19.01.2019

Od Commodusa cd. Yasmin

Byłem totalnie zdezorientowany. Pamiętałem z tego wszystkiego tylko główny zarys sytuacji. Wiem, że biegłem jeszcze przed chwilą z Yasmin, uciekaliśmy. Przed kim? Tego pewnie nie wiedziała nawet ona. Jeszcze słyszałem w głowie jej ponaglający głos, piski, gdy została schwytana. To był ten moment, kiedy zatrzymałem się. Nie uciekałem dalej. Odwróciłem się tylko w stronę kilku potężnych psów. Kiedy zobaczyłem, jak osunęła się na ziemię, gdy jeden z nich uderzył ją, coś we mnie zawrzało. Rzuciłem się za psa, chwytając go zębami za gardło. Jednak był dużo masywniejszy, a poza tym byli z nim inni, którzy odciągali mnie od niego przegryzając zębami moją skórę. Wkrótce i ja straciłem przytomność. Możliwe, że również oberwałem po łbie, bo zaraz po przebudzeniu męczył mnie okropny ból głowy. Jakiś czas byłem całkiem otumaniony, nie wiedziałem co dzieje się wokół mnie. Otworzyłem oczy, ale zaraz potem zamknąłem je sycząc z bólu. Wydawało mi się, że słyszę jakiś głos, ale był całkiem niewyraźny. Po jakimś czasie powoli zaczynałem rozumieć, gdzie jestem i co się dzieje. Jechaliśmy, chyba na jakimś dużym wozie. Z przodu powoziły prawdopodobnie te same psy, które wcześniej porwały mnie i Yas. Miałem związane kończyny, nie potrafiłem poruszyć ani jedną z łap. Nie miałem pojęcia, gdzie byliśmy. Z początku moje oczy były w stanie dostrzec jedynie kilka kolorowych plam, z czasem jakość mojego wzroku znacznie się jednak poprawił. Tereny wyglądały mi całkiem obco, z pewnością nigdy przedtem moja łapa tu nie zawitała. Zimny wiatr, to pierwsze co moje odrętwiałe ciało było w stanie poczuć po odzyskaniu przytomności. Zaraz potem poczułem jeszcze, że leżę na czymś miękkim, chroniło mnie to przed mrozem i było całkiem wygodne. Obróciłem głowę i ujrzałem pod sobą Yasmin. Zawstydziłem się nieco, nie miałem pojęcia dlaczego tak wyszło. Z pewnością oni musieli położyć mnie na Yas, niezbyt zważając na naszą wygodę. Sturlałem się więc na bok, kładąc się obok niej.
- Yasmin...żyjesz? - odezwałem się słabym głosem, patrząc prosto w oczy czarno-białej suczki. Ta tylko przytaknęła lekko głową i odwróciła wzrok. Wyglądało na to, że także była obolała. Pisnęła kilka razy z bólu, próbując wyszarpać łapę z pomiędzy skrępowanych lin. Psy kierujące powozem na czele rozmawiały głośno, czasem wybuchając śmiechem. W powietrzu unosił się zapach jedzenia, prawdopodobnie jedli. Wówczas poczułem silny skurcz żołądka, który mógł wskazywać jedynie na głód. Caiusie, czy to jedyne o czym myślisz w chwili kiedy jesteś skrępowany liną, a w dodatku uprowadzony? I jeszcze wpakowałem w to biedną Yasmin. Byłem na siebie zły, ale wiedziałem że trzeba zacząć działać zamiast rozmyślać. Tylko co tu zrobić, kiedy nie można nawet poruszyć łapą, a powóz pędzi wśród całkiem obco wyglądających terenów? Rozmyślając tak, wpadłem na znakomity pomysł. Zamknąłem oczy i skupiłem się najbardziej, jak tylko byłem w stanie, na swoich łapach. Już po zaledwie kilku sekundach zaczęły one płonąć, nieśmiałym z początku płomieniem. Chwilę potem płonęły już sznury, a ja starałem się nie podpalić niczego, gasząc natychmiast iskry spadające na wóz. Ukrywałem ten fakt przed psami, odwracając łapy tak, aby nie były w stanie dojrzeć ognia. Tylko Yas patrzyła na mnie z początku z przerażeniem, z czasem przerodziło się ono z zdumienie i nadzieję. W końcu sznury spadły z moich łap na glebę, paląc się dalej. Pospiesznie począłem rozszarpywać zębami wszystkie liny krępujące ciało suczki. Udało się. Byliśmy poniekąd wolni. No tak, poniekąd. W końcu nie wiedzieliśmy nawet gdzie dokładnie się znajdujemy. Hm, miejsce w którym gościł aktualnie nasz wóz przypominał raczej coraz to gęstszy las. Iglaki haczyły gałęźmi o elementy wozu, stukając czasami weń głośno. Ścieżka była okropnie wąska i wątpię, aby była często używana.
