21.12.2018

Od Yasmin ,,Sama wokoło" - część III

Czarna suka wyszła, nie było jej kilka dni w domu. Mimo że nie dała żadnego znaku życia, nie martwiłam się o nią. Jakoś tak... wiedziałam że tego nie potrzebuje. Kiedy zauważyłam te jej cuda na patyku to całe zmartwienie ulotniło się szybko. Mam na myśli całe zbrojenie jakie ze sobą wzięła, naprawdę, wszystko.

Do moich oklapniętych uszu dobiegły dzikie wrzaski, świadczące o czyjejś obecności w domu. Pewnie znowu czarna suka użala się nad sobą i wszystkim wokoło, niszcząc przy okazji niewinne meble. Uderzenie o ścianę, coś czuję że jutro już nie będziemy jeść przy stole. W sumie z jednej strony żal mi jej, straciła ważną osobę i nie potrafi przyjąć tego do wiadomości. Może już ma depresję? Nie zdziwiłabym się, naprawdę. Jęknęłam, widząc w oknie księżyc w niskiej pozycji. Coś koło czwartej. Przeciągle ziewnęłam i ponownie ułożyłam się obok błogo śpiących szczeniąt. Takie bezbronne i niewinne, bez żadnej skazy. Wróciłam umysłem do kuchni kruczoczarnej suki. Rozmowa z Lady dała mi bardzo dużo do myślenia, ba, skłoniła mnie nawet do małych refleksji. Położyłam łeb na poduszkę i przymknęłam oczy, ciesząc się ulotnymi chwilami spokoju. Starałam łapać się ich ile tylko się da, ale moje dzieciństwo to i tak była jedna wielka klapa. Teatrzyk pacynek.

Szczęk broni, obce głosy kilku psów. Lekko wstałam opierając się na przednich łapach i moje serce zabiło kilka razy szybciej. Tylko Aragon leżał na łóżku, gdzie jest Karmen?! Moje źrenice gwałtownie się rozszerzyły i zeskoczyłam z łóżka na wpół śpiąc. Ale to nieważne, wybudzenie trwało kilka sekund, chwilowo najmniejszy problem. Łapy uderzały o siebie a ja powstrzymując się od zatrzymania skoczyłam na schody i pokonałam je z prędkością kilkunastu stopni na sekundę. Wpadłam do salonu i moim oczom ukazała się masakra. Wszystkie meble powywracane, kompletnie w innych miejscach, czasami do góry nogami. Wszystkie muszle z półek pozjeżdżały z nich i ich szczątki spoczywały na podłodze. I ... Karmen. Szczenię leżało pod ściana a wokół niego były ślady pazurów. i krwi. Czerwonej cieczy. Czułam, jak przez moje ciało przechodzi dreszcz i od razu znalazłam się przy szczeniaku. Zaczęłam go lizać po pysku, byleby wstał, ale on leżał zimny już od dłuższego czasu. Załkałam i z mojego gardła wyrwał się długi i żałosny jęk. Leżał tu już od dłuższego czasu, widziałam jego oczy, czyżby...? Nie, to na pewno nie ona. Położyłam pysk na jego szyi, pozwoliłam znaleźć łzom ujście.

Poczułam jakąś łapę na swoim karku, przeszedł mnie niemiły dreszcz i obróciłam się z zapłakanymi oczami w stronę nieznajomego psa. Za nim stała Lady, cała umorusana krwią. Od łap po pysk, z którego niekiedy spływały kropelki czerwonej cieczy. Samiec wyglądał identycznie, jeśli nie gorzej.
- Csii, spokojnie, uspokój się - powiedział, starając się aby jego głos miło zabrzmiał - Wszyscy z tamtej grupy odwiedzili już... drugą stronę, że tak to ujmę. Zobaczyliśmy ich, jak pomagałem Rudzikowi w niesieniu żelaza. Czwórka tępogłowych, wynieśli sporą część broni i zapasów.
Po kilku zdaniach pies oblizał pysk, zlizując i połykając ślinę zmieszaną z krwią.
- Horus jestem - powiedział i szturchnął mnie łapą.
- Znasz ją? Lady lub Rudzika?
- Masz na myśli najlepszego konspiracyjnego zbrojmistrza? - zapytał wskazując na Lady, która niczego nie świadoma opłukiwała pysk - Ona robi cholernie... oj, przepraszam. Ona robi bardzo dobre bronie.
Każde jego słowo wypowiedziane z pewną dozą radości jak i współczucia. W pewnym momencie obrócił się w moją stronę i spojrzał mi prosto w oczy.
- Ty... ty wiesz, prawda?
- Tak, wiem. Wczoraj mi powiedziała. Nie chcę robić jej nadziei ale ... - pies urwał mi w połowie zdania.
- Nie, nie mów nic. To ją trzyma przy życiu, rozumiesz? I tak jest na skraju załamania, uwierz mi, znam ją od dawna. Jeszcze sprzed ataku Iskier. Kocha go z całego serca, jest to jej jasny tunel w ciemności. A tylko powiedz jej to, co ci powiedziałem, to już możesz się pożegnać ze swoim życiem.
- Mogę się ciebie o coś zapytać?
- Co chcesz wiedzieć? - zapytał z uśmiechem Horus. Jego zmierzwione futro, liczne blizny i zadrapania na ciele oraz przewieszona przez ramię broń z herbem Jutrzenki świadczyły o tym psie więcej niż jakiekolwiek słowa. Moje oczy zalśniły i katem oka spojrzałam się na ciemną sukę. Ona lekko skinęła łbem i mimo przyjaznej sytuacji, nie zbliżyła się do psa ani na metr a jej wyraz twarzy pozostał okryty kamienną maską.
- Jak... jak stać się jednym z was? -
Wyraz twarzy owczarka zesztywniał i natychmiast pies zmierzył mnie pogardliwym wzrokiem, od góry do dołu. Skrzywiłam się lekko widząc takie perfidne zachowanie i lekko zjeżyłam sierść na grzbiecie. Naprawdę chciałam pomóc odzyskać Jutrzenkę. Co prawda od niedawna tu jestem, ale już zdążyłam poznać wspaniałą politykę bardzo legalnych i miłych władców. A jakich sprawiedliwych! Chciałam czuć i widzieć ich śmierć, jedną za drugą. Przez chwilę trwała niezręczna cisza.
- Uklęknij i przyrzeknij na własne życie wierność jedynej prawowitej władczyni, Cerynitis - powiedział uroczystym a zarazem martwym w środku tonem. Wszyscy dobrze wiedzieli, że taka przysięga to bezwzględny wyrok śmierci. Nie zawahałam się ani trochę i pewnie rzuciłam spojrzenie karmelowemu owczarkowi. Za szczenięta, za Karmena. Za osobę, którą straciła Lady. Wiedziałam, że gdyby mogła, to rzuciłaby się na mnie i powstrzymała mnie, ale śmierć brązowego szczeniaka wstrząsnęła nią tak samo jak mną i nie reagowała na jakiekolwiek bodźce od paru godzin. Po prostu stała będąc duchowo nieobecna a jej spojrzenie było puste i nieobecne, czasami przytakiwała lub mruczała wyrażając sprzeciw. A do tego złe wyniki poszukiwać jej partnera, to naprawdę musi ją wszystko mocno dobijać. Chcę, aby miała chociaż jeden powód aby być ze mnie dumna, aby wiedziała, że jej pomoc jej się opłaciła i przyniosła jej jeszcze większą sławę niż same bronie. Chciałam być kimś.
- Ja, Yasmine, przyrzekam służyć wiernie Cerynitis w każdej sytuacji, zawsze i wszędzie - moje wargi lekko drżały gdy wypowiadałam te słowa. Każdy wyraz zachowywał się, jakby nie chciał wyjść z pyska, tylko zostać tam już na zawsze. Przez mój grzbiet przeszedł cień zdenerwowania a zarazem pożądanej ekscytacji.
- Dobra, wrócę tu kiedyś po ciebie - powiedział i odwrócił się w stronę Lady całkowicie o mnie zapominając.

