8.04.2018

Horus | Szpieg | cz. III

Karmelowy owczarek głęboko westchnął. Wydał z siebie cichy, gardłowy dźwięk w momencie gdy zauważył strażników. Spotkał się ze zdziwionym spojrzeniem suczki, szybko odwrócił łeb i skupił się na dwóch psach spacerujących po dziecińcu. Nie wydawały się zbyt zainteresowane otoczeniem, głębokie zmęczenie przejmowało ich wycieńczone umysły. Dobrze, teraz musiał wyczaić gdzie trzymają apteczkę lub inne medykamenty. Suka która z wyraźnym bólem kuśtykała za nim zerkała na niego z odczuwalną wrogością i niepewnością. Westchnął i rozejrzał się z ukrycia. Zauważył polowy, białozielony namiot. Jakiś pies nerwowo kręcąc łbem wyszedł z niego. Horus nie miał zamiaru takiej szansy zmarnować. Zrzucił sakwę i popchnął ją w stronę suczki.
- Siedź tu  - warknął na pod garbioną postać  - Nie ruszaj się pod żadnym pozorem.
Ta przewróciła oczami. Co się dziwi ? Nie była miła, to czego się spodziewa.
- Nie jestem taka głupia jak ty  - odparła delikatnie jeżąc futro na grzbiecie.
- Droga panno, bez takich  - zmrużył oczy w udawanym urażeniu i ruszył biegiem w stronę namiotu.
Miał zaledwie kilkanaście procent że go nie zauważą, ale cóż. Nie zostawiłby suczki w potrzebie, prawda ? Delikatny uśmiech wpełz niczym ślimak na jego pysk i potrwał zaledwie kilkanaście sekund. Wbiegając do namiotu nie zauważył jak kilka strażników wpatrywało się w niego. Migami dali sobie znaki i okrążyli namiot. Kilka chwil później przybyło więcej uzbrojonych psów, które zaczajone zbliżały się w stronę psa.
Owczarek rozejrzał się po wnętrzu i chwycił paczkę bawełnianych bandaży. Nie zastanawiając się długo wziął do łap butelkę mocnej gorzałki pod pachę i ruszył w stronę wyjścia. Nie będzie jakiś ziółek szukał. Phi. Nie jest jej sługą. A po za tym alkohol lepiej odkaża, i szybciej, zwłaszcza. Wychodząc wpadł na innego psa. Rozległy się krzyki i szczęk broni, jednak pies nie próżnował i przepchnął się do wyjścia za nim zdążyli zareagować. Kilka psów rzuciło się za nim, jednak on był szybszy. Jeśli pobiegnie do suczki, zdradzi jej pozycję. Przy dobrym wietrze uda mu się odciągnąć ich od niej ... Czemu do cholery martwi się o tajemniczą nieznajomą ? Jest skok i ma na grzbiecie obie torby pełne dowodów i tajnej poczty. A jednak rzucił się cwałem w przeciwną stronę. Zgrabnie wyminął stojaki z bronią i przeskoczył przez niewysoki płot odgradzający dziwne budowle. Tylko trójka strażników już za nim biegła, ale był pewien że reszta jest gdzieś z tyłu. Gwałtownie się zatrzymał i zakurzył drogę łapami. Czas odwrócić role. Z zawziętością rzucił się na jednego psa przewracając go na bok i drapiąc po karku. Ten przekręcił łeb i jednym ruchem walnął psa w bok, dzięki czemu Horus poturlał się kilka metrów dalej. Żołnierze nie byli w ciemię bici i otoczyli psa włóczniami. Cicho pokrzykiwali z radości, że złapali szpiega grasującego na ich terenie.
- Zostawcie mnie - cicho warknął do pobliskiego żołnierza odsłaniając kły - Jeden mój ruch i leżysz martwy z zmiażdżonym gardłem.
Brązowy pies wzdrygnął się i nieznacznie odsunął od psa. Zawołał coś w innym języku, kilka psów mu coś odpowiedziało. Horus nic nie zrozumiał z dialogu, aczkolwiek dostał olśnienia gdy zobaczył grubą linę którą ciągnął pies. Albo chcą go zawiązać, albo powiesić na najbliżej sośnie. Nie miał zamiaru czekać na ich decyzję, spiął mięśnie i zaryzykował skokiem w stronę mieczy.