- Nie możemy teraz uciec. - szepnęła zawiedziona Yas - Nie mielibyśmy gdzie się schować, gdy oni zaczęliby nas gonić. A zauważyliby naszą ucieczkę z pewnością prędko. - dodała.
- Wiem, Yas. Dlatego musimy po prostu cierpliwie poczekać. Być może... - tu przerwałem chwilowo, ponieważ rozmowy na przodzie ucichły i psy wyraźnie nam się przysłuchiwały. Jednak szybko postanowili nie zawracać sobie nami na szczęście głowy i znów usłyszeliśmy pogodne rozmowy - Być może, że będziemy przejeżdżać przez miasteczko. Tam moglibyśmy szybko się schować, a potem po prostu zapytać mieszkańców o drogę, czy coś. - odparłem niepewnym głosem. Yasmin westchnęła tylko, rozglądając się bacznie po okolicy. Gdybym leżał tu teraz sam, mógłbym podpalić wóz. Wtedy i oni by ucierpieli, ale nie obchodziłoby mnie to ani trochę. Ale nie mogłem narazić suczki na obrażenia czy też wolną śmierć. W każdym razie czułem, że nie mogę narazić jej na ból i muszę ją uratować. A przy okazji także uratować siebie samego... Spojrzałem w dół. Wóz okazał się naprawdę wysoki i niebezpieczne mogło okazać się zeskoczyć stąd w tak dużym tempie. Pustka w głowie. Jedna wielka masakra. No cóż, zostało nam czekać na dogodny moment. Okazało się, że zaraz po wyjechaniu z wielkiego iglastego lasu przejeżdżaliśmy przez małe miasteczko. Moje oczy zabłyszczały nagle, wpadłem na kolejny pomysł. Uznałem to za jedyne słuszne rozwiązanie. Kiedy znaleźliśmy się już wśród tłumu psów zebranych na placu na rodzaj małego rynku, zwróciłem się szeptem do mojej towarzyski:
- Yasmin, nie ma innego wyjścia. Złap się zębami jednego końca liny, która tu leży, drugi będę trzymał ja. Powoli zejdziesz jak najniżej po ścianie wozu, potem puścisz linę. Spytaj ludzi którędy do Lapsae, czy Helecho. Ja sobie poradzę, a nawet jeśli nie to... - zobaczyłem niepewność w jej wzroku. Westchnąłem tylko cicho, ale zaraz ożywiłem się do działania. Po chwili suczka stała już pod wozem, zostając z tyłu i patrząc się na mnie moment. Psy raczej nie mogły zauważyć jej zniknięcia...gorzej, kiedy odwrócą się aby sobie na 'nas' popatrzeć. Mogę mieć chyba troszkę przerąbane...
Całkowicie nie mogłem rozpoznać okolicy. Czyżby przeprawili się z nami przez rzekę? To tu są jakieś mosty? Całkowicie nie wiedziałem jakim cudem znaleźliśmy się w dość odległych widocznie terenach, gdyż i Yas zdawała się nie wiedzieć gdzie jesteśmy. Dręczyło mnie oczywiście jeszcze jedno pytanie. Dlaczego oni to zrobili? Niemalże pewna zdawała mi się teraz moja śmierć. O ile numer z podpalaniem się nie uda oczywiście. Ale przecież tak potężny pojazd paliłby się zbyt długo, aby dosięgnąć ich niezauważalnie. Jechaliśmy właściwie nadal w głąb miasteczka, kręcąc się po jego ulicach. Chyba nikt z przechodniów nie dostrzegł mnie na tak wysokim wozie. Starałem się udawać nieprzytomnego, aby w razie czego móc po prostu powiedzieć, że nie maczałem łap w ucieczce towarzyszki. Chociaż możliwe, że wcześniej dostrzegli mnie przytomnego. Poza tym miałem już odwiązane łapy, co szybko starałem się zakryć liną, która pomogła Yas w ucieczce. Związałem ją na łapach byle jak, ponieważ wóz dziwnie zwolnił, a psy zaczęły krzyczeć coś do innych, stojących w dole. Wjechaliśmy przez bramę do jakiegoś ogrodu. Wyglądał całkiem bogato, choć okropnie mdło. Tak samo również pachniał. Gdzieniegdzie dostrzegałem źródło tego nastroju, pełno brudnoróżowych róż rosnących niekiedy to na krzewach, niekiedy osobno, na łodygach. Podjeżdżaliśmy pod zamek, wysoki i bardzo podobny do tego, który zamieszkuje Saul. Czyżby mieszkał tam ktoś podobnej rangi? Nie miałem pojęcia o co chodziło w tej całej sytuacji...

