5.04.2018

Od Agnes | Wróg wśród nas cz. II

Agnes cofnęła się w cień, a jej ciało przeszły ciarki. Wpakowała się w niezłe bagno. Była kompletnie nieprzygotowana do starcia z takimi masywnymi psami, a nie mogła zaliczył klapy skoro to było zadanie wagi ciężkiej. Jeżeli jej się nie uda, to kto wie ile jeszcze psów ucierpi. Wzięła płytki, zestresowany oddech, a przez jej głowę przemknęła myśl, aby wezwać pomoc. Ale nie mogła, prawda? Zanim by doszli ona już pewnie była daleko, a gdyby została tutaj to nie znalazłaby dwójki podejrzanych panów. Ślady szybko by się zamazały przez kałuże, które zostały po roztopach. Szybko podjęła decyzję, w końcu musiała to kiedyś zrobić - załatwi wszystko na własną łapę.
Przylgnęła do ziemi i zaczęła iść przed siebie, raz spoglądając na przed siebie, a raz na dwójkę nieznajomych. Księżyc lśnił jasno na niebie w towarzystwie gwiazd, ale jego światło nie docierało pomiędzy gęste drzewa i krzewy. To właśnie wśród nich czaiła się Agnes, która uważnie obserwowała każdy ruch nieprzyjaciół. Na razie jej nie zauważyli, ale wiedziała, że ten moment nadejdzie prędzej czy później.
W końcu las się skończył, a Agnes chowała się jedynie za krzewami, które były o wiele bardziej przejrzyste od drzew, a także pojedynczymi sosnami. Wiedziała jednak, że ta taktyka długo nie pociągnie. Musiała wymyślić coś innego. Zatrzymała się, aby pomyśleć, ale nie zdążyła. Nakryli ją. Masywny pies spotkał się z jej lodowatym spojrzeniem. Starała zachować zimną krew. Musiała zaryzykować wszystkim, byleby nie okazać strachu, który przepełniał jej żyły. Miała ochotę drżeć, ale nie mogła. Wtedy wszystko poszłoby na marne. Ruszyła sztywnym krokiem w ich kierunku. Stała w zasięgu ich ataku, ale oni nie rzucili się na nią. Dobrze czy źle?
- Agnes! - Przywitał się z nią masywny pies tak miłym tonem, jak gdyby był dobrym przyjacielem. Agnes dostała mętliku w głowie zastanawiając się dlaczego tak ją traktuje i skąd do jasnej ciasnej zna jej imię. Z jednej strony mogła to być podpucha, ale z drugiej strony mogli zostać wysłani na tą samą misję. Najbardziej nurtujące był jednak sam fakt, że przed chwilą widziała jak Ares o mało nie zabiłby kundla. - Jestem Ares, a to jest Anton.
Kundel spojrzał niepewnie kątem oka na psa, a później kiwnął głową w stronę suczki, która nadal spięta patrzyła na nich spod przymrużonych oczu. Nie była pewna co myśleć, a dostała jeszcze większego mętliku, kiedy Anton z delikatnym włoskim akcentem zapytał się:
- Należysz do ochotniczych szpiegów, si*?
- Z całą pewnością, przecież widać ten ładny sztylet. Taki dostają jedynie szpiedzy na ważnej misji. Powiedział czarny, dwa razy większy od Agnes pies i spojrzał z podziwem na sztylet. Nachylił się ku niego, ale łaciata odsunęła się.
- My też jesteśmy na misji, prawda przyjacielu?
- Doprawdy. Mamy za zadanie ukatrupić wszystkich z bazy wroga, piszesz się na to czy wymiękasz?
- Nie. Idę tam. - Agnes przygryzła wargi, kiedy dwójka ruszyła do przodu. Szła za nimi. Nie wydawali jej się podejrzani, rozglądali się czujnie, mimo to jednak nie była do końcu przekonana. Szła w pełnej gotowości czując, że każda kończyna jest gotowa na nagły atak. Nic się jednak nie działo. Szli dalej przed siebie z każdą sekundą zbliżając się do celu. Dwojga przyjaciół rozmawiała normalnie, jedynie Anton czasem dodawał nieznane jej słowa. Si, co to w ogóle za język? Dopiero po dłuższym czasie wielki zwrócił się bezpośrednio do niej:
- Jesteśmy; baza to jama ukryta między wzniesieniami terenu i sosnami.
Suka zmarszczyła brwi patrząc na miejsce, w którym rzekomo była baza. Tak naprawdę gdyby przybyła tu sama to długo domyślałaby się, gdzie rzekoma baza jest. Nic nie wskazywało na to, aby pomiędzy drzewami kryło się coś więcej niż... no, kolejne drzewa.
- Idź za nami, panienko.  - Wyszeptał Anton i zaczął iść powoli wymijając niektóre miejsca. Zdawało się, że robił to celowo, aby nie nadepnąć na jakiś skrawek trawy. Suczka bez pytania zaczęła iść tak jak on, a kiedy doszli do wzniesienia zobaczyła wielką jamę, która wyglądała trochę jak borsucza. Towarzysze kiwnęli jej głową, aby weszła, ale ona tego nie zrobiła. Głupia nie była, prawda? Ares zmarszczył czoło, a później popchnął ją zachęcająco i uniósł brew. Jej ciało przeszły ciarki, kiedy wymruczał pod nosem będąc o wiele za blisko niej niż powinien:
