5.05.2019

Od Elijaha cd. Yasmin

Błagalnie wzniosłem oczy ku niebu, wręcz modląc się o to, by wreszcie zamilkła. Rozjuszona suka wydawała się za to niezrażona. Patrzyła się na mnie wyczekująco, uprzednio przenosząc ciężar ciała na lewą stronę. Przechyliła łeb, a jej uszy opadły ku dołowi. Z tego co zdążyłem się zorientować, była dorosła, a jednak stale miała w sobie pierwiastek wyglądu szczeniaka.
- Nie mamy całego dnia - przypomniała, niby spokojnie, choć z nutką uszczypliwości w głosie.
Milczałem. Nie oznacza to jednakowoż, że po prostu stałem tam bezrefleksyjnie, niemo wpatrując się w jakiś bliżej nieokreślony punkt - o nie. W myślach kalkulowałem, co bardziej mi się opłaca. Oczywiście skazywanie samego siebie na towarzystwo Yasmine było posunięciem wręcz masochistycznym, lecz nawet ja nie mogłem całkowicie zlekceważyć dobra pacjentów. Może, skoro proponowała pomoc, wiedziała co nieco na temat medycyny, a nawet jeżeli nie - mogła się przydać w innych czynnościach. Miło mieć pomocnika nawet przy prozaicznym noszeniu wody.
- Chodź. Przydasz się. - westchnąłem, kierując się w stronę obskurnych drzwi oberży, która zaoferowała mi kupno mieszkania.
Otworzyłem białe, pokryte zdartą farbą wrota. Szybko pokonałem ciemny korytarz, ignorując głośne śmiechy i odgłos chlupoczącego w kuflach piwa. Karczma zlokalizowana na dole budynku była wiecznie żywa, nie pozwalając mi się skupić. Irytując się tym harmidrem, przekląłem pod nosem. Moim bluzgom towarzyszył cichy chichot rozbawionej Yasmin, która stale trzymała się za mną. Skierowałem się na schody, szybko wspinając się po stromych stopniach. Z lekką zadyszką dotarłem na drugie piętro. Skrzywiłem się, gdy w pełni zrozumiałem, że musiałem wrócić do mojego mieszkania. W dodatku z gościem. Należało tu uprzątnąć, jak najszybciej. Skarciłem się w myślach; nie czas na to. Spokoju nie dawał mi jednak fakt, że prócz bałaganu w Lapsae, czekał mnie jeszcze dziurawy i przeciekający dach w Helecho. Może lepiej byłoby wynająć eksperta?
- Mógłbyś się... - odchrząknęła, chcąc zwrócić moją uwagę. - Pospieszyć?
Rzuciłem jej kolejne z repertuaru moich morderczych spojrzeń. Zamilkła, choć wyraźnie niezadowolona. Podszedłem do lichego, ale dosyć sporych rozmiarów stołu. Na jego blacie rozłożone były wszelkie sakwy, słoiki i inne, najróżniejszego kształtu pojemniki, jeszcze nie uporządkowane, czekające na to, aż znajdę im ich miejsce. Przejrzałem je pobieżnie. Było ich dużo, co tylko utrudniało mi znalezienie tego, czego potrzebowałem.
- Pomóc ci? - ponowiła pytanie, jakby zapominając o fakcie, że przed chwilą jej na to pozwoliłem.
Przybrałem nieco niezadowolony wyraz pyska, gdy samica podeszła do stołu. Powiodła wzrokiem po moich zbiorach bez słowa. Przystanęła przy kilku, dokładniej oceniła liście i łodyżki ziół. Spojrzała na etykiety, którymi obarczone były poszczególne pojemniki. Jej uwagę szczególnie zwróciły dwa - gęsta, zielona maź i nieco bardziej wodnista, niebieskawa. Po chwili rozeznania, z pewnością siebie, wskazała właśnie te słoiki.