Nie protestował kiedy brązowo biała kulka rzuciła się na niego, przybijając do ziemi i warcząc. 
Nie miał siły nawet jej zrzucić z siebie, mimo że była trochę mniejsza i lżejsza od niego. 
- To ty ? - warknęła cicho - Trochę ci zajęło przyniesienie kilku rzeczy. Kilka godzin to chyba za dużo.
Poczekał kilka chwil aż suczka sama z niego zejdzie dając mu trochę swobody aby wstać.
Pies przewrócił oczami i głęboko westchnął. Wypuścił z pyska małą butelkę alkoholu i paczkę trochę zaślinionych bandaży. Suczka przymrużyła oczy i podniosła lewą brew.
- Co. To. Jest. - wydusiła z siebie pokazując łapą na przyniesione rzeczy - Nie o to cię prosiłam.
- Wiesz co ? - odparł z nieukrywaną złością - Mam ochotę cię teraz po prostu zostawić. Jest noc, więc dam radę się wymknąć, mimo moich ran. Doniosę te cholerne dokumenty i będę miał ten spokój !
Ostatnie zdanie prawie wykrzyczał. Od razu przypomniał sobie że kilka metrów dalej biega w popłochu straż, a za drewnem jednak mieli dobrą kryjówkę i byłoby ciężko gdyby ją stracili.
Westchnął, ale nadal wpatrywał się ze złością w ślepia suczki.
- Rany ? Jakie rany ?! - odezwała się wściekle zniżając łeb - Miałeś zwinąć kilka ziół i bandaże ! Nie dość że zrobiłeś ogromny raban, to jeszcze nas szukają ! Nawet nie przyniosłeś głupich rzeczy ! Mogli mnie znaleźć, wiesz ? Oczywiście, nie pomyślałeś o tym. Rozumiesz pojęcie szpieg ? Może ci je wytłumaczyć ?
Suczka wystawiała jego cierpliwość na próbę, jednak czuł w jej głosie strach. 
- Rozumiem że chcesz się stąd wydostać. Ale nie musisz mnie oskarżać. Zaczaili się na mnie - szeptem oznajmił suczce - Wiesz że uciekłem dziesiątce strażników ? Rozumiem, cały czas tu siedziałaś i nie za bardzo obchodziło cię to co się dzieje ze mną. Spoko, nie znasz mnie.
Suczka nie za bardzo chyba wiedziała co powiedzieć, więc milczała wpatrując się we Horusa.
- Jak się nazywasz ? - ciszę przerwał pies wstając i podchodząc do suki.
- Najpierw ty.
Pies rzucił jej szybkie spojrzenie i zmienił kierunek do butelki z gorzałką. Odkorkował ją i polał sobie zadrapany bok. Szybkim ruchem zdarł strupa, pod którym pył i piach się zgromadziły tworząc plamę o nieciekawym wyglądzie. Syknął i zamknął oczy. Co jak co, ale to bolało. Zdziwił się gdy zobaczył że suka podała mu bandaże i przytrzymała butelkę. 
- Horus - cicho powiedział bandażując bok.
- Agnes - odparła i westchnęła nie spuszczając wzroku z psa.
- Nieufna jesteś - podniósł wzrok gdy zobaczył że suczka nie pozwoliła mu podejść aby polać jej łapę zawartością butelki - Okej.
Pies usiadł i wpatrzył się w las na wzgórzu.
- Robimy warty, Agnes - orzekł i położył łeb na swoich łapach - Ty pierwsza.
Suczka pokiwała głową a pies zapadł w płytki sen. Ciągle się kręcił i pomrukiwał, jakby jego sen był chaotyczny i niejasny.

Były cztery warty. Po dwie dla Agnes, dwie dla Horusa. Około czwartej w nocy zaczął budzić suczkę.
- Wstajemy droga panno - szepnął suczce na ucho, która przy zamkniętych oczach odepchnęła go od siebie - Nawet najlepsi są senni o tej porze.
Suka zerwała się jak oparzona i już była gotowa do drogi. Z łapą było już wyraźnie lepiej. Wolnym krokiem podeszli do skrawku bal drewna i zaczaili się nisko kucając. 
- Proponuję przejść za tymi beczkami i biegiem do lasu - Agnes zaproponowała i od razu ruszyła nie czekając na odpowiedź psa. Owczarek ruszył tuż za nią, idąc szybkim truchtem.
Żaden z psów nie spostrzegł, jak grupa uzbrojonych psów czeka na nich na skraju lasu.
Dowiedzieli się o tym, gdy zobaczyli jak idą w ich stronę z mieczami wyciągniętymi na sztorc. Żelazo pobłyskiwało, co źle wróżyło. Gdyby nie refleks Agnes i szybkość Horusa, już dawno oboje zamienili by się w czerwoną, bezkształtną masę. Pies wziął głębszy oddech i rzucił się na jednego strażnika. Szamotali się kilka sekund, jednak po chwili karmelowy owczarek triumfalnie górował na nieprzytomnym psie. Kilka psów ze sfory Iskry rzuciło się na Horusa, jednak ten albo uciekał albo zręcznie uskakiwał. Stracił z oczu Agnes, jednak adrenalina którą zafundowali mu strażnicy przyćmiewała jego umysł jedną myślą. Uciekaj. Skoczył od tyłu na psa, i oboje się zakręcili wpadając do błotnistego rowu. Horus szybko się z niego wydostał, jednak zaraz pobiegł dalej przez las. Niczym zabawa w kotka i myszkę. Nie mógł ich mocniej zranić, gdyż miały zakryte wszystkie czułe miejsca. W końcu dostał czymś w łeb, i stracił przytomność uderzając przy tym w drzewo.

Pies znajdował się w ciemnym pomieszczeniu. Na ścianach widniały egipskie malunki, zabytki lub szkice. Jego łapy były jak z waty, nie mógł nimi ruszyć, jedynie głowa pozostawała pod jego wolą. Do pokoju wszedł mężczyzna w podeszłym wieku, nagle złapał się za pierś i runął o kamienne płytki granatowej podłogi. Horus szczeknął kilka razy, rozpoznał swojego opiekuna, osobę która go kochała. Ciało zabrał dziwny świecący pojazd, mimo prób pies nie mógł nic zrobić. Zaczął się rzucać, jednak ogromy sokół zaczął nad nim krążyć niczym sęp na prerii. Gdy usiadł obok niego, wszystko zaczęło się rozpadać i znikać w ciemnej otchłani.