- No co ty, boisz się?
- Oh, nie.
- Słyszysz, Ares? No, no**, tak mówi tylko ten kogo ciarki przechodzą.
- W takim razie, dlaczego mnie próbujecie tam wepchnąć? Chyba to wy już śnicie o tym miejscu koszmary na jawie. - Wymamrotała Agnes nie chcąc dać za wygraną. Nie bała się, ona jedynie nie chciała przegrać.
Dwójka samców spojrzała się na siebie, a później Ares prychnął i ruszył ku dziurze w ziemi. Zaczął się przez nią przyciskać. Anton spojrzał się na suczkę, a ta odpowiedziała mu znaczącym spojrzeniem. Albo oni wejdą pierwsi, albo ona w ogóle nie wejdzie. Cały czas była w pełnej gotowości, aby wyciągnąć sztylet z pochwy. Nie mogła ulec, musiała w końcu pokazać się z najlepszej strony przy przywódcach podczas swojej pierwszej misji. Dopiero po dłuższej chwili ciszy Anton kiwnął głową i skierował się ku wejściu, do którego wszedł nieśpiesznym truchtem, a zaraz za nim Agnes.
Ledwo suczka znalazła się w środku, a wejście już zatrzasnęło się żelaznymi kratami. Ares z chamskim i zadowolonym uśmiechem skoczył w jej stronę z nożem, ale ich grzeczne odzywki nie zaćmiły jej uwagi, dlatego samica była już gotowa do walki.
- St...! - Już miał zamiar wrzasnąć, jednakże nie zdążył. Przed nią lewitował sztylet, który poleciał prosto w stronę malamuta przebijając mu się przez gardło. Pies jedynie wychrypiał kilka słów i próbował jeszcze walczyć z suką, ale nie dał rady. Padł na zimną, kamienną posadzkę zalewając ją szkarłatną krwią. Agnes nachyliła się nad nim sprawdzając czy żyje, ale widząc, że już był w innym świecie wyciągnęła Ibnis i wytarła jego ostrze z krwi w jego matowe, kudłate futro. Jego przerażony towarzysz widząc ten widok po prostu uciekł. Agnes zmrużyła oczy zdając sobie sprawę, że była o włos od przegranej. Nagle poczuła, że ktoś jest za nią, dlatego odwróciła się gwałtownie. Za kratami zobaczyła jednak jedynie... Leo.
- Jeśli nie wyjdę do wieczora, to wezwij pomo... Oscara. Mieszka w Helecho.
Nie czekając na żaden ruch rozumnego stworzenia odwróciła się i zaczęła przemykać powoli w mroku, który panował w tajnym budynku. Panował wokół niej ten głęboki rodzaj ciszy, który sprawiał, że przechodziły wzdłuż grzbietu ciarki. Nagle border collie zatrzymała się słysząc ponuro rozmawiających samców. Dostrzegła ich cienie, które powstawały przez stojące gdzieniegdzie świece, ale i tak mieszały się z ciemnością. Po sylwetkach rozpoznała teriery, ale mimo wszystko wolała nie brać ich za błahego przeciwnika. Zaczęła rozglądać się zestresowana, aż w końcu dostrzegła drzwi. Przesunęła się w ich stronę i delikatnie je uchyliła, a później stanęła w środku.
Miejsce wydawało być się idealnie uporządkowanym biurem, które wyglądało tak, jakby codziennie ktoś je sprzątał. Na ścianie widziała wymalowany obraz, który przedstawiał psa - nie przypominał jej żadnej rasy, wyglądał trochę jak wilk. Z dołu obrazu widać było martwe postacie, na których stał. Najpewniej był przywódcą tej całej zabawy. Obok na ścianie były poprzyklejane również narysowane, ale bardziej niechlujnie obrazki przywódców - Morrigan, Aarona i także kilku innych, który jak się domyślała rządzili Sforą Zorzy. Były poprzebijane strzałami. Agnes parsknęła i zaczęła przeszukiwać wszystkie szafki i inne miejsca, w których mogło być coś ukryte. Nic.
Zmarszczyła czoło i spojrzała ponownie na obrazy. Podeszła do nich i zrzuciła wszystkie na podłogę. W miejscu, gdzie znajdował się przywódca wrogiej grupy była przyczepiona kartka z podejrzanymi planami. Ag wsadziła je do pochwy i zaczęła szukać innych rzeczy. Zerknęła na dół i zauważyła z tyłu obrazu Aarona skrawek pergaminu z napisem "Kiedy lis przejdzie nocą po niebie pełnym gwiazd, a najważniejszy dla najważniejszego wroga zginie zaatakujemy jak nigdy". Suczka to również schowała, wetknęła do pochwy materiał i dopiero na to wsadziła sztylet. Już odwróciła się, aby wyjść i iść dalej, kiedy drzwi otworzyły się, a przerażony biec walnął ją w głowę. Zemdlała.