- Medycy najczęściej używali podobnych składników - oznajmiła krótko, wzruszając ramionami.
Potem jak gdyby nigdy nic wolnym krokiem udała się w kierunku drzwi, zostawiając mnie w osłupieniu. Mój szok spowodowała nie jej brawura, lecz fakt, że wybrała dobrze. Istotnie, właśnie tych medykamentów zamierzałem użyć - nie mogłem ich jedynie znaleźć. Yasmin była jednym, wielkim kłębkiem niewiadomych. Jej osoba wymuszała coraz więcej pytań, a odpowiedzi - jak nie było, tak nie ma. Była tylko wyśmienitą obserwatorką czy faktycznie coś wiedziała o medycynie? Próbowałem odgonić od siebie te natrętne myśli, by skupić się na zadaniu. Jednym ruchem zgarnąłem wszystko, co było mi potrzebne, na tyle wprawnie, że całość wylądowała w mojej podręcznej torbie. Ugiąłem się lekko pod niespodziewanym ciężarem - już zapomniałem, jak to jest taszczyć ze sobą pół lecznicy. Spojrzałem na drzwi. Yasmine już tam nie było. Szepnąłem coś błagalnie. Zostawiła mnie? Poszła sama? Zdecydowała, że nie chce się bawić w lekarza? Żwawym krokiem ruszyłem na dół, rozbawiając przechodzącego schodami psa, towarzyszącym mi dźwiękiem zderzających się słoików. Młodziak śmiał się skrycie pod nosem, tymczasem ja warknąłem na niego, pragnąc go uciszyć. Udawał, że odzyskał powagę, ale stale widziałem radosne ogniki w jego ciemnych oczach. Przyśpieszyłem. Powoli zaczynało irytować mnie to całe Lapsae. Gdyby nie fach, który wykonuje oraz wiążącą się z tym konieczność bycia łatwo dostępnym, zapewne zaszyłbym się gdzieś w najgłębszych odmętach terenów Sfory Jutrzenki. Opuściłem kamienicę, kierując się na wybrukowany, szeroki, główny trakt. Żołądek ściskał mi się na myśl, że powinienem po raz kolejny przywołać jakiś powóz. Wolałbym pójść na piechotę. Szczerze nienawidziłem tego środka lokomocji - z dwóch powodów. Za to, że czułem się tam, jakby ktoś grał mną w koszykówkę oraz za to, że było to stosunkowo drogie. W moim plemieniu, ani w czasie wyprawy, nie miałem przy sobie nawet grosza. Nie potrzebowałem pieniędzy. W Eos udało mi się co nieco zarobić, dalej były to jednak smętnie małe ilości. Wystarczyło, że wydałem kilkanaście soli na pośpieszną przejażdżkę do Helecho.
- Będziesz tu tak stał? - z zamyślenia wyrwał mnie czyjś, nieco drwiący głos.
Gwałtownie odwróciłem się w stronę dźwięku, trochę przestraszony. Zobaczyłem tam Yasmin - a jakże. Opierała się o szorstką powierzchnię budynku, niknąc w porywistym tłumie. Podszedłem do niej, przepychając się przez potok innych psów.
- Wsiadaj. - bez emocji wskazała na dorożkę, zaprzęgniętą raptem w jednego konia, którą zdążyła zatrzymać już wcześniej.
Posłałem jej błagalne spojrzenie, z nadzieją, że zmieni zdanie i jakimś cudem zapewni nam odmienny środek transportu. Była jednak nieubłagana.