<Yasmin?>
1135 słów

12.01.2019

Od Morrigan cd. Od Xiaoyu

Sama nie wiem skąd u mnie ta decyzja. Pewnie to ostatnie wydarzenia. Straciłam rodzinę i perspektywa dania komuś domu była mi jakoś bliska. Ech... Morrigan nagle znalazła w sobie uczucia? Nie. Towarzyszyły mi już wcześniej. To Cerys pierwszy raz odczuła współczucie.
-Nikt cię nie chce? Widzę, że doskonale sobie sama radzisz, ale może zechcesz mi towarzyszyć? Będzie ci cieplej w karczmie. - zaproponowałam, a suczka pokiwała ochoczo łepkiem i podeszła do mnie ufnie. Mała, futrzasta kulka wpatrywała się we mnie bez cienia strachu, nieco zadziornie.
Ruszyłam przed siebie, a ona podążyła za mną. Nie odzywałam się do niej, układałam wszystko w myślach. Tak, chciałam jej dać dom, ale nie wiem, czy Obóz to dobre miejsce na wychowywanie szczenięcia. Może powinnam przetrzymać ją gdzieś aż nie skończy roku i dopiero wprowadzić ją w środowisko? Jest może w drugim, trzecim kwartale życia, pierwsze urodziny już niebawem, ale nie mam nikogo, kto zająłby się szczenięciem. Nawet Oscar i Lady mają teraz na głowie młodego. Przez ten czas zdążyłyśmy dojść do karczmy. Nie zatrzymywałam się, poszłam prosto do baru i zamówiłam pokój. Karczmarz wprowadził nas na piętro, do schludnej kwatery z nieszczelnym oknem. Nie narzekałam. Najczęściej spałam pod gwiazdami, więc jak dla mnie to i tak spory komfort. Posłanie było czyste i prawdopodobnie nie zapchlone, więc to już coś. Mała ochoczo wskoczyła na niskie łóżko i kilka razy spróbowała się odbić od lnianej poduchy wypchanej gęsim pierzem. Przypatrywałam się temu i przyłapałam się nawet na uśmiechu. Przecież przed kilkoma chwilami spała na ulicy, była sierotą, pewnie wiele przeszła, a jednak cieszy się tym żywotem.
-Jak ci na imię? - zapytałam w końcu, bo pytanie to dręczyło mnie już od dłuższego czasu.
-Xiaoyu. - przedstawiła się grzecznie.
-Świetnie. Mów mi... Cerys. - powiedziałam po sekundzie. To imię, ech... Czasem przypomina mi o tym, ile odebrały mi Żmije. Nawet moje imię.
Suczka przechyliła główkę. Przetwarzała przez sekundę, dwie, a potem znów podskoczyła, tym razem wyżej.
-Poczekaj tu grzecznie, a ja przyniosę ci coś do jedzenia. - poleciłam jej i wyszłam z pokoju.
Zeszłam schodami. Na parterze towarzystwo już się rozkręcało, więc wolałam, żeby Xia została u góry. Zamówiłam jakąś potrawkę, chyba z jagnięciny i szybko wróciłam. Wykorzystałam fakt, że karczmarz zajął się grupką po drugiej stronie baru i nie zauważył, że niosę jedzenie do nienagannie wręcz czystych pokojów. Pewnie nie byłby zadowolony, a jako Cerys nie mam immunitetu. Już w drzwiach powitały mnie wielkie szczenięce ślepia. Podstawiłam jej pod nos kolację, a ona bez słowa wzięła się do jedzenia. Tymczasem ja wyciągnęłam papiery z sakwy. Nic nadzwyczajnego, listy z potrzebnym wyposażeniem, pewnie nikt by nie zwrócił nawet na nie uwagi. Korespondencji Oriona nie brałam ze sobą. Nie ważne, czy zakodowane, czy nie. Jeżeli nie są potrzebne, nie biorę. Przeczytam wszystko jak wrócę...
W nocy trudno mi było zasnąć. Nie chodziło nawet o zimny wiatr, który bezczelnie wkradał się przez wadliwą konstrukcję okna. Zastanawiałam się co zrobić z Xiaoyu. Mała leżała obok mnie, przy mocniejszym podmuchu wiatru, wtuliła się we mnie i tak została. Nie śmiałam jej nawet ruszyć. W sumie, nie wiedziałam jak się zachować. To też mnie dręczyło. Nigdy nie będę dla niej jak matka. Mogę być co najwyżej opiekunką, może mentorką, jeżeli ze chce szkolić się w łowiectwie lub łucznictwie, ale matką? Nie... Wątpię. Chyba po prostu się do tego nie nadaję. Może dobrze, że... Ech...

