2.05.2019

Od Elijaha - Zlecenie 1

Musiałem opuścić swoją chatkę w Helecho. Dotarłem tu raptem trzy dni temu i, nie informując o tym nikogo, zająłem jedno z opuszczonych domostw. Wymagało renowacji. Obecna pora roku nie sprzyjała mieszkaniu w domku, którego dach dziurawy był jak sito. Nie miałem jednak czasu, by zajmować się tym w tamtym momencie. Przyświecało mi znacznie ważniejsze zadanie - koniecznie musiałem uzupełnić zapasy. Wyprawa pozbawiła mnie wszystkich najpotrzebniejszych produktów, od jedzenia, aż po składniki do mikstur i maści leczniczych. Mogłem co prawda wytworzyć rośliny, korzystając ze swojej mocy, lecz nie było to dobre długofalowe rozwiązanie. Korzystanie z żywiołu wymagało sporej ilości energii oraz skupienia, a i sama moc była ograniczona. Nie byłem w stanie wytworzyć wszystkich roślin, które chciałem. Tak czy inaczej, udanie się do Lapsae było raczej konieczne. Chwyciłem śpiącą Hresve, umieszczając ją w swojej sakiewce. Była już ze mną prawie od roku, toteż zdążyła się przyzwyczaić do mojej obecności. Nie protestowała, gdy zabierałem ją ze sobą. Wyszedłem z niewielkiej chatki, starając się delikatnie otworzyć wysłużone drzwi. Rozglądnąłem się pobieżnie, stając w progu. Prawdę powiedziawszy - nie miałem pojęcia, w którą stronę powinienem się udać. Moją uwagę zwrócił za to ciemny, raczej niezbyt obszerny lasek, położony na północnym-zachodzie. Wzruszyłem ramionami. Miejsce dobre, jak każde inne, zresztą podobno wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a naszym Rzymem było właśnie Lapsae. Ruszyłem w obranym kierunku, żwawo stąpając po piaszczystej ścieżce. Helecho było jakby uśpione. Nie widziałem absolutnie nikogo, co mnie dziwiło. Gdy przybyłem, niewielkie miasteczko wręcz tętniło życiem. Wszędzie unosiło się echo rozmów i śmiechu, a po wąskich ulicach przechadzały się całe gromady psów. Lecz... może ta pustka nawet mi sprzyjała? Mogłem w spokoju wykonać swoje zadanie, bez zbędnych rozmów, czy pytań. Las wznosił się na niewielkim wzgórzu, dosyć blisko mojej chatki. Dotarcie do niego zajęło mi więc raptem kilka minut. Gdy wszedłem między drzewa, światło przestało być tak dobrze widoczne. Nie znaczyło to jednak, że w zagajniku panowała ciemność. W zasadzie nie był to nawet półmrok, lecz zwykły, chłodny cień. Podążałem dalej traktem, jedynym, który przecinał las mniej więcej w połowie. Miałem jedynie nadzieję, że droga poprowadzi mnie wprost do Lapsae. Szedłem we względnej ciszy, co jakiś czas słysząc jedynie szmer w mojej torbie - Hresve musiała się przebudzić, ale w dalszym ciągu spokojnie siedziała w sakwie. Doszedłem do załomu ścieżki. Dalsza jej część była zasłonięta szerokimi, strzelistymi pniami. Coś jednak dało się ujrzeć - dyszel, wystający zza drzew. Przyśpieszyłem kroku, zaintrygowany tym, co też ten dziwny element mógł robić w środku lasu. Zatrzymałem się gwałtownie, gdy w pełni ujrzałem ową nietypową scenę. Na środku drogi stał, nieco poniszczony, wóz konny, z tym, że... bez koni. Skórzane paski, przymocowane do dyszla, zostały przecięte. Coś jednak przyciągnęło moją uwagę, bardziej, niż bryczka. Koło niej leżał pies. Był związany, Podbiegłem do niego prędko, chcąc sprawdzić w jakiej kondycji był nieznajomy. Pobieżnie zacząłem oglądać jego, porośnięte srebrną sierścią, ciało. Nie widziałem ran, futro było co najwyżej przybrudzone w kilku miejscach. Potrząsnąłem samcem, chcąc przywrócić mu przytomność. Udało się. Po drugiej próbie otworzył z trudem oczy, mrugając nimi nieustannie. Wymamrotał coś pod nosem i rozejrzał się. Wtedy jego ślepia gwałtownie się rozszerzyły.
