywać ? - powiedział ze stoickim spokojem i od razu pożałował. Poczuł jedynie przez moment jak długie ostrze wbija mu się pod żebrem i w tym samym momencie uszkadza jego skórę i wnętrzności. Mimo że ból nie był mu obcy, lekko jęknął i przymknął oczy. Myśli wirowały mu w głowie, przecież mógł spróbować uciec, zaatakować, a nie zgrywać odważnego wojownika. A co z egzaminem biednej Violi ? Zatoczyło mu się w głowie i nie patrząc gdzie, upadł na leśny podszyt.

Okropny ból głowy, ból w okolicach żeber i obolałe łapy, tylko to przeszkadzało psu. Nagle zdał sobie sprawę z obcych i zarazem znajomych zapachów pobudził psa do otworzenia oczu i wstania. Tuż obok niego leżało sporo ziół, a on sam miał opatrunek na brzuchu. Zaraz potem dostrzegł śpiącą Violę na kanapie. Drzemała skulona w małą kulkę, jakby chciała zająć najmniej powierzchni ile się da, tym samym wysypiając się porządnie. Gdy pies poukładał myśli, jedno pytanie (w sumie dwa) ciągle wędrowało mu w głowie. Co tu się do cholery stało ?

Viola ? c:
Jeszcze raz przepraszam za mojego kuzyna :<

700 słów → 35 ပ | Koniec nauki Violence