Yasmin?
820 słów

Od Aspen - Pożoga [1/3]

Pomalutku, kroczek za kroczkiem wyszłam zza kamienicy i biegiem popędziłam na ulicę. Kilka metrów za mną, podążał młody szczeniak. Moi prześladowcy na pewno mnie nie zauważą... szczeniaka też chyba nie. Miałam wrażenie, że każdy pies wlepia we mnie swe parzące spojrzenie. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, ale jedynie sprawiło to że jeszcze bardziej sprowadziłam na siebie cudzy wzrok. Farba, która kapała z mojego futra leciała na wszystkie strony brudząc każdego, kto obok mnie przechodził. Jakiś pies zaklął i rzucił obelgę w moją stronę, zapiszczałam ze strachu. Biegnąc, moja łapa zahaczyła o wystającą cegłę i wylądowałam z jękiem na ziemi. Czułam, jak ostre kanty kamienia drapią moją łapę od góry do dołu a ja sama przewalam się na bok. Ciężki oddech strachu towarzyszył mi do momentu kiedy nie wylądowałam uderzając w ścianę. Otworzyłam opuchnięte oczy i dojrzałam obraz przedstawiający smoka wśród kłębów ognia. Jaskrawe kolory raziły mnie w jasne oczy a w gardle zaschło. Moje ciało przeszedł dreszcz a ja sama mimowolnie wstałam i lekko się zataczając, poczłapałam jak najdalej od tego obrazu. Poczułam nad sobą oddechy trzech psów, które z perfidnymi uśmiechami ruszyły w moją stronę. Zaraz się zacznie, z moich oczu pociekła niewinna łza. Uderzenie, które miało nastąpić, zaczęło się przeraźliwym krzykiem i ... cała moc z niego się ulotniła. Otworzyłam szerzej ślepia i zobaczyłam czarną, wielką sukę. Jej zwężone oczy błyszczały lekko a skórzany płaszcz powiewał w momencie skoku. Jednym ruchem podpaliła ogony mych prześladowców i głośno zawarczała kilka przekleństw, łapiąc tym samym mego towarzysza niedoli w pysk. Szczenię pisnęło radośnie i posłało mi uśmiech.
- Mówiłam, że ciocia przyjdzie i wam przywali! - krzyknął na odchodne, kiedy to samica postawiła go na ziemię.
Zbliżyłam się na parę kroków, dopiero wtedy dostrzegłam, że ta jego "ciocia" na ową ciocię nie wygląda. Może nie młoda, ale za to harda, silna i o złowrogim wzroku. Wyczułam ogień, moc ognia. Gorący... Bardzo. Nie za potężna potęga mocy, ale dość mocna aby walczyć.
- Jak wywołaś ogień? I czy ja mogę to uczynić? - tak brzmiało moje pierwsze pytanie ku zdziwieniu obu psów.

4.05.2019

Od Yasmin cd. Elijaha

Spojrzałam się na łaciatego psa i podeszłam krok bliżej. Cała ta sytuacja mnie dobijała, choć mogło być o wiele, wiele gorzej. Mogłam się domyślić, że Horusowi nic nie będzie a ja zrobię z siebie jedynie idiotkę. Szczeniakiem nie jesstem, więc takie zachowania bardziej zwracały uwagę niż gdybym nim była. Owczarek może i wygląda na lichego, ale nic zagraża jego zdrowiu lub życiu. Zbyt twardy idiota, ponoć głupi szczęście mają... Cicho westchnęłam i podniosłam wzrok.
- Gdybyśmy zabrali go ze sobą, byłoby trochę szybciej, prawda? W końcu masz to swoje... mieszkanie- pies kiwnął łbem niekoniecznie szczęśliwie, ale potwierdzająco a ja po chwili dodałam - Idę zorganizować jakikolwiek transport. Może znajdę jakiś powóz.
Medyk chciał coś powiedzieć, ale pokręcił pyskiem ze skwaszoną miną i wolnym krokiem ruszył w stronę mokrego Horusa. Tak, chyba ostatnia podróż dorożką nie za bardzo mu się spodobała. No cóż, drugi raz nie będę biec do Lapsae gdy nie ma takiej potrzeby. Ma szczęście długo szukać nie musiałam, prawie od razu natrafiłam na zgrabny powóz zaprzężony w trzy chyżonogie konie. Dwa drzemały a jeden, środkowy, ciekawsko na mnie spoglądał zza pasków uździenicy.
- Dzień dobry. Weźmie pan podwózkę do Lapsae? - zapytałam głośno sprzedawcy aby wyrwać go z drzemki, podchodząc tym samym bliżej psa siedzącego na ławeczce. On chrząknął i dopiero po chwili zareagował.
- Zależy panience żeby się gdzieś dostać na czas czy raczej na spokojnie? - wydusił z siebie i przetarł zmęczone oczy.
- Szybko - od razu odpowiedziałam a on zaczął wolno dopinać paski przy dyszlu.
- Dobrze, zapłata? Ile ma pani przy sobie?
- Mogę dać trzydzieści Soli za przejazd w jedną stronę dla trzech psów. Ani monety więcej - zacisnęłam łapę na grudce ziemi. I tak już przepłacałam srogo, taka jazda nie powinna kosztować więcej niż piętnaście.
Pies mruknął zadowolony i zachęcająco zaprosił mnie łapą do środka. Wskoczyłam a on popędził konie.
- Na rynku czekają moi znajomi - powiedziałam i sama ułożyłam się wygodnie na starym, trochę obtartym i cuchnącym końskim potem kocu - Szybciej! Nie płacę ci za taką wolną jazdę.
Pomarańczowy pies przewrócił oczyma i potrząsnął wodzami.

