22.12.2018

Od Lady cd. Oscara

Podniosłam jedną brew i z lekkim uśmiechem na pysku zamknęłam drzwi za Horusem myśląc o minie przywódczyni, gdy się dowie. Ale... skoro on ją uratował, to znaczy, że ona też o wszystkim wiedziała. Zacisnęłam powieki i głębiej odetchnęłam, okłamywała mnie przez ten cały czas, wiedząc że Oscar najprawdopodobniej nie żyje. Nie spodziewałam się tego po niej, naprawdę mnie zawiodła. Ale ... cóż. Najwidoczniej miała jakiś powód. A Horus to świrnięty wariat. Odwróciłam się i spojrzałam na owczarka z lekkim niepokojem w oczach. Wyglądał mizerne, widać było że jest lekko wychudzony i dużo nie spał ostatnich nocy.
- Cerys to nowe imię Morrigan - powiedziałam i zachęciłam psa ruchem łapy aby ruszył za mną na górę - Zmieniła je chwilę po tym, jak zmieniła swój wygląd wypijając eliksir. Zmienił się tylko kolor sierści, dopiero jak się przyjszysz dostrzeżesz więcej szczegółów.
- A co ty robiłaś przez ten cały czas... sama? - zapytał, a w jego głosie usłyszałam nutkę smutku.
- Wiele rzeczy, wiele. A ile mi się przytrafiło, to dopiero. Na przykład napatoczyła się taka Yasmine ze swoim szczeniakiem - odparłam otwierając drzwi do mojej sypialni - Ale głównie wyrabiałam broń dla rebelii.
Pies widząc wygodne posłanie, rzucił się na nie i nie minęło kilka chwil a już spał lekko chrapiąc. Sama położyłam się obok niego i lekko odetchnęłam. Wreszcie mogę być spokojna i nie zamartwiać się tak niczym. W końcu wrócił...
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że wróciłem - wymamrotał na wpół śpiąc.
Przez chwilę trwała cisza, którą przerywały jedynie nasze oddechy.
- Ja też się cieszę - odpowiedziałam i pozwoliłam, aby sen wziął mnie w swe ramiona.

Wstałam co świt, schodząc z łóżka najciszej jak potrafiłam, pozwalając aby pies się porządnie wyspał. Lekko przykryłam go kocem, gdyż leżał na grzbiecie i odgonił od siebie pierzynę łapami. Dawno w sumie nie spał, to pewne. Niech nabierze sił. Od razu pobiegłam truchtem do kuchni, gdzie zastałam siedzącą przy stole Yasmine. Jej mordka miała dziwny wyraz pyska, którego nie potrafiłam rozpoznać. W sumie od wczorajszego dnia nie zamieniłyśmy ani słowa a ona też w jakimś sensie pojawiła się w niezręcznej sytuacji. Przez chwilę trwała niezręczna cisza, słychać było tylko odgłosy otwierania szafek gdy wyciągałam potrzebne mi składniki.
- Głupio mi trochę - powiedziała ze schyloną głową i pociągając nosem nad kubkiem chłodnej kawy.
- Nic się nie stało. Nie to się teraz liczy - odrzekłam zgodnie z prawdą. Nie będę do nikogo chować urazy, ba, ta zarezerwowana jest dla Saula i jego idiotycznej bandy. Pomieszałam gęstą ciecz i zapaliłam swoją mocą w kominku. Chwyciłam metalowy pręt i lekko szturchnęłam żarzące się węgielki. Dla niej to wszystko też było bardzo trudne, można by powiedzieć że ,,oszczeniła" się w jeden tydzień. Właśnie, Oscar nie zwrócił uwagi na małego, ba, nawet chyba go nie zauważył.
- Pójdziesz obudzić Aragona? Zostawię wam parę placków na stole - chwyciłam w łapy patelnię i telekinezą przysunęłam do siebie miskę z masą na naleśniki.
- Jasne - powiedziała i ruszyła wolnym krokiem w stronę ich pokoju. Wyglądała na zbitą z tropu, parę dni odpoczynku powinno ją postawić na łapy.
Odetchnęłam i zaczęłam smażyć naleśniki, w końcu trzeba się najeść, bo czeka nas długa droga. A po za tym, chciałam aby Oscar przypomniał sobie ich wspaniały smak, bo pewnie dawno ich nie jadł. Gdy miałam już kilka, rozdzieliłam na dwie prawie równe porcje i wysmarowałam wszystkie kilkoma różnymi rodzajami powideł. Z talerzami ruszyłam na górę i podstawiłam śpiącemu psu pod nos, aby poczuł ich zapach. Widziałam jak ich opar unosi się do góry i zerknęłam na ocean widoczny przez okno. Był spokojny.
- Wstawaj śpiochu, idziemy dzisiaj do obozu - polizałam psa po pyszczku, tym samym zauważając wpatrujące się we mnie jego ślepia.