Pies przekręcił się i nieznacznie mruknął. Otworzył oczy i ciężko dysząc spróbował wstać. Przez każdą jego kończynę przechodził ostry ból, jakby przebiegł maraton. A może przebiegł ? Dopiero po kilku minutach zdał sobie sprawę że leży na czyimś łóżku. Czuć było wokoło zapachy wszelakich ziół, jedne przyjemnie pachniały a niektóre gryzły go w nos. Jednakże górowała mięta, która swym słodkim zapachem zadziwiała psa. Najpierw zdał sobie sprawę że nie jest sam w pokoju. Przekręcił głowę i zobaczył jak ciemne ślepia Agnes wpatrują się w niego przenikliwie. Później zauważył że jest owinięty przesączonymi bandażami w niektórych miejscach. Krępowały one trochę ruchy, jednak nie zwrócił na nie większej uwagi niż szybkie spojrzenie.
- Ehm, żyjesz ? - zapytała brązowo biała suka idąca w jego stronę.
Pies zamyślił się chwilę i pokiwał łbem. Spotkał się z nieznacznym spojrzeniem suczki. Przypomniał sobie o istotnej rzeczy, na którą ciężko pracował.
- Co z dokumentami ? Co się stało ? - odezwał się zachrypniętym głosem i wpatrzył w suczkę która przyglądała się kilku ziołom, aby później wrzucić je do garnuszka i zacząć mielić.
Dopiero gdy skończyła, udzieliła odpowiedzi.
- Dokumenty dostarczyłam, ciebie znalazłam w rowie z pokrzywami - powiedziała podnosząc jedną brew - Dali ci tą w ramach wynagrodzenia. Czyli w twoim mniemaniu uhonorowania.
Suczka rzuciła mu na łapy metalowy przedmiot. Szybko go obejrzał i stwierdził że to sztylet. Jego pierwsza broń. Psa nurtowało jeszcze jedno pytanie. 
- Co się tak w ogóle stało ? - zadał je szybko, odkładając przedmiot obok łóżka.

Co.To.Jest.
Agnes ? c:
| 1619 słów → 80೧ + 15೧ | Zadanie → 50೧ i 1K | Walka → 10PU |

Od Agnes | Masterchef - ogniem i nożem

Agnes wbiła nóż w stół z dezaprobatą spoglądając na kuchmistrza, który tłumaczył jej co dokładnie ma przygotować. Suczka była przyzwyczajona do tego, że wszystko robiła spontanicznie i już dawno temu porzuciła książki z przepisami, które kurzyły się gdzieś na półkach. A wtedy, kiedy faktycznie je wyciągała by zrobić konkretne danie to zawsze dodawała coś od siebie. Po prostu nie mogła robić wszystkiego tak jak inni - jak twierdziła wtedy byłaby zbyt przewidywalna.
- Co ci się nie podoba, kucharko? - Spytał niezadowolony kundel przerywając swoją dłużącą się w nieskończoność wypowiedź. Spoglądał raz na łaciatą, a raz na nóż, który był do połowy wbity w drewniany stół. Po chwili wyciągnął go i odłożył na jego miejsce obok innych narzędzi, którymi były sztućce. Dotknął łapą miejsca, w którym była dziura i zmarszczył nos i czoło, a jego ogon nastroszył się. Wyglądał jakby rozmyślał o rzeczach wagi światowej. Dopiero po chwili otworzył szerzej pyszczek, a w jego oczach lśnił żal podobny do tego, kiedy ktoś straci bliskiego. - Prze-przecież... ten stół miał dobre dwieście lat!...
- Przynajmniej wreszcie załatwisz nowy. Wiesz, taki bez drzazg i zarysowań. Nie wiem czy jest w twoim słowniku takie słowo jak "nowy". - Błękitnooka spojrzała na delikatnie wygiętą rączkę od garnka; wszystko było dokładnie wymyte i nie było widać praktycznie starości, ale po niektórych pamiątkach każdy dureń mógłby zauważyć jaki sentyment do rzeczy posiada nasz kochany kuchmistrz. Kundel za to w między czasie kiedy suka rozglądała się zmarszczył jeszcze bardziej brwi, przez co wyglądał bardziej na zdezorientowanego. Dopiero po chwili wziął uspokajający oddech i uśmiechnął się delikatnie, aby po kilku sekundach zapytać ponownie:
- To co w końcu ci się nie podoba?
- To, że narzucacie mi różne rzeczy, o. - Prychnęła Agnes i zmierzyła swojego przełożonego ponurym spojrzeniem zimnych jak lód oczu.
- Szkoda, że pani do nas przyszła. Jesteś w wykwintnym pałacu, a nie przy domowej kuchence.
Agnes westchnęła, kiedy kuchmistrz najzwyczajniej w świecie odszedł szybkim krokiem, aby podejść do kolejnego a'la kucharza wybranego tylko i wyłącznie na czas trwania Festiwalu Wiosny. Borderka spojrzała na kawałek pergaminu przyklejonego woskiem do ściany. Napisane na nim było niechlujnym, aczkolwiek w miarę ładnym pismem wszystkie dania do zrobieniu, a było tam napisane:
KNEDLE W LEŚNYM STYLU
 Na drugiej kartce zaraz obok był wyraźnie szybciej napisany przepis. Widząc te szczegółowo opisane działania krok po kroku suczce chciało się zerwać to wszystko i wrzucić do gotującej się wody. Uśmiechnęła się z drwiną, ale na jej pyszczku widać było zamyślenie. Musiała poukładać sobie to wszystko uprzednio przeglądając dokładnie składniki. W końcu zabrała mąkę i jajka, trochę mleka a następnie zaczęła to wszystko ugniatać na blacie. W międzyczasie telekinezą napuściła wody do garnka i przełożyła go delikatnie na kuchenkę. Włączyła gaz, aby woda się zagotowała. Odłożyła ciasto na bok i otworzyła szybko szafeczkę z dołu, aby wyciągnąć z niej to czego potrzebuje. Nie znalazła niczego wzrokiem, więc z zawrotną prędkością zaczęła grzebać w środku. W końcu znalazła ususzoną dziczyznę, grzybki i trochę przypraw, a wszystko w podpisanych słoikach. Jakby u niej był taki porządek, to robiłaby sobie obiad prawdopodobnie nieco szybciej. Wyciągnęła trzy pojemniki i postawiła je na wierzchu, aby później wysypać ich zawartość do miski. Wlała do niej nieco oliwy i dosypała przyprawy, aby namoczyć to wszystko. W końcu nikomu nie widzi się jeść suche (!) jedzenie. Kiedy wszystko wymieszała przystąpiła do wkładania tego do środka i zduszania, aby nie wyleciało. Później wszystko gładziła, aby powstała idealna kuleczka. Przygotowane danie wrzuciła do garnka. Kiedy już miała wyciągać przybiegł do niej nieco zmęczony kuchmistrz. Spojrzał z przymrużonymi oczami na resztki przyprawy w jednym z mniejszych słoiczków, a następnie zapytał z przekąsem:
- A cóż to?
- Stwierdziłam, że to smaku doda, kuchmistrzu. Proszę spróbować! - Powiedziała Agnes unosząc brew i od razu wleciała knedlem do otwartego ze zdumienia pyszczka psa. Pomlaskał głośno, a na jego pyszczek wstąpiło najpierw niezadowolenie, ale później przemieniło się w zdumienie.
- Mmm, masz szczęście. Jest dobre.