Ukryta w drugim pokoju słyszałam całą ich rozmowę, przez chwilę miałam ochotę krzyczeń i płakać. Zrozumienie jego słów zajęło mi chwilę, ale w końcu otrząsnęłam się i ze smutkiem przytaknęłam mu w myślach. Mimo że traktują mnie jak dziecko, szanuję ich decyzję.
 - Ona jest za młoda, nie da rady. A po za tym nie chcę widzieć jej śmierci, naprawdę mamy już dość ofiar. Ja mam dość, każdy ma. Proszę, przetrzymaj ją u siebie i zadbaj o nią, pokrzep ją i zarazem siebie. 
- Moje problemy, moja sprawa. Muszę sobie z nimi poradzić. A jeśli chodzi o Yasmine, to tak, zgadzam się z tobą. Jest niedoświadczona i szybko by zginęła... Przekażę jej dane agentom, przy dobrym wietrze dostanie się na szkolenia do obozu... Tam ją wszystkiego nauczą. A że ty jesteś chwilowo moim jedynym kontaktem, ruszaj i biegiem mi do Cerys. Młoda i sprawna suka, dobrze strzela z łuku. Przekaż jej to, nie otwierając koperty, okej? Jest tam parę informacji o Yasmine.


Horus już dawno wyszedł z kilkoma mieczami i sztyletami, czułam jak podłoga skrzypi od nacisku łap chodzącej suki. W końcu nadszedł moment, kiedy Lady chwyciła bezwładne ciało szczeniaka i ruszyła wolnym krokiem w stronę lasu. Obserwowałam ją, czasami zatrzymywała się i poprawiała spadającą jej z juk łopatę. Niewyobrażalne, nigdy nie widziałam silniejszej osoby. Ona naprawdę wierzyła że jej partner żyje. Każde jej poczynanie ma tylko jeden cel - przybliżyć ją do jej najprawdopodobniej nieżyjącego narze. Smutno opuściła łeb i poprosiła w myślach o tyle zaufania do życia co ma ona. Ale teraz kruczoczarna zeszła na drugi plan. Aragon widział wszystko stojąc na schodach, suka pamiętała jak się na nią błagalnie spojrzał. Teraz jego czas i musi zrobić wszystko, aby szczeniak się nie załamał.

1261 słów → 10ᘯ + 60ᘯ


Od Morrigan "Zdrada"

Szkarłatny strumień zatrzymał już swój bieg. Spoczywał. Zaczął już przybierać ciemną barwę, musiał tak trwać już od dłuższej chwili. Metaliczny zapach. Czerwień na marmurowej posadce, białej niczym śnieg, białej niczym jego sierść... Miękka sierść, w którą mogłam się wtulić, gdy świat stawiał zbyt wiele wyzwań. Ta biel, która przed laty mignęła mi gdzieś w zaroślach, dostrzegłam ją kątem oka. Jego spokojny głos, który był zapowiedzią lepszego jutra. Już go nie usłyszę.
Oto leżał przede mną Aaron. Przywódca Sfory Jutrzenki. Mój partner. Leżał w kałuży krzepnącej krwi. Na posadce, o której czystość tak dbał. Och, wybacz. To nie ja ubrudziłam. Nie naniosłam krwi po polowaniu. To ty, wiń tylko siebie...
Z głębi mojej krtani wydobył się cichy jęk. Drżałam. Mrugałam szybko. Niech ten obraz zniknie. ZNIKNIE. Przecież to musi być sen. Budzę się... Budzę! BUDZĘ. Nie... Nie oszukuj się. On leży przed tobą, a szkarłatny strumień zatrzymał swój bieg. Nie krąży już w jego żyłach. Nie przeciska się przez zakamarki serca. Wydarł się z niego, wydarł się z jego piersi.
Chyba upadłam. Tak leżę przed nim. Przed jego pyskiem. Jego oczy nadal są spokojne. Zbyt spokojne. Spogląda na mnie z wyrzutem. Przepraszam, mogłam być przy tobie... Zawsze narzekałeś, ze uciekam od obowiązków. Miałeś rację, mogłam być przy tobie. Poszłam, to był krótki spacer... Mogłam być przy tobie...
Szeptałam, czując zimno posadzki. On już nie wróci. Odszedł. Zginął. Ktoś go zabił.
Wstałam gwałtownie, aż zakręciło mi się w głowie. Łzy sprawiały, że widziałam niewyraźnie, jednak szkarłatnej plamy nie sposób było nie dostrzec. Podeszłam bliżej. Głęboka rana. Dźgnięcie. W klatkę piersiową. Precyzyjne. Zabójca wiedział co robi. Serce zabiło mi mocniej. Po raz ostatni spojrzałam w spokojne oczy mojego partnera i odeszłam. Chwiejnym krokiem, niemal upadając na schodach, dotarłam do komnaty, w której przebywał generał.
-Aaron. Zabili go. - powiedziałam cicho. Znów poczułam to dziwne uczucie. Jakby ktoś wypełnił mi serce ołowiem. Upadłam. Widziałam jak pies wstaje i biegnie. A potem... potem już nic nie widziałam.