- Nie uhonorują cię, durniu - Warknęła suka i podeszła z wrogo błyszczącymi oczami do Horusa. - Jeśli mnie zabijesz to ci walną w gębę. Idźmy stąd, ale wiedz, że mam na ciebie oko.
- Oko, hmy? No nie wiem czy to się na coś zda. I tak mnie nie zaatakujesz z tym czymś.
Agnes zerknęła na swoją łapę, która faktycznie nie wyglądała najlepiej. Przecinała ją rana, a wokół niej futerko było posklejane od wyschniętej krwi i jakiejś niezbyt przyjemnie wyglądającej ropy. Powoli ruszyła przed siebie potykając się co każdy krok. Szła na tyle powoli, że w końcu stanęła i przeklęła pod nosem, a później wymamrotała:
- Nie uciekniemy tym bardziej, jeżeli widziałam co tu zrobiłeś.
- Nie mam za to takiej łapy jak ty. - Powiedział pies z westchnięciem stojąc już przy wyjściu z lochu.
- I co z tego? Załatwiłam wszystko najdyskretniej jak się dało.
- W takim razie dlaczego utknęłaś w lochu?
- ... - Zmarszczyła brwi kilkokrotnie otwierając pyszczek i go zamykając. Pewnym było to, że dała plamę, ale nie było potrzeby, aby informować o tym mimo wszystkie nieznajomego psa. - Potrzebuję czosnek, mak i coś aby owinąć łapę.
- Yhy i skąd mam to wytrzasnąć?
- Z miejsca, gdzie leczą tutaj psy. W każdym niebezpiecznym miejscu takie coś jest.
Pies uniósł brew, a następnie ruszył powoli przed siebie, a za nim nieco wolniej Agnes. Musieli być bardziej ostrożni niż zawsze.

Oscar?
| 1538 słów → 75೧ + 15 | Zadanie → 50೧ + 1K | Walka 10PU | 

4.04.2018

Od Lady | Bal | [1/2]