Oscar? c:

593 słów → 25ᘯ

Od Oscara "Przypadki Lelka cz. II"

Siedzieliśmy już cieple. Naprzeciwko siebie. Od naszego spotkania minęło już kilkanaście minut, ale Lady nadal miała oczy wilgotne od wzruszenia. Uśmiechałem  delikatnie za każdym razem, gdy przecierała pysk łapą. Ta chwila rozmowy z Yasmin, która otworzyła mi drzwi, uświadomiła mi, jak bardzo Lady przeżywała moją nieobecność. Aż wstyd przyznać, że podczas mojej tułaczki miałem czas o niej myśleć tylko w pogodne noce, gdy deszcz i wiatr nie torturowały mojego ciała. A ona? Ona przez cały ten czas trwała w napięciu, nie spała, przekuwała żałość w stal, która miała nieść zniszczenie w szeregach wroga. Właśnie, wroga…
-Co z Saulem? Morrigan odebrała mu już władzę? – zapytałem z nadzieją, jednak znałem odpowiedź.
-Nie. Ma pod sobą większość wojska. Nieliczni znają sytuację, nie mamy zbyt wielu zaufanych sojuszników. Poza tym… Nie widzisz się z nią od tygodni i pytasz o wojnę? Mało romantycznie… - skwitował owczarek, który pojawił się w drzwiach do kuchni.
-Horus? Co ty tutaj robisz? – Lady natychmiast się podniosła.
-Spokojnie, siadaj. Mam wieści, ale nie są jakoś szczególnie ważne. – uśmiechnął się zadziornie.
-Możemy wrócić do kwestii Saula? Wy, to kto? Gdzie jest Morrigan? – upomniałem się.
-Coś ty taki ciekawy? – spojrzał na mnie z podejrzeniem.
-Ryzykowałem życie, żeby ją uwolnić. Nie musisz się martwić. Poza tym… Spędziłem trochę czasu u Iskier i mam informacje.
-To ty rzuciłeś się wtedy do rzeki… - mruknął.
-Wielu łowców wtedy zginęło?- zapytałem cicho, bo głos utkwił mi w krtani.
-Złapali ich. Siedmiu. Przykro mi. Są uznani za zaginionych, ale…
-Zamordował.
-Czekaj, czekaj. Rzeki? Horus, wiedziałeś o wszystkim i nic mi nie powiedziałeś?! – Lady ponownie się podniosła i podeszła do psa.
-Nie miałem pewności czy to on. Poza tym… Miał nikłe szanse na przeżycie… - mruknął i uśmiechnął się do mnie.
-Spokojnie. Mam doświadczenie jeżeli chodzi o unikanie upadków. – uśmiechnąłem się szerzej. Teraz moje portfolio znacząco się powiększyło.
-W takim razie może podzielisz się z nami informacjami, które zdobyłeś? – zaproponował Horus.
-Mów lepiej gdzie żeś się włóczył! – rozkazała Lady.
-Wiecie co… Ja najchętniej poszedłbym spać… - uśmiechnąłem się nieśmiało.
Miałem nadzieję, że mi wybaczą i dadzą spokój. Wędrówka nieźle mnie wymęczyła, a opowiadanie o tych przygodach, mógłbym zostawić na inny wieczór.
-Cóż… - mruknął pies – W takim razie poinformuję Cerys.
Szybko wyszedł z pomieszczenia, rzucając krótkie pozdrowienie.
-Kim jest Cerys? – zapytałem. Mam dużo do nadrobienia…