| 658 słów → 30೧ | Zadanie → 50೧ i 1K | Gotowanie: Poziom zaawansowany 1/2 |

7.04.2018

Od Oscara cd. Lady | Bal

Zanurzyłem się po szyję w gorącej wodzie. Czułem, jak moje mięśnie się rozluźniają. Nie miałem jednak czasu na relaksacyjne zabiegi. Musiałem się umyć, uczesać i odpowiednio przyszykować. Razem z Lady postanowiliśmy skorzystać z ostatnich dni festiwalu i wziąć udział w przyjęciu w Pałacu. Nieco stresowała mnie perspektywa krążenia pośród wykwintnych gości ze sfory naszej, ale i innych. Musiałem się zaprezentować jak najlepiej, szczególnie, że miałem naprawdę poważne plany.
Wstałem i wodą z wiadra spłukałem z siebie mydliny. Następnie, już poza prowizoryczną wanną, zacząłem suszyć swoją sierść. Wykorzystałem do tego swoje moce, bo w końcu mają mi pomagać. Podmuchy wiatru szybko uporały się z wilgocią. Następnym krokiem było wyczesanie kudłów. Nie robiłem tego często. Szczerze, uważałem, że jest mi to zupełnie zbędne, ale dzisiejsza okazja była wyjątkowa. Szczotka poszła w ruch, chociaż mało zręcznie. Zajęło mi mnóstwo czasu zanim osiągnąłem wynik chociażby zadowalający.  Przejrzałem się w lustrze i stwierdziłem, że wyglądam nie najgorzej, przynajmniej jak na moje standardy. Nigdy nie dbałem zbytnio o wygląd. Ale dzisiaj…
Podszedłem do skrzyni stojącej pod oknem w salonie. Zacząłem wyciągać kolejno znajdujące się wewnątrz przedmioty, aby w końcu wydobyć gwóźdź dzisiejszego programu. Niewielkie pudełeczko o barwie wzburzonego morza. Włożyłem je do sakiewki i odetchnąłem głęboko, szykując się na nadchodzące chwile.
Wyszedłem z domu i rozejrzałem się dookoła. Słońce chyliło się już ku zachodowi, oblewając okolicę ciepłym blaskiem. Na niebie pojawiła się już blada tarcza księżyca. Panującą wokół ciszę przerywał jedynie melodyjny głos drozda. Miałem ochotę przystanąć na chwilę i wsłuchać się w słodkie kwilenie, jednak musiałem już ruszać. Bal zbliżał się wielkimi krokami. Drogę do Lapsae pokonałem truchtem. Niejednokrotnie spotykałem psy podążające w tym samym kierunku co ja. Nikt jednak się tak nie śpieszył. Nie wierze jednak, że nikt nie odczuwał tego zniecierpliwienia, radosnego oczekiwania aż spojrzy się w oczy ukochanej osoby, aż usłyszy się jej głos i poczuje ciepło ciała obok siebie… Potrząsnąłem głową.
-Zachowaj te pokłady uczuciowości na później… - mruknąłem sam do siebie.
W końcu wpadłem na plac nieopodal karczmy, w której nocowała Lady. Rozglądałem się zniecierpliwiony, gdy stałem w umówionym miejscu. W końcu jednak dostrzegłem czarną sylwetkę, tak bliską memu sercu. Zbliżyła się do mnie z gracją. Na grzbiecie miała jedwab, który delikatnie powiewał na wietrze. Kontrastował z ciemną sierścią i zdawał się potęgować lekkość z jaką poruszała się suczka. Wtuliła się we mnie, a ja otuliłem ją szyją. Po krótkim przywitaniu ruszyliśmy do Pałacu.
