3.05.2019

Od Yasmine

Można by powiedzieć, że miałam już dość. Stałam na środku polany w środku nocy, poobijana i styrana dość brutalnymi ćwiczeniami. Czułam, jak kropelki potu spływają mi po sierści a opuszki łap zostawiają wilgotny ślad. A skórzany rzemień bezlitośnie wbijał się w bok, utrzymując tym samym łuk w jednym miejscu.
- No?! Co teraz zrobisz?! - warknął ostrzegawczo Horus i zniżył łeb, lekko otwierając pysk pełen zębów - Jesteś sama a ja mam ochotę cię zabić! Nie będę miał litości.
W odpowiedzi przewróciłam oczami i przyjęłam postawę obronną. Łapy lekko mi drżały, ale przymknęłam oczy. W tym samym momencie pies odbił się od ziemi i lekko naskoczył na mnie. Czułam, że tym razem nie zaatakował aż tak brutalnie jak wcześniej. Jego pysk powędrował do mojego karku a łapy popchnęły mnie na bok. Chwyciłam jego ogon i pociągnęłam lekko. Gdy jego biodra znalazły się w moim zasięgu, zmieniłam cel właśnie na nie. Uczepiłam się kępka sierści i puściłam, wydając z siebie jęk i zarazem pisk. Horus chwycił mnie za krtań i położył ku ziemi, uważając w miarę, aby mnie przypadkiem nie zabić. Leżałam przez chwilę, czując jak jego ślina spływa mi po gardle. Miałam dziwne wrażenie, że nie puści nigdy. Sekunda dłużej i zaczęłabym się wiercić lub próbować wydostać z uścisku jego szczęk. W końcu otworzył je lekko i usiadł, widocznie rozbawiony moją porażką.
- Nie żyjesz, Yas - powiedział ze dezaprobatą, wlepiając we mnie złote oczy. 
- Nie moja wina, że jesteś doskonale wyszkolony aby unicestwiać takie ciemnoty jak ja - jęknęłam, pocierając obolały pysk.
- Takich jak ja, jest naprawdę wielu - stwierdził i poklepał mnie - Nauczysz się, trochę więcej treningu i będziesz śmigać w walce jak ja.
- Już to widzę... - powiedziałam niemrawo - Kończymy? Za godzinę, dwie, będzie już świtać i nasze moce mogą trochę zmaleć...
- Myślę, że one znikną - poprawił mnie i poprawił sprzączkę od swojego paska z bronią.
- Ach, zapomniałam. Ty i twoja dokładność. Doczepisz się wszystkiego - odpowiedziałam z przekąsem i ruszyłam za owczarkiem. Z ukosa zerknęłam na niego. Szedł pewnym, ale dość lekkim krokiem. Sierść miał w niektórych miejscach lekko sklupioną, a na pysku odstawały mu kosmyki włosów. Gdzieniegdzie dało się zobaczyć przebłyski bliznn czy delikatniej siwizny. Zdziwiłam się lekko i przyspieszyłam kroku aby z nim zrównać. Był jedynie o trzy lata starszy ode mnie a już wygląda kompletnie inaczej niż ja. Zajeliśmy się rozmową, na temat polowań, walki czy innych rzeczy które samca interesowały. Miałam ochotę zaończyć dyskusję lub zmienić temat, ale nie chciałam mu przerywać. Westchnęłam i podążałam za psem pogrążonym w wypowiadaniu się na temat sposobów zabijania zwierzyny leśnej.

W pewnym momencie prawie uderzyłam łbem o zad psa. Posłałam mu pytające spojrzenie, mówiące "czemu się, debilu, zatrzymałeś". Odpowiedział mi przewróceniem oczu.
- Kierujemy się do ...? - zapytałam cicho, bo pies zastrzygł uszami.
- Helecho - odpowiedział jednoznacznie i ponownie wsłuchał się w otoczenie - Coś jest nie tak.
- Hm?
- Ktoś krzyczy w ogległości kilku mil - przez chwilę staliśmy w gąszczu w bezruchu - Za mną. Nie wiem czy to są już okolice Helecho, ale sprawdzimy temacik.
Naprawdę? Będziey teraz uganiać się za odgłosami z lasu?