Następnego dnia mała hasała wesoło u mojego boku, gdy szłyśmy ulicami Litore. Zatrzymałam się w końcu pod jednym z domów, który oczywiście należał do Rudzika. Zapukałam po raz kolejny, a tym razem pojawiła się w nich Lady. Wydawała się nieco zaskoczona, szczególnie, gdy zauważyła szczeniaka obok mnie.
-W czym... W czym mogę pomóc? - zapytała.
-Możemy wejść?
-Tak, tak, jasne! - otworzyła drzwi szerzej i cofnęła się, a ja weszłam powoli do środka.
Od razu przybiegł do nas szczeniak, którego widziałam poprzedniego dnia. Wesoło zamerdał ogonem i podszedł do Xiaoyu. Zawiązała się między nimi jakaś pogawędka, tymczasem ja gestem przywołałam Lady.
-Czy mogę ją u was zostawić? Góra kilka dni, muszę przygotować w Obozie miejsce, w którym będę ją mogła spokojnie zostawić. Jest twarda, to sierota, ale nie wiem, czy chcę żeby całą zimę spędziła w prostym namiocie. Chcę jej dać dzieciństwo, ale chyba nie jestem w stanie. - spojrzałam na czarną suczkę wyczekująco, z nutą smutku w głosie.

Xiaoyu? Lady?
| 703 słów → 35೧ |

Od Yasmine cd. Commodusa

Ledwo co udało uciec mi się spod czujnego wzroku ciemnego owczarka. Z tryumfalnym uśmiechem na pysku maszerowałam po rynku, tym samym oddalając się od Oscara i jego nowego znajomego. Przecież nie jestem szczenięciem, nie trzeba mnie niańczyć! Potrafię o siebie zadbać. Poprawiłam torbę i szary szal, tym samym ruszyłam na poszukiwanie przygody w miasteczku.