- Moje konie! Gdzie one są!? Konie! - poderwał się na łapy, nagle odzyskując wszystkie siły.
Rozpaczliwie miotał się koło bryczki, jakby sądząc, że schowałem jego zwierzęta za wozem. Wreszcie zrozumiał, że nie taka była prawda i wrócił do mnie. Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. Gdyby mógł, zapewne padłby na kolana.
- Proszę, pomóż mi! Jestem dorożkarzem, bez nich nie przeżyję! - zaczął gorączkowo tłumaczyć, prawie ze łzami w oczach. - Mogę ci zapłacić! - dopiero potrząśnięcie mieszkiem wypełnionym monetami mnie przekonało.
Nie wiedziałem skąd tak właściwie miał pieniądze. Złodzieje musieli nie być zbyt wprawni, skoro pozostawili mu jakiekolwiek sole. Tak czy inaczej, opłacało mi się to. Samiec zaproponował wstępnie sto dwadzieścia soli, z bonusem za szybkie załatwienie sprawy. Musiały być to w takim razie naprawdę wspaniałe zwierzęta. W Sforze Jutrzenki dobrego konia dało się nabyć za jedną szóstą tej ceny. Ustaliłem z psem, gdzie się spotkamy i ruszyłem na poszukiwania. Węch był moją mocną stroną - bez trudu złapałem trop i zacząłem nim podążać. O dziwo zapach dalej był wyraźny, nie mogli więc odejść daleko. Faktycznie, nie byli zbyt utalentowani. Nie dość, że nie potrafili kraść, to jeszcze zabrakło im także wprawy w ucieczce. Pomachałem głową w geście politowania. Żałosne. Zawsze uważałem, że za pewne sprawy brać się powinni tylko ci, którzy to potrafią. Przemierzałem las żwawo, w końcu znajdując to, czego szukałem - na środku niewielkiej polanki siedziały dwa psy, pozwalając sobie najwyraźniej na krótki odpoczynek. Obok stały konie, w tej samej liczbie, przywiązane do jakiegoś pniaka. Zrzuciłem sakwę na ziemię, pomagając Hresve z niej wyjść.
- Idź i pozbaw ich przytomności - nakazałem, patrząc w jej ciemne ślepka.
Szybko ruszyła do pracy, dzielnie przedzierając się przez wysoką, przynajmniej jak dla niej, trawę. Chwilę później rozbrzmiał jej pisk. Byłem na niego już uodporniony, toteż nie musiałem nawet zatykać uszu. Dwaj napastnicy słaniali się na łapach, aż w końcu padli na ziemię, bez świadomości. Triumfalnym krokiem ruszyłem naprzód, zbierając po drodze wiewiórkę. Odwiązałem oba konie - gniadego i karego. Niezbyt pasowały do siebie w zaprzęgu, przynajmniej jeśli chodzi o wygląd. Ruszyłem w drogę powrotną, pokonując ją w mniej więcej pół godziny. Zniecierpliwiony samiec czekał w dokładnie tym samym miejscu. Przekazałem mu zwierzęta, na co on zaczął dziękować mi z ulgą. Jakoś zaprzągł je do wozu, ignorując fakt, że niektóre skórzane paski, prowadzące do końskich uprzęży, zostały przecięte. Zaczął przeszukiwać swoją sakwę, wydobywając z niej sporo drobnych, złotych monet.
- Należy ci się nieco więcej, niż mówiłem. Jeszcze raz dziękuję! - wręczył mi moje wynagrodzenie.
Przesypałem sole do swojej torby, z radością przysłuchując się charakterystycznemu brzęczeniu pieniędzy. Pies uśmiechnął się do mnie, wskakując na przykrytego kocem kozła. Odwzajemniłem gest, nie chcąc wyjść na ponuraka.
- Następnym razem bardziej na siebie uważaj! - rzuciłem, odchodząc w przeciwnym kierunku.
953 słowa