Doracie nie zajęło nam dłużej niż kilka minut. Zziajana wybiegłam z gąszcza wprost na kilka psów, które także tam się zebrały. Miejscem zbiegowiska była polana niedaleko małego miasteczka. Dało się słyszeń krzyki i lamentowanie, gdzieś w tyle ktoś żewnie płakał. Zdążyłam stracić Horusa z oczu, pies już dawno rzucił sie w gąszczu zbiegowsika. Chcąc dowiedzieć się o co chodzi, podeszłam do siedzącej, młodej suki. Ta siedziała trzymając w łapach małego, brązowego kota z oczami z guzików. Łaciata zwróciła na mnie uwagę dopiero, kiedy stanęłam badzo blisko niej. Wręcz czułam odór palonych ziół.
- Co tu się dzieje? Wiesz o co chodzi? - ta pokiwała głową i zwróciła na mnie swe błękitne, przekrwaiowne ślepia.
- Cyrk przyjechał, pani - odpowiedziała kaszląc, zapewne od dymu cygara które wolno żarzyło się obok niej - Zwierząt nie upilnowali i wydostały się z klatek chcąc wolności i zemsty za wszystkie uderzenia batem. Zaczęły się na wszystkich rzucać, więc ci co uciekli - uciekli. Ci nie zdążyli, zostali zamknięci w cyrkowym namiocie. Mój siostrzeniec, niecałe dwa lata, był razem ze mną na przedstawieniu i on...
- Rozumiem, nie musisz mówić - powiedziałam ciszej i od razu wiedziałam, gdzie się kierować. Podziękowałam suczce zatopionej w agoni własnego umysłu i dobijającej bezradności. Myśli podpowiadały mi też, gdzie mógł udać się Horus. Debil, jeśli on tam wejdzie sam... nie, nie zabiją go. Nie jego. Potrząsnęłam głową i przyśpieszyłam kroku. W końcu biegłam i zatrzymałam się dopiero przed skórzanym namiotem pofarbowanym na żółto i czerwono.
- A gdzie panience śpieszno? - zapytał się większy pies, mrużąc brwi - Nie słyszała pani? Psy uwięzione a dzikie koty szaleją... Ponoć z jakiś odległych krain się uchowały. Cholery jedne.
-Czy wchodził tu... jakiś wojownik? - zapytałam z nadzieją w głosie.
Pies już chciał zaprzeczyć, ale poczułam jak ktoś stanął za mną.
- Nie, ale ma zamiar wejść. Proszę się odsunąć - powiedział niechętnie owczarek i wyprzedził mnie, dochodząc do strażnika.
- Odziesz sam? Nie możesz... - warknęłam na niego.
- Nie, nie byłbym taki głupi... Idą ze mną tamci - łbem trącił na lewo. Zwróciłam tam łeb i ujrzałam dwa psy, które w uzbrojeniu podobne były do Horusa - Ojcowie trzech szczeniaków które zostały uwięzione w namiocie. Jakoś nikt nie kwapił im się do pomocy...
- Nie pozwalam ci! - wręcz krzyknęłam na psa, łapiąc go za płaszcz. On jedynie posłał mi groźne spojrzenie i pogroził, że mam się nie ruszać z miejca - Nie, Horus! Cholera! Cholera, głupi jesteś? Wariat! Wracaj, głupcze! Horus! Powiem Lady! Oscarowi! Będziesz miał kłopoty!
Zapewne wyglądałam idiotycznie, ale nie mogłam przestać.  Miałam ochotę po prostu go żywcem wytargać za uszy z tego namiotu, ale nie mogłam. Drogę zagroziły mi dwa psy a ja bezradnie próbowałam się dostać do pomieszczenia cyrku. W końcu poddałam się i usiadłam odrętwiała strachem niedaleko wejścia. Łapy trzęsły mi się ze strachu a w umysle pojawiały się czarne scenariusze.