Kilkanaście dni później...

Trochę już minęło, a trup nadal śni mi się po nocach. Widziałam jego pogrzeb. Już nigdy go nie zobaczę, a jego oprawcy nadal żyją. To nie mógł być ten biedny pies z północy. Niczym nie zawinił. Widziałam to w jego zachowaniu. Obserwowałam go aż do egzekucji. Oni nadal są na wolności. Uwięzili mnie. Zamknęli w lochu, założyli dziwaczne łańcuchy, przez które nie mogłam używać telekinezy, ani moich mocy. Zostawili w ciemnościach. W ciasnej celi. Zaczęłam panikować. Nienawidzę, nienawidzę. Takie pomieszczenie budzą moją odrazę. Bez światła, w duchocie. Musiałam się wydostać. I udało mi się. Na szczęście na zamku nadal pozostali wierni mi poddani. Szpiedzy, wojownicy i przede wszystkim wszyscy moi łowcy. Nie wierzyli, że to ja zabiłam. Przecież byłam z nimi na polowaniu, krew była zakrzepła, gdy wróciłam. Oni to wiedzieli, jednak nie mieli wystarczającej siły, by przekonać dowódców. A może dowódcy nie chcieli być przekonani...
Teraz żyję w Puszczy, w małym obozie napadanym co jakiś czas przez potwory. Dajemy sobie radę. Jeden z łowców przyniósł mi niedawno małą buteleczkę. Mówił, że to Mutatio, że jeżeli nie chcę utkwić w tej puszczy na wieki, muszę zmienić wygląd. Szukają mnie. Wszyscy. Szpiedzy, wojsko, nawet zwykli mieszczanie, kuszeni wysoką nagrodą. Chyba nie mam wyjścia.
Spoglądam na buteleczkę z błękitnym płynem jarzącym się w świetle słońca. Czas na zmianę. Kto wie, może to uratuje mi życie.

Wiele się nie zmieniło. Nadal jestem tego samego wzrostu, nadal poruszam się równie lekko, nadal jestem sprawna. Nadal czuję otaczające mnie zapachy i nadal mogę polować. Zmieniło się moje umaszczenie, odrobinę budowa. Mam lśniącą, srebrną sierść. Mogę odetchnąć z ulgą. Nadal jestem wyżłem. Bałam się, że zostanę jakimś kurduplem, który co najwyżej podgryzie kostki jeleniowi. Łowcy już się przyzwyczaili. To oni dołączyli do mnie w obozie w Puszczy. Nadal są mi wierni. Kilku z nich zaginęło, ich towarzysze nie wiedzą co z nimi. Mogli dołączyć do wroga. Szukamy ich, szukamy wszystkich, którzy mogli mieć coś wspólnego z zamachem. Jest nas niewielu, góra trzydzieści sztuk. Mam nowy przydomek. Cerynitis, chociaż większość skraca to do Cerys. Srebrna łania. Brzmi lepiej niż Luna. Morrigan powoli wychodzi z użycia. Posługujemy się pseudonimami, żeby nas nie znaleźli. Nie wysyłamy raportów pocztą, żeby nikt ich nie przechwycił Posłańcy przekazują informacje ustnie. Zmobilizowaliśmy już część wywiadu. Jest zaledwie sześciu szpiegów, ale robią dobrą robotę. Jest też zbrojmistrz. Czarna suczka, nie wiem czy ją wcześniej spotkałam. Wszyscy nazywają ją Rudzikiem, nie wiem kto ją zwerbował. Raz przyprowadzili ją do mnie, bo była narzeczoną jednego z zaginionych łowców, Oscara. Była bardzo skora do pomocy, wszystko, by go tylko odnaleźć, by się przydać. Mimo, że dalej nie udało się go odnaleźć, nie traci nadziei. Rozmawiałam z nią już kilka razy, bo jest nieocenioną pomocą przy dozbrajaniu naszej grupy.