Nie miałam bladego pojęcia ile spędziłam czasu na przeczesywaniu gęstego futra. Czarna jak smoła sierść ciągle się plątała, a ja, biedna, ledwo to rozczesywałam. W końcu z ulgą odłożyłam grzebień i ruszyłam wolnym krokiem w stronę szafki. Nie miałam zamiaru się stroić w pierzaste suknie, aczkolwiek mały akcent nie powinien zaszkodzić. Wyjęłam spod łóżka małe pudełko obszyte delikatnym materiałem. Nie miałam bladego pojęcia jak nazywa się to białe coś znajdujące się w środku, ale przypominało taką śmieszną narzutkę. Kupiłam ją wczoraj w pobliskim sklepie, chodziłam i oglądałam chyba kilka godzin zanim natrafiłam na jedwabny materiał. Nie żałowałam zakupu, wręcz cieszyłam się z wydanych pieniędzy. Delikatnie narzuciłam na siebie tą ozdobę i zapięłam srebrną klamerką pod szyją. Przejrzałam się kilka razy w lustrze i popędziłam na dół po schodach karczmy. Bal czeka. Mój książę także.
Minęła chwila zanim dojrzałam Oskara. Wiele psów spacerowało o tej wieczornej porze, a to aby nacieszyć się kwiecistą naturą albo aby się po prostu przespacerować. Podeszłam do owczarka i wtuliłam się w jego gęstą sierść. Odetchnęłam i spojrzałam się na niego. Wyglądał cudownie.
- Witaj Lady - pies uśmiechnął się i gestem wskazał na zamek - Bal się zaczyna za niecałe kilka minut.
Ruszyliśmy szybkim krokiem w stronę ogromnej budowli. Cały czas zerkałam na Oskara i jego pociągającą sylwetkę ... Ah, Lady, nie myśl o takich rzeczach. Odwróciłam głowę i skupiłam się na drodze. Czułam urywane spojrzenie Oskara, jednak przez całą drogę do zamku trwała niezręczna, aczkolwiek miła cisza. W końcu weszliśmy na drogę otoczoną kwitnącymi drzewami. Silny zapach wszelakich kwiatów mieszał mi się w końcu śmiesznie kichnęłam. Oskar zachichotał a ja tylko głupio się uśmiechnęłam. Przeszliśmy obok strażników i dopiero wtedy zobaczyłam co to jest prawdziwy królewski bal. Ogromna sala, przystrojona kwiatami i wszelakimi kwiecistymi kobiercami promieniowała swym blaskiem. Kilka bogato przystrojonych suczek paradowało po sali dumnym krokiem. Zaczęłam żałować że nie ubrałam czegoś ładniejszego ... Pies chyba zauważył moje zmartwienie, bo trącił mnie nosem i ruszył do przodu.
- Świetnie wyglądasz - cicho powiedział mi na ucho i pociągnął za sobą.
Orkiestra dopiero stroiła swe instrumenty, ostatni goście wchodzili do sali. Tanecznym krokiem podeszła do nas suczka i nałożyła nam na łby jaśminowo-wiśniowe wianki. Kilka kwiatów śmiesznie opadło Oskarowi na pyszczek czyniąc go takim słodkim i poważnym zarazem. Chwyciłam łapami wiązankę kwiatów i podciągłam do góry.
- Troszkę lepiej, prawda ? - na pysku psa pojawił się delikatny uśmiech.
Wpatrywaliśmy się w siebie może kilka minut. Nagle gwałtowna muzyka zabrzmiała i kilka pierwszych par zerwało się do tańca.
- Zatańczysz ze mną ? - wyciągnął łapę w zachęcającym geście.
- Oczywiście.
Chwyciłam łapę owczarka, i porwaliśmy się do gwałtownego, a potem spokojnego tańca. Nigdy bym tak nie pomyślała, ale zaczęłam traktować Oskara jak kogoś więcej niż przyjaciela ...
Gdy muzyka ucichła byłam wtrząśnięta. Nie wiedziałam, że zwykły taniec może aż tak zadziałać na psa. Zerknałam ciągle na Oskara, niepewna co się przed chwilą stało.
- Może ... wyjdziemy do ogrodów ?  - zaproponował pies mrużąc oczy.
Może przez ten dziwny zaduch panujący w sali ? Nie, raczej nie...
Ocknęłam się i delikatnie uśmiechnęłam.
- Tak, jasne  - szybko dodałam  - Dobry pomysł.
Ogrody były ogromne. Wszędzie były kwiaty, zadbane i różnorodne. Mały wodospad wokół sadzawki tworzył niesamowitą aurę ciszy i spokoju. Mimo że to miejsce nie było oddalone od balowej sali, to ogromnie się różniło. Weszliśmy na kamienny taras i usiedliśmy na ławce. Tylko wodospad, Oskar i ja.