Spojrzałam się na psa lekko zaskoczona, w miłym tego słowa znaczeniu. Również odpowiedziałam uśmiechem czekoladowemu owczarkowi i przez chwilę zastanowiłam się nad odpowiedzą. Czemu nie? W końcu wypada poznać kogoś nowego, a pies przede mną wydawał się idealnym kandydatem do nocnych wędrówek.
- Wiesz, że także ratujesz mnie od nudy? Z miłą chęcią spędzę z tobą dzisiejszy wieczór, Caius. W sumie w Litore jest wiele ciekawych rzeczy, ale ostatnimi czasy dużo psów tu przywędrowało. Strasznie tu gwarno... Łapy nie można nigdzie postawić nie obawiając się, że nagle nie znajdziesz się pod kołami dorożki lub łapami innych tobie podobnych stworzeń. Co powiesz na małe wyjście z miasta?
- Nie mam nic przeciwko, ruszajmy więc - powiedział ochoczo i poderwał się z miejsca.
Coraz bardziej podobał mi się jego entuzjazm. Z szerokim uśmiechem na pysku zrównałam kroki z samcem i po chwili razem przedzieraliśmy się przez tłum psów do głównej bramy. Zdarzało mi się zerknąć na psa z ukosa. Dobrze zbudowany owczarek o brązowo białym umaszczeniu, dość hardo stawiający kroki. Z jednej strony przypominał mi Horusa, wręcz miał identyczny wyraz pyska i bardzo podobny chód. Przez sekundę próbowałam rozkminić czy aby Horus na pewno nie ma rodziny, ale końcowo stwierdziłam iż to jedynie kwestia rasy. Przez moje ciało przeszły ciarki, na myśl o jego ostatnim wyczynie. W gardle pojawiła się wielka gula a ja sama prawie się potknęłam. Głupi, głupi idiota. Przez chwilę wpatrywałam się w swoje łapy i w końcu skierowałam spojrzenie na owczarka i skupiłam na nim całą swoją uwagę.
- Coś się stało? - zapytał Caius i lekko zwolnił, pozwalając abym go lekko wyprzedziła. Ponownie zrównałam z nim krok i zdziwiona wlepiłam w niego swoje spojrzenie.
- Nie, nic. Czemu tak sądzisz?
- Miałaś jakiś dziwny wyraz pyska
- A, tak. Myślałam nad czymś - odpowiedziałam, a na moim pysku pojawił się jasny rogal - Głupio to wyglądało?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo - odpowiedział a ja w udawanej złości delikatnie uderzyłam go łapą w bark. Po chwili wybuchłam śmiechem i zaraz potem pies także do mnie dołączył.
- Jesteśmy! - pies odwrócił moją uwagę i przeszedł przez bogato zdobione filary. Pokrywały je płaskorzeźby o morskiej tematyce, jeśli się nie mylę to właśnie tu jest ulubione miejsce Lady do przesiadywania. W spokojniejsze dni nie ma tu prawie nikogo. Widziałam, jak Caius ogląda rzeźby a potem zachęcająco kiwa łbem. Szybko ruszyłam w jego stronę, w tych okolicach nie było już prawie w ogóle tłumów. Uradowana przeszłam parę metrów, aby po chwili dotknąć łapami wilgotnej trawy.
- Co robimy?
- Może się przejdziemy? Zapowiada się pogodna noc.