Lady? Krótkie, ale jest :p

373 słów → 15ᘯ

Od Lady cd. Oscara

Zmierzyłam wzrokiem worki pełne zapakowanej i wyczyszczonej broni. Jeszcze raz sprawdziłam czy wszystko jest aby na pewno dobrze zabezpieczone przed ewentualnymi wstrząsami lub wodą, zawsze warto sprawdzić ten jeden raz za dużo. Cztery miecze żelazne, dwa sztylety, dwieście strzał i oczywiście łuki. Dzisiaj tylko dwa, ale za to jedne z moich nowszych wyrobów. Ponownie przykryłam wszystko grubą warstwą siana aby paczki niepotrzebnie nie zbierały spojrzeń innych psów. Lekko poklepałam bok gniadego ogiera pociągowego i pomachałam łapą psu siedzącemu na wózku. Ten zagwizdał i szkapa ruszyła zostawiając po sobie jedynie głębokie ślady kopyt i kół od wozu. Przez chwilę wpatrywałam się jak wóz znika za linią drogi prowadzącej przez las i sprawdziłam zapięcia u swoich juk. Poprawiłam płaszcz i biorąc głęboki oddech ruszyłam na rynek aby zakupić parę rzeczy, między innymi świeży chleb od piekarza i żywice do kleju. Czułam na sobie spojrzenia innych psów, niektóre przyjazne, niektóre przepełnione nienawiścią. O co im chodzi, nigdy na oczy ich nawet nie widziałam. Wariaci, po prostu wariaci. Już z daleka dało się usłyszeć odgłos galopujących zwierząt i rozpędzonego powozu. Nagle przez wąską uliczkę przejechała dorożka zaprzężona w dwa wysokie konie, które rozwijały dość zawrotną prędkość jak na zaprzęg. Z ich pysków leciała piana a one same były mokre od potu - jechały z daleka bez wytchnienia, chwili przerwy. Zmarszczyłam brwi, komu może się aż tak śpieszyć w te okolice? Gdy tylko dorożka przejechała, poczułam dziwny dreszcz rozchodzący się po całym karku. Potrząsnęłam głową i poprawiłam płaszcz, widząc lecący z nieba śnieg. Nie padał za mocno, ale sama jego obecność moczyła moją sierść. Westchnęłam, widząc parę która paroma szybkimi krokami wyprzedziła mnie tuląc się do siebie. Suczka miała na sobie niebieski płaszcz a samiec zielony z wojennymi motywami, pewnie jakiś wojownik. Przez moment miałam ochotę się zaśmiać a zarazem rozpłakać. Jeszcze niecałe kilka miesięcy temu miałam identyczną sytuację w moim życiu a po chwili prysnęła ona niczym bańka mydlana. Nadzieja podobno umiera ostatnia, ale w takim razie co ze mną? Ponownie okryłam się płaszczem i widząc przechodzących zbrojnych, nieznacznie obróciłam łeb. Lepiej nie kusić losu, skoro i tak poszukują Rudzika za ogromną sumę? Spodziewają się pewnie masywnego samca z wielkimi bicepsami lub wspaniale rozwiniętą telekinezą który kuję jedną sztukę broni na minutę. Nawet nie wiedzą jak bardzo się mylą. Ich kowalem jest niewysoka kruczoczarna suczka z brązowymi ślepiami i wielkimi chęciami zemsty. Ojej, wytworzyłam broń która zabiła jakiegoś wojownika Iskry? Jak mi przykro. Zrobię jeszcze więcej. Chyba to tego służy, prawda?