Bogactwo zapachów i ozdób, którymi wręcz przesiąknięte było wnętrze sali, powalało. Byłem prostym psem z ludzkiego miasta, który część życia spędził w szarym, wiecznie zawalonym papierami mieszkaniu. Nigdy nie doświadczył takiego przepychu i wykwintności. Jednak psy pogrążone w rozmowach, z kieliszkami szampana unoszącymi się tuż obok nich, zdawały czuć się tutaj niczym na własnym podwórku. Spiąłem się nieco, jednak zauważyłem, że i Lady jest zestresowana. Postanowiłem wziąć się w garść i pocieszyć damę w potrzebie. Sprawiłem jej komplement, a ona uśmiechnęła się delikatnie. Następnie daliśmy się ponieść świętowaniu… Muzyka rozbrzmiała, ruszyliśmy do tańca. Zupełnie spontanicznie, przecież nigdy w życiu nie tańczyłem. Jednak z Lady wszystko było łatwiejsze, dostosowywałem się do jej ruchów pełnych gracji. Między piruetami patrzyliśmy sobie w oczy, tryskające szczęściem. Kroki stawały się coraz śmielsze, wkradał się element, który zdawał się wręcz rozgrzewać nasze umysły, władać naszymi ciałami. Muzyka ucichła, a my opadliśmy na miękką sofę, oddychając ciężko.
Siedzieliśmy nad sadzawką, w ogarniętym mrokiem ogrodzie. Był on oświetlony jedynie przez blask świec wypadający przez okna z sali balowej oraz księżyc, który przejął władanie nad nocnym niebem. Zastępy żab i nocnych ptaków rozpoczęły swą balladę, która w towarzystwie dźwięku trzcin poruszanych na wietrze dawała ulgę od głośnej muzyki zamkowej orkiestry. Szmer wodospadu koił umysł. Nikt poza nami nie przebywał w ogrodzie, byliśmy sami. Idealna atmosfera. Gdybym tylko miał więcej odwagi… Spojrzałem w oczy wtulonej we mnie suczki. Odbijały się w nich gwiazdy. Były niczym głębia, z której nie chciałem się wydostać. Westchnąłem cicho.
-Lady…- szepnąłem.
-Tak?
Odetchnąłem głęboko, świat zawirował... Daj spokój idioto. Przecież to ona. Osoba, przy której możesz być sobą, która doskonale cię rozumie. Przecież właśnie tego chciałeś!
-Tego dnia, wiesz, kiedy szliśmy nad ocean… - zacząłem, a ona skrzywiła się nieco na wspomnienia owego wydarzenia. Ja jednak kontynuowałem. – Ja myślałem, serio myślałem, że to koniec, że wszystko stracone. A potem, ty. Znów pełna energii, w gaju. Jak druga szansa. Szansa dla nas oboje. Ja… Ja po prostu zrozumiałem, że to wszystko jest takie kruche, że, że…
-Mówienie to zdecydowanie to, co ci nie wychodzi… - zaśmiała się cicho. – Po prostu ciesz się tą chwilą… Ciesz się nami…
Uśmiechnąłem się. Przecież ona czułą to samo! Nie było sensu się tłumaczyć, ona doskonale wiedziała o co mi chodzi.
-Lady. Chcę cieszyć się nami. Chcę cieszyć się życiem w tym świecie. Gdy tutaj przybyłem nie sądziłem, że będę chciał dzielić je z kimkolwiek, jednak ty, ty jesteś wyjątkowa i ja to czuję… Abym mógł w pełni cieszyć się tym życiem, spełnij jedno moje marzenie… Jedno jedyne,  potem wszystko się ułoży, bo będziemy pokonywać przeciwności razem. – zacząłem mówić szybko, a w międzyczasie wyjąłem z sakiewki pudełeczko. Otworzyłem je, a naszyjnik  z pereł zalśnij w świetle księżyca.
-Lady, moja damo… Czy zostaniesz moją partnerką?- zapytałem, a moje oczy zrobiły się wilgotne.

Lady?? Lel. To coś jest martwe jak moja dusza.
Ale... Miłość rośnie wokół nas? Tuptaj mi tu do ołtarza, nie ma śpiewania!
| 856 słów → 40೧ | Zadanie → 50೧ i 1K |

6.04.2018

Powitajmy Yasmin!