Weszłam do niewielkiego namiotu na obrzeżach obozu. Sama kryjówka mieści kilkanaście namiotów i ziemianki, wykonane, by pełniły funkcję spichlerzy. Mamy już przygotowany polowy szpital, bo dołączył do nas medyk. Jeden z namiotów zajmuje właśnie Rudzik. Gdy ją odwiedziłam, była zajęta szlifowaniem drewnianych ramion sporego łuku. Przyjrzałam się broni z ciekawością. Była prosta, bez zbędnych zdobień, jednak wyglądała na dobrze wykonaną. Nie potrzeba nam ozdób, a broni, która pomoże przeżyć. Suczka mnie zauważyła. Podniosła wzrok znad drewna. Był pełen nadziei.
-Żadnych nowych wieści. - powiedziałam już po raz kolejny. Młoda suczka nadal wierzyła w powrót Oscara, jednak tylko pokiwała głową, zacieśniwszy zęby.
-On musi gdzieś być. Nie wierzę, żeby przyłączył się do tych łajdaków, przecież był łowcą. Ty byłaś jego dowódczynią, mógł im odmówić. - powtarzała się.
-Tak, wiem. Chociaż to nie musiało być takie proste. Przywódca, to przywódca, on trzyma władzę, więc...
-NIE. Przecież ty powinnaś ją trzymać, oni nie mogli cię.. - wybuchnęła.
-Mogli. Zrobili to. Przecież czekałam na egzekucję. Przecież miałam być następna. Dziękuję losowi za to, że mam lojalnych towarzyszy! A Oscar był jednym z nich. Uspokój się dziewczyno. Jest z tobą coraz gorzej! - z każdym słowem podchodziłam do niej bliżej. Uciszyła się. Spoglądała na mnie z niepokojem, nieco  z wyrzutem.
-Ja wiem jak boli strata. Ale ty możesz żyć jeszcze nadzieją. Jesteś wolna. Ciesz się tym. Wróć do domu. Czekaj na niego. Jeżeli uda się nas tutaj znaleźć, wyślę go do Litore. Wróć do domu. Jeżeli znasz kogoś lojalnego, przekaż mu nieco informacji. Nie mów mu kim jestem, kim byłam. Nie mów gdzie jesteśmy. Nasz wywiad będzie cię odwiedzał i informował. Jeżeli kogoś znajdziesz, przekażesz jego dane agentom, a oni zadecydują czy przyda się naszej grupie. Masz wrócić do domu. Czekaj na niego. Możesz jeszcze żyć nadzieją. - mówiłam powoli, spokojnie, a na mordce Rudzika pojawił się zadziorny uśmiech. Widać było po niej, że chce działać, nawet mimo łez, które kręciły się w kącikach jej oczu.

(No i co u ciebie Lady, jak się bawisz w domku? Oscar, do roboty.)

1091 słów → 10ᘯ + 50ᘯ

Od Yasmin ,,Sama wokoło" - część II

Między suczkami przez chwilę trwała cisza, po czym rozległo się ogłuszające pukanie do masywnych drzwi. Równe siedem razy zapukał osobnik, który najprawdopodobniej był w konspiracji. Mimika Lady natychmiast się zmieniła i ona sama okryła się ciemno niebieskim płaszczem zabranym z komody. Czuła, jak mięśnie suczki się napinają a ona sama diametralnie zmienia swoje zachowanie. Yasmine widziała, jak zakłada juki i wciska sobie sztylet za pas oplatający jej szyję. Stała tak i gapiła się na jej każde poczynanie ze zdziwioną miną.
- Zaraz wracam, idź do kuchni i przypilnuj szczeniąt - warknęła kruczoczarna na biało czarną, tym samym odsłaniając białe kły. Ta lekko ugięła łapy i udała się do kuchni z markotną miną. Rozumiała, że to jej dom i sprawy, ale chciała okazać wyższość kilka chwil po tym, jak się poznały. W sumie jej się nie dziwię. Przytulnie ale zarazem pusto - tak było u tej wariatki. Yasmine ciągle nie potrafiła zrozumieć, czego lub kogo tu brakuje. Usłyszała trzask drzwi świadczący o wyjściu Lady z domu. Przemaszerowała przez korytarz i zaglądając do każdego pokoju, odnalazła wreszcie kuchnie. Odetchnęła z ulgą i zaraz dostała zawału, widząc jak czarno brązowy psiak bawi się z białym ptaszyskiem. Czy ten ptak zaatakował te szczeniaki?
- Kto tu to wpuścił?! - krzyknęła i chwyciła telekinezą miotłę opartą o dębowy stół - Zaraz was uratuję!
Dwa szczeniaki obróciły się jak na zawołanie z rozbawionymi minami, nawet ptak spojrzał się na nią z wyrzutem. Zawahała się przez chwilę i opuściła narzędzie niosące śmierć, czyli miotłę. 
- To jest Algae, ptak tej miłej pani - odpowiedział spokojnie na jej krzyki cały brązowy piesek.
Ona jedynie podniosła jedną brew i zdała sobie sprawę z paru całkiem istotnych rzeczy.
- Nie jesteście głodni? Dobrze się czujecie? - po czym dodała po chwili - Jak wy w ogóle macie na imię?
- Jestem ... nie wiem, ale ta mewa jest świetna! - zawołało czarno brązowe szczenię. Cieszyło się na widok ptaka, chyba jakiejś mewy. Nawet nie zwróciło uwagi na pytanie suczki.
- Ja nazywam się Karmen, słyszałem jak tatuś tak mnie nazywał - odparł dumnie brązowy, czyli Karmen. Nazywasz się Karmen.
Suczkę bardzo zainteresowały słowa małego, które wypowiedział trochę ciszej.
- Pamiętasz cokolwiek ze swojego starego domu? - zapytała z nadzieją w głosie. Jej kark drżał z podekscytowania całą tą sytuacją.
- Nie za bardzo, ale wiem, że w pewnym momencie tatusiek przestał przychodzić, mama wspominała coś o jakichś rebelianckich walkach - ostatni człon zdania wyszeptał tak, żeby drugi psiak tego nie usłyszał - Nie mów mu tego.
Suczka pokiwała głową ze zrozumieniem i przyłożyła opuszek łapy do pyska. Szczeniak się uśmiechnął i wrócił do zabawy z bratem. W tym samym czasie w umyśle Yasmine toczyła się walka. Co te biedne stworzenia zrobiły aby tak je potraktowano? Co złego uczyniły? Co sprawiło, że Jutrzenka z tak bezpiecznego miejsca zmieniła się w jakiś totalny obłęd i chaos? Tyle niewinnych istnień ucierpiało. Biało czarna pokiwała ze smutkiem łbem i ruszyła do kuchennego blatu, aby przygotować coś do jedzenia. Ciekawe, czy cokolwiek znajdzie.