Gdy zajechaliśmy te kilka kroków dalej, łaciaty pies rozmawiał z innym wojownikiem, który leżał na ziemi z nienaturalnie wygiętą łapą. Na jego pysku malował się ból, choć nie tylko on miał podobne obrażenia. Przecież są jeszcze inni niż tylko karmelowy owczarek... zapomniałam, zaślepiona troską o mego głupiego wujka. W sumie wygląda na to, że on tu ucierpiał najmniej. Dostrzegłam w małym tłumie Horusa, który lekko utykając przechadzał się, aby zapewne rozprostować zastałe kości. Zdążył już przeczyścić swoją broń, która suszyła się oparta o drzewo. Gdy tylko medyk mnie zobaczył, podszedł do mnie z obojętną miną, trochę niepasującą do sytuacji i klimatu wydarzenia. Jego mimika wskazywała jedynie, że ma jakiś w cel w którym jestem jedynie nędznym trybikiem lub osobą, która mu pomoże. Skrzywiłam się wewnętrznie, ale tego nie okazałam. Bryczka zwolniła do wolnego chodu, gdy podszedł do nas.
- Yasmin, będę musiał wrócić - powiedział dość szybko - Jest tu jeszcze kilka psów które będą potrzebowały pomocy medyka. Szczerze, wątpię aby jacyś inni się tu zjechali w międzyczasie.
- Dobra, wsiadaj - chciałam podać psu łapę, ale ten zdążył chwycić się relingu powozu i wspiąć się sam. Dałam znak woźnicy w postaci klepnięcia w podłogę, aby przyśpieszył konie. Przez sekundę mignęło mi, że użył mojego imienia a ja się mu nawet nie przedstawiłam, ale ta myśli szybko mi uleciała.
Łaciaty usiadł obok mnie i od razu skierował wzrok w narastający gąszcz głównej drogi do Lapsae. Ta jedynie przez chwilę była leśną i wyboistą drogą, gdy zaczynała się główna, zaczynało się i proste, wyłożone kamieniami sklepisko. Tam z truchtu rudawy pies popędził zwierzęta do dzikiego galopu, gdzie srokatym koniom leciała piana z pyska. Złapałam się mocniej boku bryczki, podobnie uczynił także lekarz. Chcąc, aby dosłyszał moje pytanie, zbliżyłam się do niego na jakieś dwa kroki.
- Jak ty właściwie masz na imię? Nie było jakoś okazji na przedstawianie się a ty znasz moje mienie - powiedziałam dość głośno, aby wyraźnie zrozumiał - Wiem, że to nie jest pora na rozmowę, ale... no. Jeszcze jakieś dwadzieścia minut jazdy.
Na początku myślałam, że w ogóle się nie odezwie. Siedział cicho przez kilka minut i dopiero po chwili obrócił głowę w moją stronę. Jego niebieskie oczy w ogóle się nie dopasowały do sierści, ale miałam wrażenie, że żadne inne by do niego nie pasowały jak właśnie te.
- Moje imię brzmi Elijah - opowiedział na moje pytanie, nie dodając nic od siebie. Nic, żadnego słowa o czymkolwiek innym, które odpowiadałoby na coś innego niż moje pytanie. Zmarszczyłam brwi. Swoją drogą, ciekawe imię.
- Ehm, no dobrze. A coś więcej? No weź powiedz cokolwiek od siebie...
- A po co? Nie widzę chwilowo żadnej potrzeby, abym opowiadał swoją historię życia - oznajmił spokojnie swoją opinię samiec i ponownie pogrążył się w rozmyślaniach, wpatrując w jeden nieruchomy punkt.
Miałam ochotę go wywalić z tego wozu, ale odetchnęłam głęboko i przyjęłam uśmiech na pysku. Wobec każdego jesteś zawsze w miarę przyjazna, dlaczego teraz miałoby być inaczej?