Powitajmy nową suczkę w sforze!
Yasmin to trzyletni mieszaniec. Postanowiła objąć stanowisko łucznika.
Podczas wizyty u Wyroczni poznała swój żywioł - noc.
Teraz zostanie oprowadzona po terenach sfory przez Przewodnika.

Chcę poznać ją lepiej!

Od Oscara cd. Od Lady | +Straż miejska

Lady była bardzo żwawa jak na kogoś, kto jeszcze kilka godzin temu był przygnieciony przez stertę głazów, a następnie wychładzał się samotnie na plaży, wśród brył lodu. Skutecznie atakowała mnie strumieniami wody. W końcu skończyliśmy pływać w gorących źródłach i usiedliśmy pod drzewem. Słońce górowało na horyzoncie, przygrzewając delikatnie, jak przystało na pierwsze tygodnie wiosny. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie jedliśmy niczego od poprzedniego dnia. W sumie nie miałem pojęcia w jaki sposób mogłem przeoczyć rozpaczliwe wołania mojego organizmu. On najpewniej uradowany z tego, że zwróciłem na niego uwagę postanowił jeszcze dotkliwiej uświadomić mi mój głód. Pierwotny krzyk został również zauważony przez Lady, która uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, nadal przymykając oczy. Zawstydziłem się nieco, gdyż nie lubiłem okazywać tego, że w środku jestem tylko zgrają flaczków w sosie własnym, która jednocząc się, próbuje utrudnić mi życie. No dobrze... Pomińmy to, że bez nich nie byłoby ono możliwe...
Suczka podniosła się i otrzepała. Krople wody, która pozostała na jej sierści nie ominęły mojego pyska, więc i pokręciłem nim dynamicznie. Usłyszałem jej chichot. Zignorowałem to i szybko znalazłem się u jej boku.
-Wiesz co, może zahaczylibyśmy o jakąś karczmę? Miska zupy lub talerz pieczeni dobrze nam zrobi... - uśmiechnęła się szeroko.
-Możemy odwiedzić Lapsae. Zajazd w Helecho jest bliżej, ale nie ukrywam, że kuchnia stolicy bardziej przypadła mi do gustu - zaproponowałem, a ona skinęła głową, by następnie ruszyć truchtem na wschód.
Dogoniłem ją kilkoma susami. Droga minęła nam na luźnej rozmowie, przeplatanej czasem czułostkami. Śmieszne. Jeszcze niedawno nie mogłem sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji. "Gdy serca dwa jednym rytmem biją"... Ech. Staję się coraz bardziej poetycki. Źle to wróży...
Dotarliśmy do bram Lapsae. Gdy tylko minęliśmy granice okalającego je lasu, uderzył nas gwar, która tam panował. Dało się również słyszeć, muzykę i śpiewy. Festiwal Wiosny trwał w najlepsze. W stolicy prawdziwe tłumy, a my wybraliśmy się na obiad. Pewnie nie znajdziemy nawet wolnego stolika. Podzieliłem się swoimi przemyśleniami z Lady.
-Wiesz co, może wrócimy do Helecho? Straszny tłum, masa obcych psów... - zacząłem.
-Daj spokój Oscar! Będzie fajnie. Nie chcesz się nieco zabawić?- zapytała i zatopiła we mnie spojrzenie, które mógłbym nazwać... kuszącym?
Westchnąłem cicho i ruszyłem do przodu. Nie przepadałem za obcymi. No, może z kilkoma wyjątkami. No ale cóż... Festiwal jest po to, by się bawić. Suczka znalazła się tuż obok mnie. Po jej minie wnioskowałem, że była wręcz zachwycona stolicą zatopioną w zieleni i kolorowych kwiatach.
-Czujesz to? - zapytała rozmarzona.
-Tak... Pieczeń... - uśmiechnąłem się do niej szeroko.
Prychnęła i pokręciła głową.
-Kwiaty! Hiacynty, żonkile... -westchnęła cicho z zachwytem.
-Ja tam czuję pieczeń. - skrzywiłem się, a ona spojrzała na mnie spode łba. - No dobra, już dobra!
Zaśmiałem się i podszedłem do krzaczka błękitnych kwiatów, obok którego przechodziliśmy. Zerwałem jeden z nich i umieściłem go za uchem suczki.
-A teraz idziemy na pieczeń! - zarządziłem i pobiegłem truchtem w kierunku karczmy.
Usłyszałem za sobą jedynie gadkę o tym, jaki jestem przyziemny i pozbawiony delikatności. Prychnąłem. Niech tylko powie, że nie jest głodna.
Otworzyłem ciężkie drzwi tawerny, zza których już dobiegały dźwięki rozmów, śmiechów i delikatne pobrzękiwania instrumentu muzycznego. Pomieszczenie było zatłoczone, wypełnione dymem z palenisk. Tłum jedynie potęgował panujący tam gorąc. Zakaszlałem, gdy ciemne kłęby napłynęły mi do nozdrzy. Wszedłem jednak do środka, a Lady pojawiła się tuż za mną. Uśmiechnąłem się do niej i wskazałem niewielki, wolny stolik pod otworzonym oknem. Oświetlający go blask słońca sprawiał, że mebel wydawał się wręcz zesłany przez niebiosa. Szybkim krokiem, jednak nie biegiem, ruszyłem w jego kierunku, aby ktoś przypadkiem mi go nie zajął. Czułem, że nie jestem jedynym chętnym na to wyśmienite miejsce. Odniosłem jednak sukces i mogłem odpocząć z moją... Ach z moją ukochaną, co tutaj wiele kryć!