Oskar ? Miłość rośnie wokół nas ...
| 564 słów → 25೧ | Zadanie → 50೧ + 1K |

3.04.2018

Od Morrigan cd. Od Cenizy

Wyglądałam od niechcenia przez okno, po którym spływały pojedyncze krople deszczu. Świat znów pokrył się szarością. Jednolita warstwa chmur płynęła nisko nad ziemią, nie dopuszczając do jej powierzchni promieni słońca. Westchnęłam cicho i podniosłam się z poduszki, na której leżałam. Przeciągnęłam się, by następnie truchtem ruszyć w kierunku wyjścia z komnaty, która należała do mnie i Aarona. On sam znajdował się jak zwykle w swojej kancelarii. Wkroczyłam do niej przez uchylone drzwi. Mój partner stał przez lustrem oprawionym w skórę. Starannie poprawiał wszelkie niedoskonałości w swoim wyglądzie. Ja także powinnam zacząć się przygotowywać, w końcu nie tylko on bierze udział w dzisiejszym balu. Nie lubiłam jednak tych wszystkich przyjęć. Dziesiątki obcych psów kręcące się w moim pobliżu, czasem ocierające się o mnie w zatłoczonej sali, czy też podczas tańca. Nie mogę utrzymać bezpiecznego dystansu. Wiecznie ktoś znajduje się tuż obok mnie, na wyciągnięcie sztyletu. Jeden sprawy ruch skrytobójcy, a już osuwam się na posadzkę, wśród wrzasków, z krwią wypływającą z mojego pyska. Paranoja powiadacie? Zbyteczna ostrożność? Tchórzostwo? Pfff... Za dużo w życiu widziałam, aby teraz spokojnie spoglądać w oczy nieznajomym. Szczególnie, że wojna wisi w powietrzu, a nasze "ukochane" iskierki nie próżnują...
Z zamyślenia wyrwało mnie wyczekujące spojrzenie Aarona, a właściwie jego odbicia w gładkiej tafli lustra. Uśmiechnęłam się delikatnie. Tylko on daje mi poczucie bezpieczeństwa. Może to naiwne uczucie, ale cóż, z psychiką się nie dyskutuje.
-I jak? - zapytał w końcu.
-Szczerze? Wyglądasz tak jak zwykle, a siedzisz tutaj dobre dwie godziny. - parsknęłam i podeszłam do niego bliżej.
Przewrócił oczami i znów zatopił swój wzrok w lustrzanej powierzchni. W rzeczywistości widziałam różnicę. Mimo, że zawsze dbał o czystość, nieustannie gdzieś się krzątał. Czasem nie miał czasu, by strzepać z siebie kurz starych ksiąg lub zmyć plamy błota na swoich łapach, pozostałe po wędrówce. Teraz? Odszykował się. Jego sierść lśniła w nikłym świetle wpadającym przez okna. Żadnych kołtunów, była idealnie ułożona. Jedynie w oczach widać było tego energicznego psa, który teraz krył się pod warstwą prestiżu i dumy. Kaszlnęłam, gdy dotarła do mnie chmura pachnideł, którymi zbombardował się Aaron.
-A ty? - zapytał, spoglądając na moją sierść, pokrytą warstwą pyłu, matową, gdzieniegdzie "ozdobioną" igliwiem.
-Chyba na razie zrezygnuję z tego wykwintnego towarzystwa. Odwiedzę was wieczorem, wiem jak bardzo ci na tym zależy. Nie chcę się tam jednak pchać. Dobrze wiesz, że tam nie pasuję. Jestem prostym psem z prowincji, a co gorsza z Ziemi. Te koronowane głowy i ich sunie obładowane kilogramami złota i kamieni przecież dobrze o tym wiedzą. Dostrzegam tą wrogość. Niech nie czują się zbyt pewnie...- ostatnie zdania wypowiadałam pogardliwie, z wyczuwalną dozą wrogości.
-Daj spokój. Darzą cię takim samym szacunkiem, co mnie. - odwrócił się gwałtownie.
-Tak, wmawiaj to sobie dalej, a ja znikam. - parsknęłam i zniknęłam za drzwiami.
Słyszałam za sobą gadkę o obowiązkach i odpowiedzialności, jednak szybko oddaliłam się od kancelarii. Wzięłam łuk i kołczan, by wyruszyć w drogę do lasu. Na szczęście zaczynało się rozpogadzać.
-♦-
Błoto powstałe po wiosennych roztopach nie przeszkadzało mi znacznie w wędrówce. Cieszyłam się zielenią, która pokrywała coraz większe połacie terenu, pojawiając się także na liściastych drzewach.Towarzyszyła mi nieprzerwana pieśń ptaków. W gąszczu roślin co jakiś czas coś poruszało się gwałtownie, na co ostrożnie reagowałam. Czułam się tam jednak o niebo lepiej, niż w zatłoczonej sali balowej. Niestety, tutaj także przyszło mi się spotkać z pobratymcem.
Kierowałam się na moją ulubioną polanę, na której ćwiczyłam w samotności łucznictwo. Czasem natrafiałam tutaj na zające, które stawały się celami dla pierzastych pocisków. Nie szczędziłam futrzaków. Mnożył się niesamowicie na okolicznych łąkach i stały się wręcz plagą psów utrzymujących się z rolnictwa. Ja natomiast czerpałam przyjemność z widoku puszystego truchełka. No co? Fakt.
Tym razem jednak na polance wyczułam innego sierściucha. Przebywała na niej obca dla mnie suczka. O nie, nie dam się włóczyć obcym po okolicach Pałacu. Wszystkie siły wywiadowcze zmobilizowane do walki z szpiegami, a tutaj ktoś panoszy się po moim terenie. Nałożyłam strzałę na cięciwę i powoli ruszyłam przed siebie. Niestety zdradziły mnie gęste zarośla, które trzaskały, gdy je przemierzałam. Stwierdziłam, że skoro element zaskoczenia zawiódł, trzeba działać szybko. Wypadłam na otwartą przestrzeń i od razu ruszyłam do strategicznego punktu, w którym osłonięta byłam od ewentualnych bełtów, a zarazem miałam dobre pole widzenia. Nigdzie nie dostrzegłam jednak nieznajomej. Postawiłam na słuch i węch. Gdzieś tutaj jest. W zaroślach. Porusza się niespokojnie. Hmm... Czyli nie jest szpiegiem zahartowanym w boju. Nie miałam zamiaru jednak zwyczajnie wyjść i się odsłonić. Może nie jest sama? Nie, nie czuję nikogo. No cóż. Raz kozie śmierć...
-Hej, ty! Wiem, że tu jesteś. Wyjdź, odłóż broń i stój spokojnie, a nic ci nie grozi.- zawołałam, nadal osłonięta.
Suczka za wszelką cenę chciała jednak udowodnić, że nie jest naiwna. Mnie natomiast obserwowała para czerwonych ślepi, należących do kulki futra, na którą mam zwyczaj polować...