W końcu weszliśmy na rozległą plaże. Ciemne niebo oświetlał jedynie księżyc i gdzieniegdzie można było dostrzec prześwitujące wśród chmur gwiazdy. Zerknęłam na psa, ale ten wpatrzony był w podniebny spektakl. Przewróciłam oczami. Okej, każdego czasem brało na przemyślenia, ale mnie w tej chwili nie bardzo. Za dużo wrażeń jak na ostatnie kilka dni. Rozglądnęłam się po terenie, odetchnęłam zaniepokojona obecnością dwóch psów dość blisko nas. Niby szły całkiem normalnie, ale widziałam, jak kierowały na nas swój wzrok. Czyżby znowu moje "widzimisie"? Oj,  Yasmine, przestań... I w tym momencie instynkt zareagował szybciej niż logiczne myślenie. Na gwałtowny ruch ze strony nieznajomych moje ciało gwałtownie odskoczyło w bok i samoistnie zaczęło biec. Kątem oka widziałam, jak Caius także się rozpędza i już po chwili znajduje się obok mnie. Za nami dwójka najprawdopodobniej uzbrojonych psów, przełknęłam ślinę. Moje łapy uderzały o paiskowe podłoże z wyraźną przewagą, ale w momencie kiedy tylko wyjdziemy na śnieg będę wolniejsza.
- Gdzie biegniemy? - zapytałam głośno oddychając. Z mojego pyska wydobywał się kłębek pary.
- Do lasu! Szybko! - powiedział pies i wyprzedzając mnie, zaczął torować drogę w śniegu.
- Caius, szybciej, oni nas doganiają - darłam się na psa, gdy ten lekko zwolnił między drzewami.
W pewnym momencie poczułam, jak coś rzuca się na mnie i przestraszona odskoczyłam wprost na jakąś sieć. Zaczęłam się miotać i kłapać zębami w powietrzu, ale jedynym efektem było jeszcze większe zaplątanie się. W końcu zmęczona położyłam łeb na śniegu i nerwowo odetchnęłam, kiedy przy mnie pojawił się jakiś pies. Podszedł i prosto z mostu uderzył łapą w łeb. Próbowałam się obronić, ale jedyne co zobaczyłam to otaczający mnie mrok. Przez myśl przebiegł mi jeszcze Caius i jego aktualne losy.

Obudziłam się i zdałam sobie sprawę, że coś na mnie leży. A raczej ktoś. Głębiej odetchnęłam Spróbowałam skojarzyć fakty, gdzie się znajduję i co tutaj robię. Dopiero po chwili wszystkie wspomnienia wróciły, przechadzka na plaże, dwa psy i dziki bieg po leśnym podszyciu. Oprócz małej migreny, to mogłabym powiedzieć, że w ogóle nie odczuwałam skutków wczorajszej eskapady. Potrząsnęłam łbem i wydałam z siebie jęk, gdy zobaczyłam że mam związane łapy i najprawdopodobniej leżę na jakimś wozie, który jedzie, Z przodu pojazdu dało się słyszeć jakieś radosne rozmowy kilku psów.
- Halo? Cauis? - zapytałam cicho i spróbowałam zrzucić z siebie być może nieprzytomnego psa.