Przyśpieszyłam kroku i po chwili znalazłam się przy wyjściu z małego miasta jakim jest Litore. Nadmorska miejscowość naprawdę nie jest wielka, nie licząc samego miasteczka i paru ulic wokół niego, jest u tylko jeszcze port. Mijałam różne budynki i z żadnego nie czułam bijącej radości. Dokładnie o tej porze już niektóre psy wywieszały zimowe ozdoby, żołędzie i pomalowane szyszki. Szczenięta zawsze radośnie biegały rzucając się śnieżkami, w sumie nie tylko siebie. Każdy mógł oberwać. Dosłownie jak teraz, nieważne kim byłeś i jesteś, Saul i jego banda czyha. Ale jeden fakt mnie zastanawiał tak, że musiałam często robić wszystko aby o nim zapomnieć. W dniu, w którym Oskar zaginął i zarazem Aaron został zamordowany, był z Cerys i łowcami na polowaniu. Naprawdę żadne z nich nie wiedziało, co się z nim stało? Ktoś coś musiał wiedzieć, ale był na tyle... jakiś, że nie powiedział ani słowa. Żaden z łowców nie powiedział mi nic, jedynie te cholerne współczujące spojrzenia. Nie wierzyłam nikomu prócz swojemu doświadczeniu i poczynaniach. Moje łapy zanurzały się w kałużach i błocie, a ja sama byłam nieogarnięta. Wiece nieogarnięta. Futro sklupione od wielu dni pracy i podkrążone oczy towarzyszyły mi od dawna, skrycie nie pozbawiając mnie swej osoby. W końcu dla kogo się stroić? Dla morza lub dla herbaty? W sumie Yasmine i Aragon mają większą chęć ubierania się w jakieś fatałaszki niż ja. Czy to normalne? Nie jestem pewna. W sumie w ogóle jestem jakaś nienormalna. Wierzę, że osoba nie dająca znaku przez długi okres czasu żyję i wyrabiam bronie jak jakiś samiec, w końcu funkcja zbrojmistrza to nie jest popularna funkcja u suczek. Ale taka jestem, zawsze byłam na przekór wszystkim i wszystkiemu. Pomału zbliżam się do domu i dopiero zdałam sobie sprawę, czemu już uważam już ten dom za obcy. Sam dom, nie ocean i plażę. Powinnam mieszkać w Helecho, w domku Oscara, ale sam fakt że nie ma tam kuźni skreślił to miejsce z listy. Nie będę jej tam teraz budować, kiedy wrogie państwo legalnie objęło władzę i chce wywołać wojnę. Chcę się na coś przydać i pomóc, a w szczególności znaleźć Oscara i wepchnąć Yasmine w konspirację. Ostatnio młoda zajęła część moich myśli, brutalnie pchająć mi się do mojego samotnego życia, wręcz je rozdarła tak samo jak moją prywatność. Jeszcze trochę i nie będę miała już nic poza własną osobą. Tylko jeden skręt dzielący mnie od domu, przyśpieszyłam do truchtu i pokonałam go powoli biegnąc. Poczułam morski i pachnący solą północny wiatr przynoszący śnieżne chmury znad gór. Na moim pysku pojawił się nieznaczny uśmiech, który znikł szybciej niż się pojawił. Nie wiedziałam czy się zatrzymać czy iść, ba, nie wiedziałam jak wykonać jakikolwiek ruch. Każdy mięsień mojego ciała przestał funkcjonować poprawnie a w szczególności te w sercu i głowie. Krew odpłynęła mi z pyska a łapy zaczęły się lekko trząść po naciskiem ciała. Wiedziałam, po prostu wiedziałam że wróci. Przed domem mojego domostwa stał Oscar w całej swej okazałości rozmawiając z łaciatą Yasmine. Jego pysk wyrażał więcej emocji niż mój, chociaż ciężko to było dobrze rozstrzygnąć. Nie czekając na chwilę albo jakiekolwiek słowa ruszyłam biegiem w jego stronę i czułam jak pobijam rekord w biegu na kilkaset metrów. Z moich tylnych łap leciał śnieg, zaschnięte grudki błota i nawet nie zwróciłam uwagi na torbę, która bezwładnie spadła w leżący na drodze puch. Dojrzał mnie po chwili i także ruszył zostawiając biało czarną sukę w zdziwieniu większym niż kiedykolwiek. Kątem oka widziałam jak z drżącymi łapami wyszła na ganek i szukała mojej osoby wzrokiem. Ale jedyne na czym byłam skupiona, to na brązowoczarnym psie biegnącym w moją stronę. Nie minęła chwila a oboje znaleźliśmy się w swoich objęciach. Głęboko odetchnęłam i czując zapach jego sierści miałam ochotę się rozpłakać. Nie potrafiłam wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku, nie mówiąc o jakichkolwiek słowach. Po prostu staliśmy tak na środku drogi opierając swoje łby na karku tego drugiego. Z moich oczu pociekły pojedyńcze łzy, które od razu wnikły w ciepłe futro Oscara.
- Wróciłeś - tylko tyle zdołałam z siebie wydusić, wypowiadając je łamiącym głosem.