- Na przykład po to, że rozmawiamy. Jak pies z psem, co oznacza, że warto coś powiedzieć - stwierdziłam i zmierzyłam osobnika wzrokiem.
Nie budził mojej niechęci, bardziej umacniał rosnące zaciekawienie jego interesującą osobistością.
Kilka minut ciszy nie zmusiło psa, aby wydał z siebie jakiekolowiek słowo.
- To może ja zacznę - posłałam mu spojrzenie mówiące "ucz się od mistrza" - Jestem Yasmine, jak juz wcześniej wspominałam. Lubię okazjonalnie dobrze wypić a Horus to jeden z członków mojej przyszywanej rodziny. Teraz twoja kolej. No, cokolwiek.
Moje pytające zerknięcie na niego nie pomogło, w końcu to on westchnął i oparł się o ścianę powozu.
- Nie dasz mi spokoju? - powiedział jakby od niechcenia - Mam ważniejsze sprawy na głowie niż jakieś głupie gadki.
- A jakie to to na przykład? Może się nimi podzielisz? - cicho odpowiedziałam z przekąsem, uginając uszy do tyłu.
Moja irytacja sięgała już granic a cierpliwość nie należała do moich mocnych stron. Już nie chodziło o sam fakt przyjemnej rozmowy a o utraconą postawę.Dałabym spokój sobie i jemu, gdyby nie to groźne spojrzenie które rozjuszyło mnie od środka.
- Hm? Chcesz wiedzieć? - prawie na mnie warknął, na co ja także przyjęłam bardziej agresywną postawę - Na przykład takie jak pomóc tamtym psom!
- Cicho mi tam, chyba kilka ghuli lub popielarzy będzię przechodziło drogą - powiedział pośpiesznie dorożkarz, dało się słyszeć nutę strachu w jego głosie.
Uniosłam brwi w pogardzie i zdziwieniu. Ciekawie, jechałam z psem który nie rozróżnia dwóch osobnych odgłosów. Pewnie będzie to kompletnie coś innego niż wymienił, może też groźnego. Natychmiastowo wstałam i oddalając się od samca, usiadłam w innym miejscu pod pretekstem sprawdzenia terenu. Poprawiłam kołczan i przejechałam opuszką łapy po cięciwie łuku, sprawdzając napiecie. Niby zwykła treningówka, ale pies się przyzwyczaił... Już od dawna myślałam nad zakupem nowego, no ale cóż. Nie zawsze fundusze są odpowiednie. A na szmelc Soli nie będę marnować. Usłyszałam jak coś przechodzi niedaleko odkrytej dorożki, więc telekinezą napięłam łuk i wycelowałam ogólnie w te głupie chaszcze. Nie wiedziałam co z nich wyjdzie, ale zawsze coś mogło mnie zaskoczyć, prawda? Cholera wie. Nie miałam ochoty cierpieć jakichś ran, więc po prostu traktowałam to jako zwykłe zabezpieczenie. W końcu coś wyskoczyło, coś będące w swej istocie lisem, który przebiegł za wozem zanurzając się od razu w zielonej kniei. Uśmiechnęłam się pogardliwie i schowałam strzałę do kołczanu a łuk zapięłam kilka centymetrów nad zebranymi strzałami.
- Niech się panienka nie wysila, to lis był - odpowiedział woźnica - Ale byłby piękny płaszcz z jego futra...
- Nazwij mnie jeszcze raz panienką, panią lub czymkolwiek innym a nie bedę miałą oporów aby poderżnąć ci gardło - słowa pozwoliły na ucieczkę wszystkim zebranym emocjom - Jedź do celu, taka była umowa, prawda?
Samiec przełknął ślinę, obrócił się i nerwowo popędził konie. Dopiero po wypowiedzianych słowach zdałam sobie sprawę, że nie miałabym nawet czym to zrobić... Usiadłam po drugiej stronie wozu i położyłam łeb na łapach, przymykając lekko oczy.