Znalazła i to ile. Suczka miała ogromną spiżarnię, którą odkryły szczeniaki. A w sumie ta mewa, Algae, im pokazała. Niezły z niej ptak. Sprytnie ukryta w szafce kuchennej, trzeba było ją otworzyć i wyjąć obudowę tylnej ścianki. Wtedy czołgało się przez chwilę i od razu wchodziło się do suchej piwniczki pełnej rozmaitego jedzenia. Karmen i ten drugi od razu zabrali się za biszkopty, za to suka zainteresowała się suszonym mięsem. Dała szczeniętom wolną rękę, niech jedzą co chcą, byleby się najadły. Gdy wszyscy byli pełni, poczłapali do łazienki, gdzie w drewnianej misie pełnej ciepławej wody wyszorowała szczeniaki. Stwierdziła, że sama później weźmie kąpiel. Przynajmniej nie musiała rozpalać ogniska aby podgrzać ciecz, sama w sobie była nawet zdatna do umycia się. W sumie i tak ledwo znaleźli to pomieszczenie, ten dom ma naprawdę dziwny rozkład. W końcu zawędrowali na górne piętro i znaleźli mały pokój który najprawdopodobniej nie był przez nikogo zamieszkany. Własnie tam Yasmine ułożyła szczeniaki do spania i czule każdego polizała. Przymknęła rozkojarzona oczy i pozwoliła odpocząć ciału i głowie. Dopóki czuła dwa powolne oddechy obok siebie, była spokojna.

Przez chwilę prawie zasnęła z nimi, gdyby nie wybudził jej gwałtowny trzask, krzyknięcie złości i dziwna cisza. Biało czarna podniosła zaskoczona łeb i pomału, nie budząc Karmena i psiaka którego zaczęła nazywać w myślach Aragon'em, zeskoczyła z posłania i po cichu zeszła na dół. Jej oczom ukazał się widok, którego nie spodziewałaby się nigdy ujrzeć. Kruczoczarna siedziała przy stole i płakała, ściskając jakieś potargane papiery w łapach. Zakłopotana Yasmine podeszła i usiadła obok niej, ściągając tym samym z niej mokry od deszczu płaszcz. Nie znała tej suki, nie wiedziała kim jest i co zrobiła, ale zmusiła się do tego dobrego zachowania i posłała ku niej lekki uśmiech. Ta obróciła lekko łeb i przetarła łapą pysk.
- Co się stało? - na same słowa czarna wylała z siebie kolejne rzewne łzy nie zważając na obecność.
Yasmine się zlękła, widząc ją w takim paskudnym stanie. Słyszała wiele rzeczy o Rudziku, dopiero nie dawno dostała możliwość spotkania się z nim. Ale wszystko co słyszała, to były jedynie bohaterskie opowieści o jego postawie wobec wszystkiego. Nigdy nie ulegający, walczący jak prawdziwy bohater i tworzący zabójcze bronie aby ratować Jutrzenkę przed złymi Iskrami. Przed sobą miała rozpłakaną suczkę, która nie pasowała do opisu jaki przekazywano jej prawie wszędzie.
- Staram się pomóc, no weź... - ponownie powtórzyła łaciata i aż wzdrygnęła się na spojrzenie, jakie posłała jej Lady. Zimne i odpychające, a zarazem pełne bólu i cierpienia.
- Ty.. tyle czasu, ws..szystkie kontakty jakie miałam ... na nic - łkała, tym samym zaciskając łapy na stole i tym samym zostawiając głębokie rysy na jego drewnianej powierzchni. Powtarzała te słowa jak zacięta katarynka, w płaczu i mentalnej agonii. Yasmine domyślała się, o co może chodzić. Pewnie jakaś zła decyzja doprowadziła do śmierci kilku rebeliantów i teraz Rudzik się obwiniał... Biedna. Sama z takimi rzeczami na głowie bez żadnej pomocy.
- Rudz... znaczy Lady - zaczęła łaciata łapiąc spojrzenie czarnej - To nie twoja wina, dobrze wiesz że Iskry są ostre i ... .
Biało czarnej nie dane było dokończyć, przerwało to ostre warknięcie Lady.
- Nie masz najmniejszego pojęcia o co chodzi! Nic nie wiesz! - krzyczała tym samym prawie podrapała Yasmin - Wpakowałaś się i gadasz jakieś kompletne głupoty!
Zbita z pantałyku suka skuliła uszy i okazała całkowity brak chęci do walki. Z rozwścieczoną suką nie miała najmniejszych szans. A po za tym to było jej jedyne oparcie i nie chciała walczyć z jedyną przychylną jej osobą. Nie ważne, co stało się w jej życiu. Nagle źrenice czarnej się gwałtownie zmniejszyły a ona sama zatrzymała łapę przed ciosem. Szybko opuściła kończynę i obróciła się w drugą stronę. Wszystkie emocje jakie w niej były, wyparowały jak woda z jeziora. Nawet szybciej.
- Ja... przepraszam, Yasmine. Poniosło mnie - każde słowo wypowiedziała na swój sposób z pewną ostrożnością - To logiczne, że nic nie wiesz.
Przez dosłownie chwilę czarna zawahała się, ale po chwili dodała zdanie, które zaskoczyło drugą suczkę.
- Szukam pewnego psa od początku ataku Iskier. Nie doprowadzam do siebie jego śmierci, bo wiem, żebym po prostu o tym... wiedziała. Zniknął, nikt nie wie gdzie jest. Wszyscy go szukają, wszystkie moje kontakty. To po to stworzyłam to wszystko, tylko żeby go odnaleźć... - jęknęła i w kącikach jej oczu można było dostrzec łzy, które szybko starła.
- Kim on był? Bratem? Ojcem? - biało czarna zapytała bardziej z ciekawości niż chęci pomocy suczce. Czarna zgromiła ją wzrokiem i ponownie westchnęła wstając od stołu.
- Nazywa się Oscar i nie poddam się, dopóki go nie znajdę - powiedziała pewnym głosem i wyszła z salonu zatrzaskując drzwi i zostawiając Yasmine samą przy stole.