1071 słów → 10ᘯ + 50ᘯ

Od Oscara "Przypadki Lelka cz.I"

Tego feralnego dnia byłem z pozostałymi łowcami na polowaniu. Morrigan jak zwykle przewodziła. Łowy były pomyślne, udało się schwytać kilka jeleni, które miały zagościć na stołach w Pałacu. Przywódczyni szła przodem, my w tyle, cicho podśpiewując. Na saniach leżały oprawione tusze zwierząt, a w powietrzu unosił się aromat krwi. Śnieg prószył delikatnie opadając nam na nosy, co jakiś czas śnieżna czapa zsuwała się z gałęzi drzew. A my maszerowaliśmy dziarsko i cicho podśpiewywaliśmy. Nawet Morrigan udzielił się radosny nastrój. Nie była śmiertelnie poważna, szła niemal skocznie, odwracając się co jakiś czas z uśmiechem, gdy tylko wyciągaliśmy wyższe tony. Przed nami majaczyła już sylwetka Pałacu, ukrytego pośród zaśnieżonych drzew. Przyśpieszyliśmy na myśl o ciepłej gospodzie w Lapsae i misce gorącego gulaszu, który zapewne gotował się na palenisku. Wciągnęliśmy sanie na dziedziniec. Z kuchni przybiegł czeladnik i wziął się za krojenie mięsa na mniejsze kawałki i wnoszenie ich do spichlerza. Zaraz dołączył do niego pozostały personel kuchni. Do jednych z sań, na których leżały tusze dwóch dorodnych łani, zaprzężono konia. Jeden z nas zajął się jego prowadzeniem, podczas gdy my truchtaliśmy u jego boku. Wkrótce dotarliśmy do stolicy i skierowaliśmy się do karczmy. Od strony kuchni przywitał nas karczmarz i zaraz zawołał swoich pomocników, by ci wnieśli mięso do środka. My ruszyliśmy do stołów, na których zaraz pojawił się ciepły posiłek. Rozmawialiśmy ze sobą w miłej atmosferze, gdy to karczmy wbiegł posłaniec.
-Przywódca! Został zamordowany! – wykrzyczał, a wszyscy goście, w tym i my, podnieśli się natychmiast. Zaraz zalał go potok pytań, ale on odpowiedział tylko, że ni jeszcze nie wiadomo i pobiegł dalej.
Spojrzeliśmy po sobie niespokojnie i zdecydowaliśmy biegiem ruszyć do zamku. Zajęło nam to kilka minut, ale w końcu zdyszani dotarliśmy na dziedziniec. Było tam już zbiegowisko psów szepczących do siebie nawzajem i snujących domysły. Nikogo nie wpuszczano do Pałacu. Straże stały na każdym przejściu. W końcu zapanowała cisza. Na jednym z balkonów pojawił się generał Draich.
- Przywódca został zamordowany. Udało nam się odnaleźć sprawcę. To wysłannik ze Sfory Zorzy. Jako jedyny miał się dzisiaj spotkać z władcą. W jego komnacie znaleziono przedmioty ubrudzone krwią, w tym sztylet. Magowie i alchemicy potwierdzili, że to krew Aarona. Sfora jest w żałobie. Od lat nie zdarzyło się żadne zabójstwo na tak wysokim szczeblu. Sprawca został skazany na śmierć. Wyrok zostanie wykonany jeszcze dzisiaj. Proszę się rozejść.