Wyszli kilka godzin przed południem. Wszyscy wojownicy jak i kilka psów w róznym wieku. Styrani i ledwo trzymający się na łapach, ale wyszli. Moje serce drgnęło na widok przyszywanego wujka i zarazem bliskiego mi psa. Podbiegłam ochoczo do karmelowego owczarka, ale on nawet nie podniósł na mnie wzroku. Od razu zauważyłam, że coś jest nie tak. Horus wyraźnie utykał na przednią łapę a z jego boku ciekła srużka krwi. W sumie cały był w osoczu, nawet nie wiem czy jego czy ubitych zwierząt.
- Horus? - dotknęłam jego boku, na co ten się wzdrygnął - Wszystko dobrze?
On uśmiechnął się delikatnie i doszedł człapiąc do drzewa, pod którym położył się powoli. Wygiął grzbiet w łuk i przez chwilę leżał w bezruchu. Dopiero po chwili wział słaby oddech i przymknął powieki. Usiadłam obok niego, kilka psów wpatrywało się w nas z zaciekawieniem, podziwem i strachem. Dopiero po chwili zbiegowisko ustało, kiedy to Horus pogrążył się w niejasnej drzemce. Kiedyś słyszałam historię do Lady, że za każdym razem czeka do nocy i dopiero wtedy idzie gdzieś w bezpieczne miejsce. Tym razem po prostu wybrał cień drzewa, więc nie protestowałam. Próbowałam dowiedzieć się czegokolwiek o jego stanie, ale on zbywał mnie niejasnym spojrzeniem. Przykryłam do jego płaszczem i odpięłam jego pobrudzony od krwi pas z bronią. Czuwałam nad nim kilka dłużących się kwadransów, sama lekko uspokajając się.

Poczułam, że jego oddech zwolnił. Nie wiem jak, ale ku memu szczęściu zauważyłam to jakoś. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam na rynek. Natychmiast zaczęłam pytać się wszystkich wokoło, gdzie jest siedziba okolicznego medyka lub zielarza. Przekazano mi instrukcję dotarcia, którą zapamiętałam dokładnie. Pełna niepewności i bojaźni pobiegłam z nadzieją, że pies podający się za tutejszego uzdrowiciela pomoże Horusowi.

Elijah? c:


1230 słów → 10 + 60 + 20PU

2.05.2019

Od Elijaha - Zlecenie 1

Musiałem opuścić swoją chatkę w Helecho. Dotarłem tu raptem trzy dni temu i, nie informując o tym nikogo, zająłem jedno z opuszczonych domostw. Wymagało renowacji. Obecna pora roku nie sprzyjała mieszkaniu w domku, którego dach dziurawy był jak sito. Nie miałem jednak czasu, by zajmować się tym w tamtym momencie. Przyświecało mi znacznie ważniejsze zadanie - koniecznie musiałem uzupełnić zapasy. Wyprawa pozbawiła mnie wszystkich najpotrzebniejszych produktów, od jedzenia, aż po składniki do mikstur i maści leczniczych. Mogłem co prawda wytworzyć rośliny, korzystając ze swojej mocy, lecz nie było to dobre długofalowe rozwiązanie. Korzystanie z żywiołu wymagało sporej ilości energii oraz skupienia, a i sama moc była ograniczona. Nie byłem w stanie wytworzyć wszystkich roślin, które chciałem. Tak czy inaczej, udanie się do Lapsae było raczej konieczne. Chwyciłem śpiącą Hresve, umieszczając ją w swojej sakiewce. Była już ze mną prawie od roku, toteż zdążyła się przyzwyczaić do mojej obecności. Nie protestowała, gdy zabierałem ją ze sobą. Wyszedłem z niewielkiej chatki, starając się delikatnie otworzyć wysłużone drzwi. Rozglądnąłem się pobieżnie, stając w progu. Prawdę powiedziawszy - nie miałem pojęcia, w którą stronę powinienem się udać. Moją uwagę zwrócił za to ciemny, raczej niezbyt obszerny lasek, położony na północnym-zachodzie. Wzruszyłem ramionami. Miejsce dobre, jak każde inne, zresztą podobno wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a naszym Rzymem było właśnie Lapsae. Ruszyłem w obranym kierunku, żwawo stąpając po piaszczystej ścieżce. Helecho było jakby uśpione. Nie widziałem absolutnie nikogo, co mnie dziwiło. Gdy przybyłem, niewielkie miasteczko wręcz tętniło życiem. Wszędzie unosiło się echo rozmów i śmiechu, a po wąskich ulicach przechadzały się całe gromady psów. Lecz... może ta pustka nawet mi sprzyjała? Mogłem w spokoju wykonać swoje zadanie, bez zbędnych rozmów, czy pytań. Las wznosił się na niewielkim wzgórzu, dosyć blisko mojej chatki. Dotarcie do niego zajęło mi więc raptem kilka minut. Gdy wszedłem między drzewa, światło przestało być tak dobrze widoczne. Nie znaczyło to jednak, że w zagajniku panowała ciemność. W zasadzie nie był to nawet półmrok, lecz zwykły, chłodny cień. Podążałem dalej traktem, jedynym, który przecinał las mniej więcej w połowie. Miałem jedynie nadzieję, że droga poprowadzi mnie wprost do Lapsae. Szedłem we względnej ciszy, co jakiś czas słysząc jedynie szmer w mojej torbie - Hresve musiała się przebudzić, ale w dalszym ciągu spokojnie siedziała w sakwie. Doszedłem do załomu ścieżki. Dalsza jej część była zasłonięta szerokimi, strzelistymi pniami. Coś jednak dało się ujrzeć - dyszel, wystający zza drzew. Przyśpieszyłem kroku, zaintrygowany tym, co też ten dziwny element mógł robić w środku lasu. Zatrzymałem się gwałtownie, gdy w pełni ujrzałem ową nietypową scenę. Na środku drogi stał, nieco poniszczony, wóz konny, z tym, że... bez koni. Skórzane paski, przymocowane do dyszla, zostały przecięte. Coś jednak przyciągnęło moją uwagę, bardziej, niż bryczka. Koło niej leżał pies. Był związany, Podbiegłem do niego prędko, chcąc sprawdzić w jakiej kondycji był nieznajomy. Pobieżnie zacząłem oglądać jego, porośnięte srebrną sierścią, ciało. Nie widziałem ran, futro było co najwyżej przybrudzone w kilku miejscach. Potrząsnąłem samcem, chcąc przywrócić mu przytomność. Udało się. Po drugiej próbie otworzył z trudem oczy, mrugając nimi nieustannie. Wymamrotał coś pod nosem i rozejrzał się. Wtedy jego ślepia gwałtownie się rozszerzyły.
- Moje konie! Gdzie one są!? Konie! - poderwał się na łapy, nagle odzyskując wszystkie siły.
Rozpaczliwie miotał się koło bryczki, jakby sądząc, że schowałem jego zwierzęta za wozem. Wreszcie zrozumiał, że nie taka była prawda i wrócił do mnie. Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. Gdyby mógł, zapewne padłby na kolana.
- Proszę, pomóż mi! Jestem dorożkarzem, bez nich nie przeżyję! - zaczął gorączkowo tłumaczyć, prawie ze łzami w oczach. - Mogę ci zapłacić! - dopiero potrząśnięcie mieszkiem wypełnionym monetami mnie przekonało.
Nie wiedziałem skąd tak właściwie miał pieniądze. Złodzieje musieli nie być zbyt wprawni, skoro pozostawili mu jakiekolwiek sole. Tak czy inaczej, opłacało mi się to. Samiec zaproponował wstępnie sto dwadzieścia soli, z bonusem za szybkie załatwienie sprawy. Musiały być to w takim razie naprawdę wspaniałe zwierzęta. W Sforze Jutrzenki dobrego konia dało się nabyć za jedną szóstą tej ceny. Ustaliłem z psem, gdzie się spotkamy i ruszyłem na poszukiwania. Węch był moją mocną stroną - bez trudu złapałem trop i zacząłem nim podążać. O dziwo zapach dalej był wyraźny, nie mogli więc odejść daleko. Faktycznie, nie byli zbyt utalentowani. Nie dość, że nie potrafili kraść, to jeszcze zabrakło im także wprawy w ucieczce. Pomachałem głową w geście politowania. Żałosne. Zawsze uważałem, że za pewne sprawy brać się powinni tylko ci, którzy to potrafią. Przemierzałem las żwawo, w końcu znajdując to, czego szukałem - na środku niewielkiej polanki siedziały dwa psy, pozwalając sobie najwyraźniej na krótki odpoczynek. Obok stały konie, w tej samej liczbie, przywiązane do jakiegoś pniaka. Zrzuciłem sakwę na ziemię, pomagając Hresve z niej wyjść.
- Idź i pozbaw ich przytomności - nakazałem, patrząc w jej ciemne ślepka.
Szybko ruszyła do pracy, dzielnie przedzierając się przez wysoką, przynajmniej jak dla niej, trawę. Chwilę później rozbrzmiał jej pisk. Byłem na niego już uodporniony, toteż nie musiałem nawet zatykać uszu. Dwaj napastnicy słaniali się na łapach, aż w końcu padli na ziemię, bez świadomości. Triumfalnym krokiem ruszyłem naprzód, zbierając po drodze wiewiórkę. Odwiązałem oba konie - gniadego i karego. Niezbyt pasowały do siebie w zaprzęgu, przynajmniej jeśli chodzi o wygląd. Ruszyłem w drogę powrotną, pokonując ją w mniej więcej pół godziny. Zniecierpliwiony samiec czekał w dokładnie tym samym miejscu. Przekazałem mu zwierzęta, na co on zaczął dziękować mi z ulgą. Jakoś zaprzągł je do wozu, ignorując fakt, że niektóre skórzane paski, prowadzące do końskich uprzęży, zostały przecięte. Zaczął przeszukiwać swoją sakwę, wydobywając z niej sporo drobnych, złotych monet.
- Należy ci się nieco więcej, niż mówiłem. Jeszcze raz dziękuję! - wręczył mi moje wynagrodzenie.
Przesypałem sole do swojej torby, z radością przysłuchując się charakterystycznemu brzęczeniu pieniędzy. Pies uśmiechnął się do mnie, wskakując na przykrytego kocem kozła. Odwzajemniłem gest, nie chcąc wyjść na ponuraka.
- Następnym razem bardziej na siebie uważaj! - rzuciłem, odchodząc w przeciwnym kierunku.
953 słowa