953 słów → 45ᘯ + 100ᘯ + 15 PU

Od Elijaha - Oswajanie towarzysza [2/2]


Czekanie było uciążliwe. Nieco nim znudzony, przycupnąłem na opuszczonym stepie, bez życia wgapiając się w norę. Nie wyczuwałem żadnego zapachu, a do moich uszu dobiegał jedynie dźwięk wiatru. Rozłupałem jeden z orzechów, licząc na to, że jakoś to pomoże. Mijały minuty, a nawet godziny, tymczasem zasoby mojej cierpliwości kurczyły się z każdą sekundą. Burknąłem słowa niezadowolenia pod nosem. Trudno, spróbuje się kiedy indziej. Nieco zdenerwowany, trochę zmęczony, ruszyłem przed siebie, stwierdzając, że nie ma po co zbierać porozrzucanych orzechów. Wolnym krokiem rozpocząłem dalszą część wędrówki, próbując pogodzić się z nieuchronną samotnością. I wtedy... coś zwróciło moją uwagę. Cichy szmer. Odwróciłem się gwałtownie. Zbyt gwałtownie. Kątem oka dojrzałem ruchliwe zwierzę o szarej sierści, które ochoczo dobrało się do pozostawionego na ziemi jedzenia. Czmychnęło jednak z powrotem w bezpieczne odmęty podziemia, gdy tylko dostrzegło moje poruszenie. Odbiegłem więc jeszcze kilka kroków, chowając się za sporą formacją skalną, wyglądając zza niej na interesujące miejsce. Tym razem stworzonko nie kazało mi długo czekać. Nabrało już nieco więcej zaufania i wyszło z norki szybciej. W pełni skupiło się na ofiarowanym posiłku, całkiem zatracając czujność. Ponownie się uśmiechnąłem, triumfalnie, z dumą. Ten moment był punktem kulminacyjnym. Większość psów właśnie tutaj odniosłaby porażkę. Rzuciłaby się w stronę gryzonia, za wszelką cenę pragnąc go złapać. Lecz nie ja. Zamierzałem postąpić znacznie mądrzej, rozsądniej - użyć mocy. Bez wysiłku, wręcz teatralnie, machnąłem łapą. W mgnieniu oka ciało zwierzątka oplotły drobne, zielone pnącza, zniewalając szarawą istotę. Z wypiętą piersią zwróciłem się ku mojej zdobyczy, zbliżając się do niej dostojnym krokiem. Wtem coś mnie zaskoczyło. Wiewiórka otworzyła pysk, z którego wydobył się głośny, piskliwy dźwięk. Rzuciłem się na ziemię, chcąc jakkolwiek ochronić uszy od tego przeraźliwego pisku. W głowie dudnił mi tylko on. Nie mogłem się podnieść, nie mogłem nawet otworzyć oczu. Tarzałem się po podłożu, czując napływający ból. Nareszcie, po dłużących się dla mnie kilku sekundach, gryzoń ucichł. Potrzebowałem jeszcze chwili, by w pełni dojść do siebie. Z ulgą stwierdziłem, że roślina nie zwolniła uścisku, mimo że powinienem był stracić nad nią kontrolę. Z trudem podźwignąłem się z powrotem na nogi, wzburzając przy tym chmurę duszącego pyłu.
- Ach, czyli mamy tutaj magicznego futrzaka? - otrzepałem sierść z rudawego pyłu. - Powitaj więc swojego nowego pana. Od dziś masz na imię... Hresve? - rzuciłem pierwsze imię, które przyszło mi na myśl.
Żałowałem jedynie, iż w odpowiednim czasie nie posiadłem zdolności kierowania małymi zwierzętami. Wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Podałem małego orzeszka samicy, po czym, gdy już zjadła, umieściłem ją w swojej sakwie, upewniając się, że jej nos wystaje nieco z torby.
|415 słów → 20 ೧ |