Kelnerka sprawnie przebrnęła przez masę gości i zjawiła się przy nas z uśmiechem na pyszczku. Złożyliśmy zamówienie, a ona równie szybko zniknęła w kuchni. Rozejrzałem się po sali, podczas gdy Lady zaczęła coś mówić. Słuchałem jej jednym uchem i potakiwałem. Moja uwaga skupiona była na kilku typkach siedzących przy stole po drugiej stronie sali. Po ich zachowaniu widać było, że mają za sobą nie jedną butelkę gorzałki, czy też kufel piwa. Byli głośniejsi niż większość klientów, poza tym z ich pysków płynęły potoki wyzwisk. Czasem dało się również usłyszeć nieco z ich prywatnego życia.
-Słuchasz mnie w ogóle? - zapytała moja towarzyszka z wyrzutem.
Ocknąłem się i uświadomiłem sobie, że za długo przyglądam się nieznajomym. Spojrzałem jej w oczy i uśmiechnąłem się delikatnie mając nadzieję, że wybaczy mi chwilowe zacięcie. Mruknęła coś pod nosem po czym zamilkła. Również zaczęła rozglądać się po sali. Między nami zapanowało milczenie, jednak nie oznaczało to bynajmniej ciszy. Teraz i Lady przysłuchiwała się okrzykom pijanych psów. Co jakiś czas padały strategiczne nazwy, a ja notowałem sobie wszystko w pamięci. Moja uwaga nie odwracała się od nich nawet, gdy na stole pojawił się aromatyczny rybi filet w sosie koperkowym. W końcu usłyszałem coś, co ostatecznie przekonało mnie, że to przybysze ze Sfory Iskry.
-A jak tam twój Brian? Jak gom ostatnio widział, nie dorastał mi do łokci! - zaśmiał się głośno jeden z nich.
-Ano, wyrósł, zmężniał. Wyobraź sobie, że go na wojaczkę wzięło! Moja Marta codziennie śle do niego listy, boi się o smarkacza jakby był z porcelany. - powiedział ochryple inny, najwyraźniej ojciec Brian'a.
-Ooo! To w Calor długo nie usiedzi, w końcu poszedł w ślady ojca.
-Jeśli poszedł w ślady ojca, wkrótce będzie dyndał razem z nim na szubienicy! Ile wyście wychlali?! Czy tak zachowują się osoby naszego pokroju? Zbierajcie się, a ja zapłacę. Nie spodziewajcie się jednak wynagrodzenia po najbliższej misji. - do grupki podszedł inny pies, zupełnie trzeźwy. Biła od niego duma. Widać było, że ma władzę nad pozostałymi. Mógł być oficerem, lub hersztem bandy. Mówił o wiele ciszej od innych, tak, aby pozostali goście go nie usłyszeli. Nie udało mu się to zupełnie. Owszem, może ktoś, go nie zwracał na niego uwagi, mógł nie usłyszeć jego słów, jednak mi się to udało.
Postanowiłem wykorzystać to, że właśnie skończyliśmy jeść, aby podejść do kontuaru i przyjrzeć się nieco nowo przybyłemu. Był masywny psem, najwyraźniej mieszańcem, co wcale nie ujmowało mu potęgi. Miał w sobie coś z doga, a może pitbulla. Nosił ciemny płaszcz. Gdy wyciągał mieszek, dostrzegłem naszywkę w kształcie głowy smoka. Znak Sfory Iskry... Pies zapłacił, rzucając na ladę kilka soli. Gdy wrzucał resztę do sakiewki, ta mu się przechyliła, a z jej wnętrza wypadła moneta, która potoczyła się po dębowej podłodze. Stałem za nim, więc szybko ją podniosłem i podałem nieznajomemu przyglądając się jej. Har, waluta naszych północnych sąsiadów. Wyrwał go szybko i spojrzał na mnie wrogo.
-Sam dałbym sobie radę. - warknął.
-Ach, wybacz. Wiesz, u nas, w Sforze Jutrzenki, jesteśmy bardzo pomocni. - uśmiechnąłem się do niego szeroko, przyjaźnie, choć wręcz gotowałem się w środku ze stresu.
Zrozumiał przekaz. Obnażył kły i popchnął mnie, ruszając w kierunku towarzyszy.
-Hola, hola! Ja chciałem tylko pomóc, skąd ta wrogość? - zapytałem nadal grając.
Lady, widząc co się dzieje, pojawiła się u mojego boku. Zlustrowała wzrokiem stojącego na przeciw psa.
-Cofnij się. - szepnąłem do niej ostrzegająco.
-Myślisz, że cię zostawię?- odparła z buntownicza miną.
Tymczasem do swojego przywódcy podeszła reszta bandy.
-Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. - mruknął do mnie jeden z nich. Wyziewane przez niego powietrze w większości składało się z alkoholu.