Gdy tylko skończył mówić, strażnicy zaczęli siłą wypierać wszystkich z dziedzińca. Postanowiliśmy się pokojowo usunąć i wrócić do gospody, by zarezerwować pokoje. Na miejscu opisaliśmy obecnym co się wydarzyło. Wszyscy byli w szoku. Żaden nie protestował w sprawie egzekucji. A ja? Sam nie wiem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze o wielu sprawach. Chyba akceptowałem wyrok. Do czasu.
Niedługo po tych wydarzeniach o współpracę z wrogiem oskarżono Morrigan. To już mnie poruszyło. Mnie i moich towarzyszy. Ale nikt nie protestował, gdy straże brutalnie zabrały ją do wieży, w której mieściły się lochy. Nikt się nie odezwał. My też nie. Spojrzeliśmy tylko po sobie wzrokiem pełnym niepokoju.
Już tej samej nocy powstał plan jak wydostać Morrigan. Brat jednego z nas, strażnik więzienny, miał zostawić niedomknięte drzwi do lochu podczas pełnienia warty następnej nocy. W ciągu dnia udało nam się dostać do wnętrza Pałacu i umknąć strażom. Jako łowcy potrafiliśmy zachowywać się cicho i dobrze ukryć. Pozostało dostać się do wieży i uwolnić naszą dowódczynię. A to nie było łatwe, pełno straży, ponadto w stanie gotowości. Jeden z nas musiał odwrócić ich uwagę.
-Zgłaszam się. – powiedziałem w końcu nieśmiało. Nikt nie chciał zgłosić się na to stanowisko, jednak żaden nie protestował, gdy wstałem i się odezwałem. Spojrzeli po mnie smutno. Wiedziałem, że to może się źle skończyć. Przecież idziemy uwolnić więźnia nowej władzy. Zapewne Rada już wybrała nowego Przywódcę, a Morrigan jest więźniem, jego więźniem. Jeżeli dowiedzą się, że to my, wszyscy zginiemy, albo w najlepszym przypadku trafimy do lochów.
-Jeżeli się nie uda i… - przełknąłem głośno ślinę – zawiodę… Powiedzcie jej, że przepraszam.
Nie musiałem nic więcej mówić. Doskonale wiedzieli o co mi chodzi. Komu mają to powiedzieć. Pokiwali smutno głowami. Ruszaliśmy na niemal samobójczą misję, by uratować kogoś, kto nieraz już nami przewodził i uratował przed porażką. Nie możemy jej zawieść.
Czy się udało? Tak. Widziałem jak moi towarzysze uciekają z Morrigan po wąskiej ścieżce na zboczu i znikają w lesie. Nie mogli się zatrzymać, wiedziałem. Nie mogli mi pomóc. Przede mną stało kilkunastu strażników. Wyciągnięte włócznie celowały prosto we mnie. Stałem na brzegu muru i dyszałem ciężko po długim biegu. Za mną? Kilka metrów przepaści. Przede mną i obok mnie? Strażnicy podlegli nowej władzy, którzy przekażą mnie Saulowi. Wybór? Oczywisty.