Zatrzymaliśmy się gwałtownie tuż przed starą kamienicą. Zdążyłam się już uspokoić i odsapnąć trochę, cała złość uleciałą. Głupio mi się zrobiło z całej tej afery, gdy się mocniej zastanowić. Mogłam dać spokój Eliahowi, w końcu mi to normalnie przekazał. Zeszłam z wozu i wodziłam przez chwilę oczami za łaciatym , który właśnie przekraczał próg budynku. Przełknęłam ślinę i zdobyłam się na gest w ramach ugody.
- Nie potrzebujesz może pomocy? - zadałam jedno, jedyne pytanie i lekko przymknęłam oczy, niecierpliwie oczekując na odpowiedź.
Miałam cichą nadzieję, że się zgodzi. Ale po naszej ostrej wymianie zdań, nic na to nie wskazywało.

Elijah?
(jaka będzie twoja decyzja? c:)

Od Elijaha cd. Yasmin

Wparowałem żwawym krokiem do mieszkania. Niemal drżałem z emocji. Przed chwilą przyszło mi kłócić się z jakimś półgłówkiem, rzekomo właścicielem całego tego budynku. Poprosiłem o schludną izbę. Tymczasem on dał mi to! I jeszcze zażądał za to sporej opłaty! Już żałowałem wszystkich wydanych na ten cel soli , gdy tak patrzyłem na to istne uosobienie nędzy i rozpaczy. Miałem wrażenie, że ściany pokryte są wilgocią. To tłumaczyłoby ten odór stęchlizny unoszący się w pomieszczeniu. Użyłem telekinezy, by otworzyć niewielkie, otoczone białą ramą, okno. Zabrudzone szyby rozwarły się z charakterystycznym dźwiękiem wprawionego w ruch szkła. Czy ktokolwiek w ogóle tu sprzątał? Posadzka była złożona z drewnianych, wytartych już paneli. "Przynajmniej nie są popękane i zamoczone" próbowałem się pocieszyć, choć niewiele to dało. Wznowiłem marsz, chcąc rozejrzeć się po tej klitce, całkiem ignorując fakt, że mogłem objąć ją wzrokiem, stojąc w miejscu. Nagle coś innego zwróciło jednak moją uwagę. Kroki. Szybkie, pośpieszne kroki, odgłos łap odbijających się od kolejnych stopni schodów. Odruchowo odwróciłem się w stronę dźwięku. Właśnie wtedy do moich uszu dobiegło też pukanie. Zmarszczyłem brwi, nieco zdziwiony. Ktoś stał za niedomkniętymi drzwiami - widziałem cień jego sylwetki.
- Proszę! - krzyknąłem, nieco zirytowany, choć jeszcze spokojny.
Wkrótce moim oczom ukazała się suka, a przynajmniej na to wskazywała jej budowa - choć była ode mnie nieco wyższa i zdecydowanie bardziej umięśniona, można w niej było dostrzec tę charakterystyczną delikatność i subtelność. Samica, zdyszana, wymęczona prawdopodobnie po długim biegu, powiodła wzrokiem po klaustrofobicznym mieszkaniu. Skrzywiłem się od razu - czy naprawdę myślała, że mógłbym żyć w takich warunkach? Podszedłem do niej szybko, starając się przekierować jej uwagę. Czułem obrzydzenie do tego miejsca, a jej oceniająca mina tylko utwierdzała mnie w tym przekonaniu.
- Co cię tu sprowadza? - zapytałem, dając jej chwilę na odpoczynek.
Stała w progu, najwyraźniej nie chcąc tracić czasu na głupie pogawędki. Jej klatka piersiowa naprzemiennie unosiła się i opadała, w przyśpieszonym rytmie.