953 słów → 45ᘯ + 100ᘯ + 15 PU

Od Elijaha - Oswajanie towarzysza [2/2]


Czekanie było uciążliwe. Nieco nim znudzony, przycupnąłem na opuszczonym stepie, bez życia wgapiając się w norę. Nie wyczuwałem żadnego zapachu, a do moich uszu dobiegał jedynie dźwięk wiatru. Rozłupałem jeden z orzechów, licząc na to, że jakoś to pomoże. Mijały minuty, a nawet godziny, tymczasem zasoby mojej cierpliwości kurczyły się z każdą sekundą. Burknąłem słowa niezadowolenia pod nosem. Trudno, spróbuje się kiedy indziej. Nieco zdenerwowany, trochę zmęczony, ruszyłem przed siebie, stwierdzając, że nie ma po co zbierać porozrzucanych orzechów. Wolnym krokiem rozpocząłem dalszą część wędrówki, próbując pogodzić się z nieuchronną samotnością. I wtedy... coś zwróciło moją uwagę. Cichy szmer. Odwróciłem się gwałtownie. Zbyt gwałtownie. Kątem oka dojrzałem ruchliwe zwierzę o szarej sierści, które ochoczo dobrało się do pozostawionego na ziemi jedzenia. Czmychnęło jednak z powrotem w bezpieczne odmęty podziemia, gdy tylko dostrzegło moje poruszenie. Odbiegłem więc jeszcze kilka kroków, chowając się za sporą formacją skalną, wyglądając zza niej na interesujące miejsce. Tym razem stworzonko nie kazało mi długo czekać. Nabrało już nieco więcej zaufania i wyszło z norki szybciej. W pełni skupiło się na ofiarowanym posiłku, całkiem zatracając czujność. Ponownie się uśmiechnąłem, triumfalnie, z dumą. Ten moment był punktem kulminacyjnym. Większość psów właśnie tutaj odniosłaby porażkę. Rzuciłaby się w stronę gryzonia, za wszelką cenę pragnąc go złapać. Lecz nie ja. Zamierzałem postąpić znacznie mądrzej, rozsądniej - użyć mocy. Bez wysiłku, wręcz teatralnie, machnąłem łapą. W mgnieniu oka ciało zwierzątka oplotły drobne, zielone pnącza, zniewalając szarawą istotę. Z wypiętą piersią zwróciłem się ku mojej zdobyczy, zbliżając się do niej dostojnym krokiem. Wtem coś mnie zaskoczyło. Wiewiórka otworzyła pysk, z którego wydobył się głośny, piskliwy dźwięk. Rzuciłem się na ziemię, chcąc jakkolwiek ochronić uszy od tego przeraźliwego pisku. W głowie dudnił mi tylko on. Nie mogłem się podnieść, nie mogłem nawet otworzyć oczu. Tarzałem się po podłożu, czując napływający ból. Nareszcie, po dłużących się dla mnie kilku sekundach, gryzoń ucichł. Potrzebowałem jeszcze chwili, by w pełni dojść do siebie. Z ulgą stwierdziłem, że roślina nie zwolniła uścisku, mimo że powinienem był stracić nad nią kontrolę. Z trudem podźwignąłem się z powrotem na nogi, wzburzając przy tym chmurę duszącego pyłu.
- Ach, czyli mamy tutaj magicznego futrzaka? - otrzepałem sierść z rudawego pyłu. - Powitaj więc swojego nowego pana. Od dziś masz na imię... Hresve? - rzuciłem pierwsze imię, które przyszło mi na myśl.
Żałowałem jedynie, iż w odpowiednim czasie nie posiadłem zdolności kierowania małymi zwierzętami. Wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Podałem małego orzeszka samicy, po czym, gdy już zjadła, umieściłem ją w swojej sakwie, upewniając się, że jej nos wystaje nieco z torby.
|415 słów → 20 ೧ |