Ceniza?? Logomorfy atakują (wszyscy zginiemy)
| 792 słowa → 35೧ |

2.04.2018

Horus | Atak Lagomorfów cz. I

Karmelowy owczarek dzielnie maszerował przez gęsty las rozkoszując się spokojem. Jego łapy ciągle tonęły w wiosennych roztopach, jednak nie zrażał się tym i uparcie wędrował swoim skrótem. Wracał ze strażnicy z codziennego patrolu, miał chwilę aby odetchnąć i nacieszyć się wiosną która panowała wkoło. Cały czas rozglądał się podziwiając wiosnę i jej cuda. Słyszał wiele zwierząt i omal nie zachwycił się w stojącym przed nim stworzeniem. Szara, niepozorna króliczyna stanęła przed Horusem strzygąc swe długie uszyska. Pies zerknął na zwierzę i mimo głodu który w nim narastał odrzucił myśl o rzuceniu się na królika. Nie miał zamiaru zabijać tego pięknego zwierzęcia. Ominął królika i ruszył swoim kochanym, wolnym krokiem. Stanął jak wryty gdy zobaczył że następne, tym razem białe zwierzątko wlepia w niego swoje czerwone ślepia. Zdziwiony ruszył truchtem. Czuł się obserwowany. Pies zaśmiał się w duchu i zerknął na zwierzątka. Czekaj, Horus, zwolnij ... od kiedy króliki mają szereg białych zębów ? Pies kiedy zauważył ten fakt już był otoczony przez żądne krwi i szczerzące się do niego kulki futra. Pies gwałtownie się zjeżył i przybrał agresywną postawę.
- Odsuńcie się albo ... - nie zdążył dokończyć groźby gdyż królik wgryzł się w jego grzbiet. Horus poczuł piekący ból i czuł jak zwierzę wyrywa mu futro aby dostać się do skóry i mocniej się w nią wgryźć. Od razu zareagowały inne króliki zbliżając się w stronę owczarka. Pies zaczął się rzucać i ocierać o drzewo, jednakże dopiero gdy ściągnął królika zębami ten odpuścił i zaczął biegać wokół psa. Niczym grom z jasnego nieba z pobliskich gąszczy wyskoczyły dwa psy. Kilkoma celnymi strzałami pozbawiły życia większość krwiożerczych potworów. Gdy uporały się z zadaniem przeciągle gwizdnęły i zza drzew wyłonił się mały powóz. Czarny koń podszedł do psa i cicho parsknął.
- Ej, żyjesz ? - zawołał czekoladowy brytan ładując na wóz martwe zwierzęta - Może pomożesz ?
Horus szybko się ocknął i telekinezą zaczął pomagać dwóm psom. Szybko uporali się z około dwudziestoma martwymi truchłami.
- Tak w ogóle, jesteśmy drużyną przeciwko lagomorfom - zawołał biały pies siedzący na tyle przyczepy - Zabijemy te miłe zwierzątka. Pacos jestem, ten drugi to Trot.
- Horus - cicho odparł. Średnio znał te psy, ale wydawały się miłe - Wielkie dzięki za pomoc. Pożarłby by mnie tam.
Psy uśmiechnęły się i tajemniczo na siebie zerknęły.
- Nie brzydzi cię to ? - zawołał Pacos, szczerząc się i biorąc wybebeszonego królika.
Horus pokiwał głową i podniósł jedną brew.
- Nic a nic ... - zaśmiał się Trot i dodał poważniejszym tonem - Na ten widok większość miastowych psów się wzdryga lub odwraca wzrok. Co ty na to aby zasilić nasze szeregi ?
- Nie wyrabiamy, te ataki za często się powtarzają - dodał czekoladowy pies - Jest tylko taki jeden oddział na dosyć spory teren.
Pies zastanowił się chwilę. Ciekawa fucha ... Przynajmniej nudzić się nie będzie. Potwierdził i już siedział na wozie obok dwóch psów. Koń, jak już się wcześniej dowiedział, był dawnym koniem wyścigowym i jeszcze ma to ,,coś". Ta historia przepełniona gestykulacją obu psów nie za bardzo go zainteresowała, aczkolwiek widział starego konia w innym świetle. Wystawił łeb do góry i głęboko wciągnął powietrze. Czas zapolować na królika.