-PRZEPRASZAM! – krzyknąłem jak najgłośniej, naiwnie licząc, że Lady mnie usłyszy, że mi wybaczy i zrozumie. Mój głos niósł się echem po ścianach urwiska, gdy ja spadałem w dół, w przepaść. Widziałem pyski strażników wychylających się z muru. Jeszcze moment, wytrzymaj… I jest.
Podmuch wiatru, który udało mi się stworzyć, uratował mnie przed śmiercią w bystrej rzece, ale strażnicy nie muszą o tym wiedzieć. Mają widzieć jak spadam do rzeki, chwytam się skał i umieram, by potem zsunąć się bezwładnie w nurt. Przez kilkanaście minut płynąłem bezwładnie, uderzając o skały i błagając, aby pęcherzyki powietrza, które tłoczyłem sobie do nozdrzy, nie przestały powstawać, abym się nie utopił. Wreszcie wypełznąłem na brzeg. Nie wiedziałem gdzie jestem. Było ciemno, a dookoła mnie tylko las i rzeka. Leżałem na brzegu przez kilka minut i próbowałem uspokoić oddech. Udało mi się umknąć śmierci, teraz będzie już tylko lepiej…
NO COOŚ TY OSCAR. Życia nie znasz? Zawsze może być gorzej. Oczywiście, że musiał pojawić się potwór. Moczarnik w pełnej okazałości. Pojawił się tuż obok mnie i wyszczerzył paskudne zęby. Nie miałem sił by z nim walczyć.
-Zjedz mnie paskudo. Ale szybko. Oszczędź cierpienia. – wyszeptałem i zacząłem się śmiać, co jednak nie zbiło potwora z tropu.
Gorzej zareagował dopiero na strzałę, która trafiła go prosto w skroń. Z lasu wyłonili się… Nie. Nie łowcy. Bandyci. To musieli być bandyci. Podeszli do mnie i uśmiechnęli się parszywie.
-Spójrz bracie, jaki piękny młodzieniec. Ciekawe, czy mamusia za nim tęskni. Może zapłaci, żeby znów go zobaczyć…
-Tfu. Więcej warte byłoby jego futro. Nie zastanawiaj się, zabijaj. Przecież na nic się nie przyda.
A jednak. Przez miesiąc wędrowałem z nimi i próbowałem zdobyć ich zaufanie. Pilnowali mnie żebym im nie uciekł. Robiłem im za niewolnika. Gotowałem, rozpalałem ogień, czyściłem broń. A potem? Zabiłem. Z zimną krwią. Za to wszystko, co mi zrobili. Wywieźli mnie na teren Iskier. A mi pozostało wrócić. Do Jutrzenki. Do Lady. Co się tam dzieje? Czy wojna już wybuchła? CZY LADY ŻYJE? Niczego nie byłem pewny. Ale przede mną była długa droga.
Udało się. Stoję przed progiem naszej chatki w Helecho. Czekam, by ujrzeć pysk mojej ukochanej. Otwieram drzwi z rozmachem, a tam… Pustka. NIE. NIE. NIE. Biegnę do sąsiadów.
-CO SIĘ STAŁO Z LADY?- pytam niemal w szlochu.
-Wyjechała do Litore. – odpowiada ze zdziwieniem starsza suczka.
-Co za ulga. Dziękuję, dziękuję, dziękuję! – krzyczę i biegnę do dorożki.
-LITORE. Zawieź mnie do Litore, tylko jak najszybciej.
Nie widziałem jej tak długo…