Ale mi się spodobało takie pisanie, lel. Normalnie alternatywna rzeczywistość będąca realiami. 

1222 słów → 10ᘯ + 60ᘯ

20.12.2018

Od Yasmin ,,Sama wokoło" - część I

Czy jakakolwiek lepsza broń musi być taka droga? Po kij tyle za nią chcą, skoro i tak nie zostanie kupiona przez trzy czwarte społeczeństwa. Ciemna suczka z cichym ukłuciem żalu odłożyła misternie rzeźbiony łuk i podziękowała sprzedawcy. Ten kiwnął łbem i zaraz podszedł do innego potencjalnego klienta, od razu zaatakował go swoją całą ofertą na stanie. Biedny owczarek aż skulił się pod naciskiem białego psa. Yasmine uśmiechnęła się lekko pod nosem na ten widok, był on dość śmieszny. Nadal nie kupiła sobie broni, ukłucie źle wykonanej misji ją bolało. Odkąd nastały Mroczne Czasy, każdy musi być w gotowości na wielką rebelię. A ona miała tylko ten bezużyteczny stary łuk treningowy. Ledwo się trzyma kupy. Głośno westchnęła i przepychając się ruszyła w stronę kolejnego stanowiska.

Suczka kolejny raz wydała z siebie proszący jęk.
- Niech mi pan da te namiary, proszę! - powiedziała z nutką tonu, jakiego rzadko używała. Musiała zrobić wszystko aby dostać się to tego zbrojmistrza.
- Kochana, wojna to nie miejsce dla suczek, a szczególnie rebelia - ostatni człon zdania powiedział cichszym tonem, ba, wręcz wypowiedział te słowa szeptem.
Myśl Yasmin, myśl.
- Panie! Mój mąż na wojaczce zginął, dla dzieci upolować coś muszę. Jaka rebelia? - powiedziała najbardziej wiarygodnym tonem jaki potrafił się z niej wydobyć. Pierwszy raz aż tak uniżała się aby cokolwiek uzyskać. I zarazem ostatni.
- Przyprowadź mi dzieciaka, to uwierzę. Na razie myślę, że po prostu łgasz! - powiedział i napięcie się obrócił.
Zrezygnowana odeszła ze zwieszoną głową. I jak ma się teraz dostać do Rudzika? Jedyny zbrojmistrz który stale współpracował i wykuwał bronie dla Rebelii. Gdzie on może się ukrywać? Zero adresu, imienia czy czegokolwiek. Jedynie ten cholerne przezwisko, Rudzik! Wściekła suczka kopnęła kupkę liści łapą i naburmuszona ruszyła w stronę karczmy.

Będąc już blisko, kątem oka dostrzegła dwa pieski wciśnięte między siebie pod ciemną kamienicą. Zainteresowała się i wpadając na genialny pomysł, podeszła do nich i z żalu ścisnęło jej się serce. Dwa szczeniaki, na oko niecały rok. Zaniedbane i wychudzone, leżące jedno na drugim. Wiedziała że wojna zbiera swoje żniwa, ale żeby aż tak...? Gdzie ich rodzice? Rozejrzała się wokoło, jednak żaden z obecnych tu psów nie wykazywał najdrobniejszego zainteresowania młodymi psami.
- Ej, wy dwoje. Co wy tu robicie? - powiedziała cichym tonem, starając aby zabrzmiało to w miarę przyjaźnie.
Jedno szczenię podniosło jasny łebek, drugie tylko powieki. Oba były chyba zbyt zmęczone, aby widać było po nich oznaki strachu.
- Jesteśmy tu, nasza mama zaraz wróci - powiedziało jedno, lekko oblizując wargi.
- A gdzie poszła? - zapytała z nadzieją, że uda się znaleźć kogoś, którego będzie mogła opieprzyć za stan szczeniąt.
- Nie wiemy, zostawiła nas tu kilka dni temu i powiedziała, że wróci i mamy czekać - tym razem odezwał się drugi piesek, jego głos był dosyć dziwny. Jakby wiedział, że coś jest nie tak, ale cała reszta wskazywała na inne rozwiązanie. Nie wyglądał za dobrze. Nie wiedziała co począć, jej początkowy pomysł tego nie zakładał, miała tylko ,,wypożyczyć" je na chwilę. Tym czasem w jej umyśle walczyły dwie opcje, dwa charaktery działania i dwie możliwość. W końcu znalazła złoty środek i jej pysk delikatnie się uśmiechnął. Przez chwilę zawahała się w półkroku, ale zaraz podeszła do szczeniaków i czule zaczęła je oblizywać. Ich matka albo ich nie chce albo już nie wróci, a one same co poczną? Chwyciła jednego i szybkim ruchem wsadziła go do torby na grzbiecie, drugiego trzymając w pysku ruszyła w stronę stoiska z bronią. Zdjęła z szyi szary szalik i owinęła tego mizerniej wyglądającego.
- Gdzie nas zabierasz?! - dało się usłyszeć głosy i piski niezadowolenia - Nasza mama! Ona nie wie, że nas zabierasz.
- Ja... jej powiedziałam. Ona o wszystkim wie i później przyjdzie po was - szybko skłamała i zaraz pożałowała tej decyzji. One będą musiały się kiedyś dowiedzieć, ale jest kropelka nadziei że uda się odnaleźć kogoś z rodziny. Ona sama nie miała żadnego schronienia, więc jedynym jej ich ratunkiem jest tajemniczy Rudzik, który podobno pomagał wszystkim wokoło. W szczególności, że jedno ze szczeniąt nie wyglądało dobrze, wręcz ledwo trzymało się na łapach. Nie patyczkując się, położyła szczeniaki na stole i wlepiła swe spojrzenie w brązowe oczy handlarza. Ten przełknął ślinę i lekko przechylił łeb, wskazujący tył namiotu. Yasmine kiwnęła głową i ponownie spakowała szczeniaki do torby.