- Do Helecho przyjechał cyrk. Zwierzęta się wydostały. Horus... Horus tam poszedł! Jest ranny! - nieskładne, zdawkowe zdania, przerywane były momentem na zaczerpnięcie tchu.
Kiwnąłem łbem, na znak zrozumienia. Suka patrzyła się na mnie, wyczekująco, licząc na jakąkolwiek decyzję. Przełknąłem ślinę, w geście niewielkiego zdenerwowania. Nigdy nie zdarzyła mi się taka sytuacja. W zasadzie ów tajemniczy Horus miał być moim pierwszym pacjentem na terenach Sfory Jutrzenki.
- Zaprowadź mnie tam. - skinęła i ruszyła przed siebie, biegiem, przeskakując po kilka stopni naraz.
Narzuciła wyjątkowo szybkie tempo. Musiałem nieźle się namęczyć, by zbytnio nie odstawać. W kilkanaście sekund pokonaliśmy dwa piętra, opuszczając tym samym budynek. Z trwogą patrzyłem, jak suka kieruje się w stronę Helecho. Naprawdę chciała biec aż tam? Dorożka, która akurat przejeżdżała, okazała się być wręcz darem od losu.
- Hej, zatrzymaj się! - krzyknąłem, niemal wbiegając pod koła wozu.
Kudłaty dorożkarz wykonał polecenie i natychmiast ściągnął wodze, ratując mnie tym samym przed zarobieniem kopniaka od któregoś ze zwierząt. Zagwizdałem, by zwrócić uwagę biało-czarnej samicy. Bez pytań wskoczyła na bryczkę, ja za nią. Gwałtownym ruchem wyszarpałem brzęczącą sakiewkę z torby i rzuciłem kilka soli na kozioł.
- Do Helecho! - zdążyła rozkazać w międzyczasie samica.
Pies machnął wodzami, wprawiając konie w ruch. Zwierzęta skręciły gwałtownie, kierując się na główną drogę, która wychodziła z Lapsae. Ruszyły galopem. W powietrzu unosił się głośny tętent ich kopyt. Oparłem się o bok wozu, próbując zachować równowagę. Mimo kurczowego chwytu kołysałem się na boki w zawrotnym tempie. Zbierało mi się na wymioty. Droga powoli się zwężała i stawała bardziej wyboista. Dziury w bruku były wyraźnie odczuwalne, gdy któreś z kół w nie wpadało, przyprawiając mnie niemal o zawał. W głowie odliczałem każdą sekundę, błagając, by to jak najszybciej się skończyło. Zamknąłem oczy, licząc na jakąś poprawę. Moje nadzieje były jednak płonne.
- Wysiadamy! - nieznajoma szturchnęła mnie, dosyć brutalnie, gdy byłem już prawie w stanie agonalnym.
Potraktowałem te słowa jak zbawienie i natychmiast wyskoczyłem z tego piekielnego obiektu. W tamtym momencie nie musiała już nigdzie mnie kierować. Na polanie wznosił się spory, czerwono-żółty, pasiasty namiot. Był wsparty na jakichś kijach, obszerny, ale niezbyt wysoki. Płachta była przedarta w kilku miejscach. Jeśli dobrze liczyłem, minęła jakaś godzina od czasu, gdy suka opuściła Helecho. Tyle wystarczyło - kryzys został zażegnany, choć wiele jeszcze było do zrobienia. Niejeden pies przypłacił tę walkę ranami. Szykowało mi się sporo pracy. Stanąłem jak wryty. Miałem przeczucie, iż byłem tu jedynym medykiem. Wkrótce zapewne dotrą kolejni, w tamtym momencie musiałem