LADY?

1156 słów → 10ᘯ + 55ᘯ

Od Lady ,,Byłam, jestem, będę"

Zdawałoby się, że wszystko jest jakąś totalną iluzją która nie powinna istnieć. Albo że żyjemy w jednej wielkiej złotej klatce. Że nami kieruję ktoś inny zupełnie inny a my nie mamy wpływu na nasze życie w najmniejszym stopniu. Tyle wszelakich poszukiwań, wszystkie pieniądze jakie miałam i mój nieskończony zapał. Przepadł jak kamień w wodę, zero śladów. Wszystko na nic, mimo to wciąż wierzę. Robiłam wszystko co się dało, na więcej mnie nie stać, naprawdę. Ale ja wiem że on wróci. Jak zawsze otworzy potężne drzwi domostwa i wejdzie w nie, posyłając mi radosny uśmiech. Ja sama nie pamiętam kiedy na moich wargach pojawił się szczery uśmiech, ale taki od serca. Codziennie chodziłam po lasach, codziennie wszystkich pytałam i biegałam jak głupia. Nielegalnie przekupywałam strażników, aby dali mi listę więźniów we wszystkich zamkach i twierdzach - nigdzie nie ma o nim śladu. Co oni mu zrobili? Mam ochotę jeszcze dzisiaj podbiec i zarżnąć wszystkich a szczególnie Saula z tym jego kpiącym uśmiechem. Odcięłabym mu ten cholerny pysk, najwidoczniej będzie musiał nauczyć się komunikować za pomocą kartek. Jaka szkoda. Odwiedziłam każdy zakątek Eos w którym bywał Oscar, nie ma nic. Mój umysł wariuję, nie wiem ile wytrzymam. Każdy dzień jest coraz gorszy, skutki twojej nieobecności są coraz bardziej odczuwalne. Cały żal ukrywam w wyrabianiu broni dla pewnej grupy, która ma podobny cel do mnie. Staram się ile mogę. Wymyślam nowe rodzaje broni tylko po to, aby oni mieli większe szanse na wygraną.

Nigdy nie lubiłam wyrabiać trujących strzał, uważałam że trafiony pies umiera w okropnej agonii i nikomu nie należy się taka paskudna śmierć. Wystarczyło jedno draśnięcie i szanse na przeżycie spadały kilkukrotnie, mimo użycia słabszych ekstraktów z trujących roślin. Nawet nie wiem, jak bardzo się wtedy myliłam, głupia ja. Do dzisiaj wyrobiłam ich setki z najbardziej okropną substancją jaka istnieje w Eos, niech cierpią i giną! Kiedy zamaczam strzałę w żywicy, myślę o każdym zranieniu, każdej śmierci. Na własne oczy widziałam jak brutalnie wtrącili matkę z dzieckiem do więzienia, tylko dlatego że była powiązana z jakimś łowcą w konspiracji.

Yasmine, młoda i bardzo obiecująca. Dobrze strzela, będzie jedną z dwóch osób które dostaną pewną nową broń do przetestowania, chcę ją zobaczyć w prawdziwej akcji na dobrym sprzęcie. Widzę każde jej zawahanie i każdy pewny krok, musi się jeszcze wiele nauczyć ale i tak wie więcej niż niektórzy. Mocno wierzę w nią, choć tego nie okazuję. Nie chcę, aby wiedziała i ogarnęła ją pycha. Chcę ją wyszkolić, ale sama nie mam potrzebnych umiejętności. Im szybciej ją przyjmą do ruchu, tym lepiej. Młoda i silna, przyda im się. Szczerze? Nie wiem, jaką funkcję mogłaby tam objąć. Wszystko by do niej pasowało.

Jeszcze raz przejeżdżam łapą po misternie rzeźbionym przedmiocie i lekko w niego chucham. Trzy tygodnie uganiałam się po lesie aby poszukać zwierząt leśnych, między innymi jelenia i dzika, to one sprawiły mi najwięcej kłopotu. Stępiłam na nim trzy noże, dobre drewno sprawi że broń pod wysokim obciążeniem się nie zniszczy. A znając Cerys zrobi z niego dobry użytek. Ale zwolnijmy, to jest klasyczny model z lekko zwiększonym zasięgiem. Odkładam łuk i biorę kolejny, tym razem całkowicie pozbawiony ozdób. Ramiona są wygięte, co kilkakrotnie zwiększa siłę pocisku. Testowałam go, ale nie wiem jak się sprawdzi w walce. Westchnęłam o odłożyłam broń na stos przygotowany do zawiezienia do Obozu. Spojrzałam się na morze widoczne przez okienko w piwniczce, o nie, znowu się zaczyna. Otarłam łzę z kącika oczu i zmusiłam się do uśmiechu który aż pałał sztucznością. Złapię, zabiję i rzucę na pożarcie sępom każdego kogo dorwę w swoje łapy. Czy normalne, aby pies żył tylko takim okropnym pożywieniem jakim jest zemsta? Byłam, jestem i będę trwać w tym, że kiedyś wrócisz, ukochany.

608 słów → 30ᘯ