-Ale czy ja coś zrobiłem? - podniosłem brwi.
Psy szybko dały swojemu towarzyszowi do zrozumienia, że muszą wyjść. Ten cofnął się pośpiesznie i ruszył za nimi do drzwi. Gdy tylko zniknęli mi z oczu, odwróciłem się do Lady.
-Coś mi tu nie gra...- mruknąłem.
-Doprawdy?- popatrzyła na mnie w stylu "no wow Sherlocku".
Uśmiechnąłem się i podałem karczmarzowi pieniądze za posiłek. Następnie wyszliśmy z lokalu na ulicę. Odetchnąłem głęboko świeżym powietrzem. Był miłą odmianą dla zaduchy panującej w karczmie. Do moich uszu dobiegała muzyka. Na scenie właśnie trwał jakiś występ.
-Może obejrzymy? - zaproponowałem wskazując tamten kierunek.
Lady z chęcią na to przystała i oto ruszyliśmy w stronę występujących psów. Nagle, gdy przechodziliśmy obok zaułka w wąskiej uliczce, poczułem mocne uderzenie w tył głowy. Świat zawirował, rozdwoił się, by następnie skryć się w ciemnościach... Słyszałem krzyk suczki.
Serce zabiło mi szybciej, w żyłach zaczęła krążyć adrenalina. Niczym rycerz... No bez konia i zbroi, ale liczą się intencje... Wracając... Niczym rycerz ruszyłem, by bronić damy serca. Zapomnijmy o tym, że cały świat wirował. Zapewne poruszałem się jak tamte pijane psy. No właśnie! Zapach alkoholu bardzo przybliżał mi postać moich wrogów. Miałem niemal całkowitą pewność, że to właśnie od nich oberwałem. Dowiedziałem się przecież zbyt wielu informacji. Minęła chwila zanim zdołałem zorientować się w sytuacji. Moje ciało powoli wracało do normy, więc mogłem już wyciągnąć sztylet. Postanowiłem jednak skorzystać ze swoich mocy. Podmuch wiatru powalił chwiejącego się psa, który następnie przewrócił stojącego za nim kompana. Dostrzegłem Lady, której udało się wyrwać napastnikowi i teraz mierzyła do niego ze sztyletu. Potraktowałem go strumieniem powietrza, a ona poprawiła ognistą kulką, przez którą w powietrzu uniósł się swąd przypalonej sierści i mięsa.
-Biegnij po straż!- krzyknąłem, a ona szybko wykonała moje polecenia.
Ja natomiast wróciłem do walki. Jeden z przeciwników wskoczył mi na grzbiet, chwytając za skórę na karku. Zawyłem z bólu, lecz szybko zrzuciłem agresora. Spadł na brukowaną ulicę, a ja przygniotłem go ciężarem ciała tak, że nie mógł się ruszyć. Reszta z nich również szykowała się do ataku. Stworzyłem niewielki wir, który uniósł pył pokrywający drogę. Rzucił jednym z psów o ścianę budynku, a ten osunął się bezwładnie na podłoże. Nie chciałem zabijać. Mogą mieć ważne informacje. Dbałem więc jedynie o to, aby stracili przytomność. Głowicą sztyletu uderzyłem nacierającego wroga w skroń. On również wylądował na bruku. Zostało mi jednak jeszcze trzech. Ich przywódca stracił cierpliwość i rzucił mi się na bok, powalając mnie. Próbowałem się bronić, lecz wytrącił mi sztylet tak, abym nie mógł użyć telekinezy. Pozostały mi jedynie moce, jednak i one takowe posiadał. Poczułem jak zamarzam. Wokół mnie powstały kryształy lodu.
-Hej ty! Odwal się od niego! - usłyszałem krzyk Lady, następnie wrzask przeciwnika, by znów poczuć swąd spalenizny. Lód, który mnie otaczał, stopniał. Reszta napastników została obezwładniona przez straż.
Wstałem, otrzepałem mokrą sierść i podszedłem do jednego ze strażników.
-Ci tutaj, pochodzą ze Sfory Iskry. - poinformowałem go.
Przyjrzał się im, podszedł do masywnego mieszańca i odsłonił smoczą głowę na płaszczu.
-Ech... Nie są szpiegami. Agenci nigdy nie użyliby znaku narodowego na ubiorze. Mogą jednak mieć poufne informacje, wyglądają na wojowników. Cóż. Dziękujemy za informacje. Może potrzebujesz pomocy? Jesteś ranny.
Spojrzałem na ulicę. Z mojej sierści skapywała krew. Adrenalina nadal krążyła mi w żyłach, więc nawet nie czułem bólu.
-Dam sobie radę. - uśmiechnąłem się lekko.
-Skoro tak uważasz. - mruknął i zajął się swoimi sprawami.
Ja natomiast podszedłem do Lady.
-Cóż... chyba dość przygód na dziś. - zaśmiałem się.
-Czyżby?
-Tak, jestem pewien. Najchętniej wróciłbym teraz do domu i posiedział nad rzeką. Co o tym sądzisz?
-Świetny plan. - uśmiechnęła się i bok w bok ruszyliśmy do Helecho. Jak gdyby nigdy nic...

THE END wreszcie.
| 1815 słów → 90೧ + 15೧ | Zadanie → 30೧ i 1K | Walka → 10PU |