Oskar... dołączasz do naszej brygady ? ;D Podobno w planach miałeś :>


| 523 słów → 25೧ | Zadanie → 50೧ i 1K |

30.03.2018

Horus | Wróg wśród nas cz. II

To opowiadanie jest taką jakby kontynuacją misji od Agnes :)

W myślach przeklinał samego siebie. Jak mógł być tak głupi ? A jeśli się przesłyszał ? Te myśli przechodziły ciągle przez głowę psa, nie dając mu chwili odpoczynku. Podniósł głowę do góry i zerknął na wóz znikający za zakrętem. Musiał trzymać odległość, inaczej łatwo by się zdradził. Może nie był mistrzem szpiegostwa, aczkolwiek podstawy ogarniał. Zauważył jak krzak niezmiernie się poruszył. Co to mogło być ? Skoczył za potężny pień drzewa i skulił się w jego cieniu. Oby nikt go nie zauważył ... Dwa psy wyszły z lasu rozglądając się. Ubrane były w skórzane napierśniki, dzierżyły dwa miecze po swoich bokach. Tak, czujki. Jak mógł zapomnieć ? Westchnął i przybrał postawę łowiecką. Raz psu śmierć, najwyżej skończy jako debil rzucający się na uzbrojone psy. Ku chwale Jutrzenki ! Rzucił się na jednego psa i chwycił go za kark, mocno szarpiąc. Element zaskoczenia zadziałał. Zanim zdążył wyciągnąć miecz, pies już trzymał go za gardło. Jednym kłapnięciem zmiażdżył mu tchawicę. Odrzucił jego drgające truchło na bok i skierował się w stronę drugiego osobnika. Drugi owczarek widząc martwego towarzysza próbował się wycofać, jednak Horus stanął przed nim i zagrodził drogę.
- Widzisz, przyjacielu - warknął, otrzepując pysk z krwi łapami - Stoisz przed psem, złym psem. Psem, który bez żadnych skrupułów zagryzł twojego przyjaciela. Co ty na to, że teraz uciekniesz i już nie wrócisz ?
Żelastwo drgało, gdy szary pies utrzymywał go telekinezą. Nastąpiła chwila ciszy. Zaraz potem rozległ się brzdęk metalu i pies ruszył biegiem nie odwracając się za siebie. Prychnął i machnął ogonem. Tchórz. Smętnie spojrzał na martwego psa, leżącego pod drzewem. Oczy miał otwarte jakby jeszcze przed chwilą żył. W sumie żył. Znów zabijał ? Czemu ? Bo tak było łatwiej ? Musisz przestać, często pouczał siebie, jednak podczas walki instynktem rzucał się w stronę szyi. Lata ulicy nauczyły go, że albo oni zabiją ciebie, albo ty ich. Prosta, a jakże prawdziwa zasada. Będzie miał spokój na kilka godzin, dopóki nie odkryją że ich czujki przepadły.Wolnym krokiem ruszył w stronę obozu. Czuł pieczone mięso i woń przypraw, która napływała do niego z północy. Ostatnie promienie słońca zachodziły na niebie, ściemniając horyzont.

Gdy pierwsze gwiazdy zabłysnęły na niebie, zerknąłem na obóz. W głowie miałem prosty plan, jednakże miałem problem z pewnym psem chodzącym w kółko. Był to czarny, masywny brytan. Ciągle na kogoś krzyczał, rzucał obelgi na każdego i wszystko i chodził w kółko. Horus zmarszczył brwi. Jak się go pozbyć ? Znów ma sięgnąć po zasady z ulicy ? Dobrym szpiegiem nie był, ale wojownikiem znakomitym. Mimo że pies był trochę większy, jednak bez problemowo dał by sobie z nim radę. Był wolny i niezdarny, trochę starszy od owczarka. Poczeka sekundę. Nie będzie atakował pochopnie, przewaga liczebna była mocno widoczna. Około dwudziestu psów, a on bez broni siedzący w krzakach. 

Czarny pies zastygł w bezruchu i rozejrzał się wokoło. Oddalił się kilka metrów za obóz, aby zaspokoić swoje potrzeby. Znalazł odpowiednie drzewo i odetchnął z ulgą. Cały dzisiejszy dzień był masakrą. Jakiś pies stwierdził że jakiś strażnik wypytał się go o głupie rzeczy. W dodatku jakaś suka zatrudniona jako pseudo-szpieg natrafiła na nich. Na szczęście była w lochu. Podczas przemyśleń nie zauważył dwóch brązowych oczu, które wpatrują się w niego od kilku minut. Dostrzegł je w momencie gdy ogromna, kremowo-biała kupa futra była w powietrzu z pazurami wcelowanymi w niego. Szybko się odsunął, jednak atakujący owczarek przewidział to. Gładko wylądował obok i odbił się z energią skoku. Brytan przybrał postawę obronną, jednakże oba psy potoczyły się i uderzyły o drzewo.
- Czemu to robisz ..? - wydusił z siebie kiedy border przycisnął go do ziemi.
Pies chwilę się zamyślił nie puszczając owczarka.
- Sfora Iskry, tak ? - wysyczał przez zęby - Widziałem plan zamachu na przywódczynię Morrigan. Natknąłem się na ten papier chwilę temu, gdy ruszyłem za tobą w las. Tam gdzie król chodzi bez obstawy, tak ? 
Owczarek zaśmiał się z tego, jednak czarny pies mocno się przeraził. Jeśli te plany wyjdą na jaw, cały plan spali na panewce .... Przywódca wyrwie mu całe futro.
- Co teraz ? - wyksztusił z siebie - Chyba mnie nie zabijesz, prawda ?
- Czemu nie ?
Usłyszał głośne stęknięcie i poczuł piekący ból na szyi. Starał się zareagować, jednak nieznajomy wojownik kąsał go gdzie popadnie. Zasłaniał się łapami, jednak przeciwnik był bezlitosny. Poczuł jak zapada się w ciemną głębie, i z niej nie wraca.
- Kolejny ... - border zauważył i smętnie ruszył w stronę obozu. Powinien się dostać do jego namiotu bez zbędnych problemów.