Od Elijaha - Oswajanie towarzysza [1/2]

Wyprawa trwała od kilku dni. Byłem sam. Gdy żyłem w plemieniu, mógłbym bez problemu stwierdzić, że ewentualna samotność zupełnie by mi nie przeszkadzała. Rzeczywistość natomiast okazała się diametralnie inna. Paląco potrzebowałem kogoś, do kogo mogłem się odezwać. Kogoś, kto w razie groźnej sytuacji, mógłby ostrzec mnie przed zagrożeniem, jeślibym spał. Kogokolwiek. Nie mogłem wrócić do swojego stada, a od Sfory Jutrzenki, jak ją nazywali, dzieliło mnie jeszcze wiele, wiele kilometrów. Musiałem jakoś sobie radzić i to właśnie ten przymus sprawił, że w mojej głowie zakiełkowała nowa myśl - towarzysz. W plemieniu nie były one zbyt popularne. Prawo do posiadania swojego zwierzęcia mieli tylko najlepsi spośród nas. Aktualnie jednak władałem sam sobą i nie miałem żadnego zwierzchnika, w dodatku znalazłem się w stosunkowo ciężkiej sytuacji, bez żadnego wsparcia. Nikt nie będzie miał mi za złe nagięcia tej niepisanej zasady. Zastanawiałem się tylko, jakież to zwierzę dałoby się łatwo oswoić, szczególnie w takim terenie. Wczoraj wkroczyłem na grunt górzysty, lecz porośnięty spaloną słońcem trawą. Niewiele stworzeń mogło tu przeżyć. Zagryzłem wargę, starając przypomnieć sobie cokolwiek, korzystając z mojej elementarnej znajomości żyjących w takich warunkach istot. Gryzonie! Tak, one były niemal wszędzie. Wystarczyło tylko wyszukać jakąś norę. Zacząłem gorączkowo kręcić się po stepie, przeszukując każdy, nawet pozornie nieobiecujący, skrawek ziemi. Wreszcie znalazłem to, czego szukałem. Mała norka, ziejąca czernią wśród zbiorowiska kamieni. Zrzuciłem z pleców niewielki, skórzany tobołek, który ze sobą niosłem. Zaglądnąłem weń z zainteresowaniem. Począłem prędko przeszukiwać niezbędnik, szukając czegoś, co mogłoby mi pomóc w tej sytuacji. Uśmiechnąłem się sam do siebie, gdy moim oczom ukazały się drobne orzeszki zapakowane w kremowe płótno. Wziąłem je tylko na wszelki wypadek - nie psuły się szybko, więc były wspaniałym pokarmem awaryjnym, aczkolwiek nie sięgnąłbym po nie w pierwszej kolejności. Wysypałem je na ziemię, ozdabiając w ten sposób całe wejście do jamki.
- No chodź! - szepnąłem zachęcająco, czekając na wymarzony rezultat.

cdn.
| 304 słowa → 15೧ |

Powitajmy Elijaha!

Powitajmy nowego psa w sforze!
Elijah to trzyletni mieszaniec, który objął stanowisko medyka.
Podczas wizyty u Wyroczni poznał swój żywioł - naturę.
Teraz zostanie oprowadzony po terenach sfory przez Przewodnika.

Chcę poznać go lepiej!

29.04.2019

Akcja, reaktywacja!

Witajcie, moi drodzy!