Od Elijaha - Oswajanie towarzysza [1/2]

Wyprawa trwała od kilku dni. Byłem sam. Gdy żyłem w plemieniu, mógłbym bez problemu stwierdzić, że ewentualna samotność zupełnie by mi nie przeszkadzała. Rzeczywistość natomiast okazała się diametralnie inna. Paląco potrzebowałem kogoś, do kogo mogłem się odezwać. Kogoś, kto w razie groźnej sytuacji, mógłby ostrzec mnie przed zagrożeniem, jeślibym spał. Kogokolwiek. Nie mogłem wrócić do swojego stada, a od Sfory Jutrzenki, jak ją nazywali, dzieliło mnie jeszcze wiele, wiele kilometrów. Musiałem jakoś sobie radzić i to właśnie ten przymus sprawił, że w mojej głowie zakiełkowała nowa myśl - towarzysz. W plemieniu nie były one zbyt popularne. Prawo do posiadania swojego zwierzęcia mieli tylko najlepsi spośród nas. Aktualnie jednak władałem sam sobą i nie miałem żadnego zwierzchnika, w dodatku znalazłem się w stosunkowo ciężkiej sytuacji, bez żadnego wsparcia. Nikt nie będzie miał mi za złe nagięcia tej niepisanej zasady. Zastanawiałem się tylko, jakież to zwierzę dałoby się łatwo oswoić, szczególnie w takim terenie. Wczoraj wkroczyłem na grunt górzysty, lecz porośnięty spaloną słońcem trawą. Niewiele stworzeń mogło tu przeżyć. Zagryzłem wargę, starając przypomnieć sobie cokolwiek, korzystając z mojej elementarnej znajomości żyjących w takich warunkach istot. Gryzonie! Tak, one były niemal wszędzie. Wystarczyło tylko wyszukać jakąś norę. Zacząłem gorączkowo kręcić się po stepie, przeszukując każdy, nawet pozornie nieobiecujący, skrawek ziemi. Wreszcie znalazłem to, czego szukałem. Mała norka, ziejąca czernią wśród zbiorowiska kamieni. Zrzuciłem z pleców niewielki, skórzany tobołek, który ze sobą niosłem. Zaglądnąłem weń z zainteresowaniem. Począłem prędko przeszukiwać niezbędnik, szukając czegoś, co mogłoby mi pomóc w tej sytuacji. Uśmiechnąłem się sam do siebie, gdy moim oczom ukazały się drobne orzeszki zapakowane w kremowe płótno. Wziąłem je tylko na wszelki wypadek - nie psuły się szybko, więc były wspaniałym pokarmem awaryjnym, aczkolwiek nie sięgnąłbym po nie w pierwszej kolejności. Wysypałem je na ziemię, ozdabiając w ten sposób całe wejście do jamki.
- No chodź! - szepnąłem zachęcająco, czekając na wymarzony rezultat.

cdn.
| 304 słowa → 15೧ |

Powitajmy Elijaha!

Powitajmy nowego psa w sforze!
Elijah to trzyletni mieszaniec, który objął stanowisko medyka.
Podczas wizyty u Wyroczni poznał swój żywioł - naturę.
Teraz zostanie oprowadzony po terenach sfory przez Przewodnika.

Chcę poznać go lepiej!