sobie jednak poradzić w pojedynkę. Chciałem podejść do pierwszej lepszej grupki, lecz samica mnie powstrzymała. Wskazała łapą na łaciatego bordera, szepcząc przy tym ponownie jego imię. Sierść Horusa splamiona była krwią. Niechybnie był ranny, nie powiedziałby jednakże, iż cała posoka należała do niego. Musiał rozgromić sporo wrogów. O jego nie najgorszym stanie świadczył również dziarski, nieznikający z pyska uśmiech, gdy spokojnie konwersował z innymi wojownikami. Zdziwiona, najwyraźniej, takim obrotem spraw, suka podbiegła do swojego przyjaciela. Chciała rzucić mu się na szyję, ale ostatecznie powstrzymała się od tego wylewnego gestu.
- Yasmin? Gdzie byłaś? Zdążyłem się obudzić i nie mogłem nigdzie cię znaleźć! - owczarek oderwał się od rozmowy, by powitać swoją znajomą.
Uniosłem jedną z brwi. Dopiero wtedy zrozumiałem, że czarno-biała nawet mi się nie przedstawiła. Tak czy inaczej, ranny wojownik mnie wyręczył. Poznanie imion tych, którym miałem pomóc, było wyjątkowo przydatne.
- Chodź, trzeba cię opatrzyć - powiedziałem spokojnie, mierząc go wzrokiem.
Horus nie oponował. Bez słowa udał się za mną, w stronę sporej, dębowej beczki, którą zauważyłem już wcześniej. Skinąłem na niego głową - doskonale wiedział, o co mi chodziło. Musiał się obmyć, używając do tego wody zawartej w baryłce. Bez tego nie mógłbym w pełni ocenić skali jego obrażeń. Obserwowałem go, gdy wykonywał moje polecenie. Dopiero wtedy byłem w stanie ujrzeć jego sylwetkę, która uprzednio skrywała się za długim, gęstym futrem. Był szczupły, lecz nie wychudzony. W jego ciele doskonale widziałem siłę i potęgę, wytrzymałość wyćwiczonych mięśni. Podszedłem bliżej, gdy skończył. Ostrożnie przeczesałem jego sierść, nie chcąc sprawiać mu dodatkowego bólu. Przez prawy bok biegła rozległa, stale krwawiąca szrama. Przekląłem pod nosem. Wymagała szycia, lecz na to było już za późno. Zdziwił mnie charakter rany - cięta. Mógłbym przysiąc, że wyglądała jak zadana długim, ostrym pazurem. Z kim oni właściwie walczyli? Znalazłem jeszcze kilka pomniejszych zadrapań, a nawet ugryzień. Powoli zaczynałem układać plan leczenia, gdy spostrzegłem jedną, ważną rzecz - nie miałem przy sobie praktycznie niczego. Co najwyżej mogłem użyć mocy, by któreś z potrzebnych ziół wyrosło mi u stóp, lecz taką roślinę trzeba było przerobić.
- Muszę iść do domu. Horus potrzebuje kilku maści, których nie mam przy sobie - tym razem zwróciłem się do Yasmin, tłumacząc jej sytuację.

Yasmin/Horus?
1061 słów


1061 słów → 10೧ + 50೧, [1/4] zaawansowanej medycyny

3.05.2019

Powitajmy Aspen!

Powitajmy nowego psa w sforze!
Aspen to trzyletnia suczka nieokreślonej rasy, która na razie nie pracuje w żadnych fachu.
Podczas wizyty u Wyroczni poznał swój żywioł - eter.
Teraz zostanie oprowadzona po terenach sfory przez Przewodnika.

Chcę poznać ją lepiej!