Namiot z całą pewnością nie był od dawna sprzątany. Czuć było woń wina i gorzałki. Horus zmarszczył nos. Lubił sobie czasami popić, ale bez przesady. Otworzył swoją sakwę i zaczął ładować wszystko co popadło. Karki, plany, mapy listy a nawet koperty. Zagarniał wszystko z biurka, z szafek a nawet jakieś stemplowane depesze spod cuchnącego łóżka. Tak, ten pies nie miał pojęcia o kryjówkach. Gdy torba była zapełniona, energicznie ruszył w stronę wyjścia. Musiał odczekać chwilę aż wszyscy wyjdą, jednak usłyszał jakiś krzyk. I nie należał on do psa, raczej do suczki. Odwrócił się w tym kierunku i zauważył kamienną budowlę z dwóma psami stojącymi przed jej wejściem. Coś, a raczej ktoś jęczało, w dwa psy rzucały w kogoś, lub to coś wyzwiska. Westchnąłem. Może to jakaś księżniczka w opałach ? Zerknąłem na dwa psy, które nie wyglądały zbyt mężnie. Jeden przysypiał, gdy drugi opierał się o włócznie i zerkał na tego drugiego. Eh. Nie mogł ich zabić. Ściągnąłby na siebie całą uwagę tego zbiorowiska. I tak cud, że jeszcze go nikt nie zauważył, ani nie wyczuł jego zapachu. Ruszył pewnym krokiem i mężnie prostując pierś podszedł do psa. Ten się przestraszył, jednak zaraz spojrzał na niego podejrzliwie.
- Coś ty za jeden ? - rzucił.
- Nowy wojowik.
- Naprawdę ? A ja myślę że szpieg.
Horus westchnął.
- Chcesz się przekonać ? Wątpie aby szpieg z tej sfory słabości umiał walczyć tak dobrze jak pies wychowany i trenowany w górach ojczyzny Iskry.
- Czego chcesz ? - wydusił z siebie. Nabrał do tego drugiego szacunku, gdy tylko pokazał swoją siłę.
- Więźnia - warknął wysokim tonem - Mam się go pozbyć.
Kundel go przepuścił, a owczarek walił się w łeb, co by się stało, gdyby się nie udało.
Przeszedł obok pustych cel i natrafił na swój cel.
- Kim jesteś, jak przyszedłeś się mnie pozbyć, to będziesz musiał walczyć - głos z środka należał do suczki. Siedziała najeżona w kącie.
- Ej, jesteś poborowym szpiegiem ? - szepnąłem wystawiając pysk przez kraty. Miałem nadzieję że suczka powie tak, i razem stąd uciekną.
Zaraz pożałował. Suka z prędkością światła rzuciła się na bordera i poharatała mi pysk. Wróciła na bezpieczną pozycję i wpatrywała się w niego świecącymi w ciemności oczami.
- Chcesz mnie zabić, tak ? - warknęła z wściekłością. Co musiała przejść, aby tak nie ufać innym ? Pies tego nie wiedział, ale wziął klucze i otworzył kraty. Raz psu śmierć ! Wszedł do klatki i usiadł na środku. Nie miał zamiaru walczyć z suczką, nie miał powodu do walki. Nie licząc podrapanego pyska. Była odziana w szary płaszcz, identyczne dawali nowym szpiegom.
- Wiem że jesteś szpiegiem, tak jak ja - rzuciłem ostro - I czy tego chcesz, czy nie, musimy stąd uciec. Tak w ogóle co z twoją łapą ? Nie wygląda dobrze.
Łapa wyglądała okropnie. Była rozcięta i sączyła się z niej ropa.
- Nadal czekam na odpowiedź - warknąłem - Jeśli chcesz, to sobie pójdę. Mam listy i depesze które chciałem zdobyć. Teraz wymknę się z obozu i zapomnę o całej sprawie myśląc jak mnie uhonorują w Lapsae. 
Ciemne oczy suczki nadal się we mnie wpatrywały.

Wow, rozpisałam się xd Zrobiłam z biednego Horusa mordercę, czemu ;-; Miał być miły.

| 1258 słów → 60೧ + 10೧ | Zadanie → 50೧ i 1K | Walka → 10 PU |