Biegła ze wszystkich sił jakie w sobie znalazła. Nadchodził wieczór i bezlitosne patrole okupanta Jutrzenki. Czuła, jak w jej łapy wbijały się igły i kamienie ale nie zważała na to. Dostała ten adres, jak na razie wszystko idzie po jej myśli. Tylko dobiec na czas. Modliła się, aby Rudzik był w domu. Telekinezą poprawiła sprzączkę przy torbie i bardziej okryła szczeniaka w środku sakwy. W tym samym czasie skrzywiła się, kiedy kolejna kępka futra weszła jej w nos. Głośno kichnęła i prawie potknęła się o leżącą na ziemi gałąź.
- To łaskocze! - powiedział na wpół z rozbawieniem i wyrzutem kremowy piesek.
Yasmine odmruknęła by coś w odpowiedzi, ale w pysku chwilowo miała fałdę skóry z karku psiaka. Jej uradowanym oczom oczom ukazał się niebiecki dom. Piąte ulica w Litore, zapukaj siedem razy w równych odstępach czasu - w głowie mieszały jej się słowa białego akity. Weszła do zadbanego ogrodu i podeszła do masywnych drzwi. Wyciągnęła łapę i odetchnęła, ciągle mając w pysku szczeniaka. Zapukała kilka razy i w duchu błagała o pomoc. Dosłyszała kroki i skrzypnięcie zamka. Otworzyła jej wysoka czarna suczka. Jej brązowe oczy wpatrywały się w nią z zaskoczeniem i przerażeniem zarazem, szczególnie w momencie kiedy dostrzegła szczeniaki.
- Jestem Yasmine, proszę o pomoc... Ja do Rudzika... - wydukała z siebie zdyszana i poczuła jak ktoś popycha ją do środka.
- Wchodź - powiedziała szybko i od razu biało-czarna suczka znalazła się w środku. Starała się nie rozglądać za bardzo, ale przytulnie umeblowany domek nie sprawiał wrażenia miłego. Czuć było pustkę, jaka zapanowała po zniknięciu kogoś z tego domu. Czyżby tajemnicza suczka została wdową i Rudzik nie żyje...?
- Najpierw wytłumaczysz mi, dlaczego te szczeniaki wyglądają tak mizernie, dopiero później cała reszta - powiedziała miłym dla ucha głosem i chwyciła szczenię w zęby. Suczka lekko wzdrygnęła się na widok ruchów i zębów czarnej. Wcale nie wyglądała jak bezbronna ofiara i wdowa.
- J..ja znalazłam je gdy szłam do karczmy - czarno-białą powiedziała zgodnie z prawdą - Szukam Rudzika, wiesz gdzie on jest?
Suczka położyła szczenię na poduszce i zaraz wyniuchała drugie w sakwie łaciatej, z nim uczyniła to samo. Gdy niesforne wstały, lekko je szturchnęła i powiedziała coś na ucho. Oba pokiwały łebkami, ich ogonki nieznacznie zadrżały z ekscytacji. Po tym wybiegły a kruczoczarna suka spojrzała się na Yasmine podnosząc jedną brew.
- Szukasz Rudzika? A po co ci on? - wypowiedziała te słowa jakby od niechcenia.
- Potrzebuję broni a po za tym nie mam warunków aby zająć się szczeniakami... To dzisiaj je znalazłam. Najprawdopodobniej ich własna matka je porzuciła. Naprawdę potrzebuję się z nim skontaktować!
Czarna podniosła jedną brew i uśmiechnęła się.
- Ja jestem Rudzik. Mów mi Lady - odpowiedziała i zaśmiała się z głupkowatej miny owczarka - Tak, to ja, jeszcze nie zgłupiałam.
Czarno-biała usiadła i nadal nie wierzyła w usłyszane słowa. Inaczej wyobrażała sobie Rudzika, ale przynajmniej otrzyma pomoc. Odwzajemniła uśmiech.

Taki klimacik z rebeliami i "wojną" w Jutrzence. Nie wiem co mnie poniosło...

1151 słów → bonusowe 10ᘯ + 55ᘯ

7.10.2018

Od Lady cd. Oskara

Zdziwiona nagłym zachowaniem psa, nie protestowałam. Szczerze? Jego tajemnicze zachowanie i krótkie wyjaśnienia zaintrygowały mnie do tego stopnia, że końcówka mojego ogona zaczęła lekko drżeć. Momentalnie znalazłam się przy ciemnym owczarku i wspólnie ruszyliśmy szybkim, miarowym truchtem. Weszliśmy w tereny leśne i wędrując, nie pomijaliśmy żadnych widokowych zakamarków, wręcz przeciwnie, maszerowaliśmy do nich i z podziwem oglądaliśmy każdy klif, każde dziwne drzewo i to, co choć w małym stopniu wydawało się choć trochę osobliwe.

Oskar wybierał prześliczne szlaki, pełne wspaniałych widoków dolin i polan, ogrom kolorowego kwiecia napadał na nas ze wszystkich stron. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się, Okar i ja czuliśmy lekkie zmęczenie, w końcu dwugodzinna droga zmieszana z ciągłymi rozmowami może psa wykończyć. Dosłownie. Siedliśmy na polanie i gdy wygodnie się usadowiliśmy, dopiero wtedy poczułam, co to znaczy mieć przy sobie jakąś inną osobę. Kocham Oskara, nie słowem ale zachowaniem i czynem. Nie wiem, jak mam dziękować losie za te wszystkie chwile spędzone na ziemi. Może to jakieś wynagrodzenie za wszystkie krzywdy na tamtym świecie? Może. Skupiłam się na chwili, spędzonej przy ciepłym futrze kudłatego owczarka. Zielone listowie rozciągało się do końca polany i jeszcze dalej, jakby nie znało takiego czegoś jak cywilizacja. I dobrze. Jasno niebieska łuna rozciągała się po niebie, tworząc przejścia chmur, coś na kształt jednej, wielkiej kolejki. Wszystko żyję własnym życiem, nie przejmując się niczym innym. Poczułam jak instynktownie łapie za kolorowe kwiaty i zaczynam pleść długi sznureczek. Ciasno splecione kwiaty pomału zaczynały nabierać kształtu na cokolwiek. Szczerze? Nie wiedziałam, co to mogłoby być. Skupiając całą swoją uwagę na swoim rękodziełu, poczułam jak Oskar nakłada mi na łeb coś z kwiecia. Podniosłam swe oczy ku górze i dostrzegłam wianek z niepozornych, ale jakże przepięknych stokrotek i innych jasnych kwiatków.
— Ha, byłem pierwszy — powiedział z radosnym uśmiechem. Gdzie on się tego nauczył?

Ruszyliśmy, ja z wiankiem na łebku a Oskar z czymś w stylu korony z wszelakiego kwiecia. Zerkałam ciągle na niego a on jedynie odpowiadał szerokim uśmiechem na pysku. Humory nam dopisywały.
— Oskar, gdzie idziemy? — zapytałam mrużąc oczy gdy wyszliśmy na mocno oświetloną dróżkę. Oczywiście że do Litore, zdążyłam się już domyślić. Szliśmy ciągle na południowy-zachód, nie zmienialiśmy tej trasy od początku. I zaczynałam czuć charakterystyczny zapach soli, delikatny, ale zawsze świadczący o obecności morza.
— Pytasz się po raz kolejny, ale ja dobrze wiem, że wiesz — odpowiedział i parsknął śmiechem.
— Co cię tak śmieszy? — powiedziałam niby z urazą, ale od razu widać było, że jest udawana — Przestań, natychmiast.
Jednak moje prośby były na nic, im bardziej prosiłam, tym bardziej owczarek robił sobie ze mnie żarty. Chcę mieć wojnę, będzie ją mieć.
— Wiesz co, ostatnio miałam w planach zrobić takie placki z powidłami ... ale widzę że Cię to za bardzo nie interesuję.
Pies od razu spoważniał i tylko radosny błysk w jego oczach świadczył, że to wszystko jest zabawą.
— Wypraszam sobie, jestem jak najbardziej poważny — odrzekł z dumnym akcentem, po czym machnął radośnie ogonem, wywijając nim wzory w powietrzu.
— Tak, na pewno — odpowiedziałam wymijająco i mój oddech się gwałtownie zatrzymał, kiedy dojrzałam swoje ukochane morze między drzewami. Oskar zachęcająco przyśpieszył do biegu i już po chwili wspólnie ścigaliśmy się do wody. Nasze łapy wspólnie wybijały znany nam rytm.

Tup tup tup. Tup. Tup tup. Tup tup tup. Tup. Tup tup. Tup tup tup. Tup. Tup tup. Tup tup tup. Tup. Tup tup. Tup tup tup. Tup. Tup tup. Głośne szast i klap. Szast, szust. Szust. Szast ... Szust.

Wyszliśmy na plażę prosto z lasu, do brzegu jest jakieś ... dwieście metrów? Widziałam jak mnie wyprzedza, robił przy tym fikuśne figury; machał ogonem lub podnosił wysoko obie łapy. Ja nie potrafiłam się powstrzymać, mój ogon wariował i uszy nastawiły się na przygodę. Czułam najpierw utwardzony piach po łapami, potem taki zwykły i na końcu lekko wilgotny od fal. Przy granicy suchości i mokrości (?) lekko podskoczyłam i wręcz zanurkowałam w słonej wodzie. Kochałam zapach pobudzającej soli w nosie, jej ostry smak w pysku i nawet lekkie szczypanie w kącikach oczu. Zanurzyłam się po pierś w wodzie, najpierw opuszki, stawy i na końcu klatka piersiowa, z której czarne futro ulatywało mi na boki. Kątem oka zerknęłam na psa, ten także wszedł do wody i z nie mniejszą radością korzystał z jej walorów. Po zapoznaniu się z wodą, rozpoczęła się bitwa na ochlapywanie - nie było żadnej litości.

Siedziałam u jego boku i opierając się o jego puszystą kufę, wpatrywałam się w morze. To chyba było moje ulubione zajęcie od dawna, mimo że na tamtym świecie nie miałam o nim pojęcia, choć niby je pamiętałam. Jakże dziwne i niepokojące, nieprawdaż? Bliskość i ciepło bijące spod futra nie potrafiły zaspokoić wszystkich moich pytań co, gdzie, ale. W sercu je odrzucałam, tworząc dla nich szufladkę opatrzoną napisem ,,niepotrzebne - wyrzucić". Jakże teraz było mi miło, wspaniałe uczucie być dla kogoś ważnym nie dlatego że jest się ,,kimś", tylko dlatego, że tego kogoś się po prostu kocha. Od pewnego czasu w głowie krążyła mi jedna myśl, co z ślubem? Dla jednych to rzecz prosta i szybka, dla innych - lata przygotowywań. Ale ja wraz z Oskarem, do której grupy się zaliczaliśmy? Głosik w głowie podpowiadał mi, że idealnie po środku. Zbliżał się wieczór, powietrze stało się chłodniejsze, wsiąkające w skórę, mijając futro i fale wezbrały - będzie sztorm. Oskar chyba też dostrzegł nagłe zmiany pogody i tak jak siedzieliśmy, to teraz ruszyliśmy w stronę miasteczka.

839 słów (bez tup'tupów)→ 40౧