Cauis? 
A ktoś ich porwał xD
| 840 słów → 40೧ |

11.01.2019

Od Oscara cd. Voodoo

Spojrzałem ze zniecierpliwieniem na Yasmin. Włóczyła się za mną, niosąc swoją torbę i głośno narzekając na głęboki śnieg, przez który szliśmy.
-Nie mogłeś wybrać jakiejś wydeptanej drogi? Przecież ja się tutaj zaraz zapadnę! - wykrzyczała, podnosząc wysoko łapy.
-Nie przesadzaj, nie jesteś ode mnie wiele niższa, a ja sobie radzę. - prychnąłem i uśmiechnąłem się do niej.
Po co ją targam przez zaspy? Chyba zostałem kurierem bo dostałem kolejne zlecenie na zakupy na rynku w Lapsae. Jeszcze trochę i zaczną się zastanawiać czy nie zostaję jakimś alchemikiem, bo to znów składniki eliksirów. Chyba postanowili wyposażyć się w broń chemiczną, czy coś w tym rodzaju, bo to niemalże same toksyczne i potencjalnie niebezpieczne roślinki. Ale cóż. Postanowiłem zabrać ze sobą Yas, niech się trochę zrehabilituje w oczach Cerys, bo przecież była tak blisko dostania się do Oriona. Wystarczyłoby żeby była w stanie podnieść łuk i strzelić... Eh.
-Chodź, chodź, bo zaraz ci łapy odmarzną. Niedaleko jest główna droga, tam jest już mniej śniegu.
Pobudzona tą wiadomością suczka, wykonała kilka susów i się ze mną wyrównała.
-Gdzie? Nic nie widzę! Tylko śnieg. I drzewa. I kamienie. I tego rudego... - zaczęła wymieniać.
-Rudego, co? - zdziwiłem się, ale po chwili zrozumiałem, że miała na myśli psa, który hasał wesoło po ścieżce za drzewami.
-Kryć się? - zapytała niezbyt dyskretnie.
-Czemu? Przecież po prostu idziemy do stolicy. - odpowiedziałem równie głośno.
Zauważył nas i widocznie przyjaźnie nastawiony, ruszył w naszą stronę. Zatrzymałem się, a Yasmin zrobiła to samo.
-Witajcie, mam na imię Voodoo. Wiecie może, co to za miejsce? - odezwał się wesołym tonem.
-Las, jak mniemam. - odparłem i ruszyłem kilka kroków, a Yas parsknęła.
-Och, doprawdy? Dziękuję za oświecenie miły panie. - odpowiedział pies zadziornie i skoczył, by zastąpić mi drogę.
-Tak. Zwyczajny las. Tam jest droga do stolicy, a my idziemy z Litore. Jesteś tutaj nowy? - tym razem byłem milszy, co zadowoliła rudego.
-Yhm. Niedawno mnie przyprowadzili. Wy też jesteście z Ziemi?
-Tak. Jestem Oscar, a ta istotka z tyłu to Yasmin.
-Miło mi. - ukłonił się grzecznie w patrząc na suczkę, która rozpaczliwie próbowała pozbyć się grudek śniegu z sierści.
-Możemy już iść do Lapsae? Mam dość zimna. Idźmy do karczmy! - zaproponowała wesoło.
-O nie, nie, nie... Idziemy kupić zioła na rynku i nic poza tym. - odpowiedziałem stanowczo.
Brakuje mi tylko nieprzytomnej Yasmin, którą trzeba będzie zgarniać ze stolicy.
-A, to szkoda. Myślałem, że się ze mną rozejrzycie. Na razie mieszkam w jaskini, ale wolałbym raczej zamieszkać w mieście.
-Spokojnie, możesz z nami iść i zastanowimy się na miejscu. - zaproponowałem, a on skwapliwie pokiwał głową.
-W drogę! - zarządziła Yasmin i skacząc jak sarenka ruszyła przed siebie.
Zatrzymała się po chwili, odwróciła i spojrzała na mnie zdezorientowana.
-Too... Gdzie ta droga? - zapytała z lekkim uśmiechem.


Po kilkunastu minutach byliśmy już mieście. Znów ten gwar, przekrzykiwania się kupców i oczywiście kuszący zapach dymu, dobywający się z karczmy. Nie. Jest nam zimno, ale muszę pilnować Yas. Szła u mojego boku i rozglądała się ciekawsko. Nie  odezwała się słowem nawet, gdy mijaliśmy karczmę. Za to Voodoo był znacznie bardziej rozgadany. Zdążyłem się dowiedzieć, że jest bezrobotny, ale fascynuje go magia i będzie się jej uczył, że zdarzyło mu się już porazić prądem zająca, więc sądzi, że elektryczność to jego moc, że miał mnóstwo rodzeństwa i że był sportowcem. Coś jeszcze? Z pewnością. On gadał, a ja szedłem w milczeniu, co jakiś czas grzecznie potakując. Gadał nawet kiedy targowałem się z kupcem. Skoro już o targowaniu mowa... Gdy tylko odszedłem od stoiska zauważyłem, że Yasmin nie ma w okolicy.
-Wu.. Łudu... Ech, Dusiek! Gdzie Yasmin? - zapytałem zaniepokojony.
-Co? - zamrugał zdezorientowany.
-Ech... Polazła. Dobraa. Nie będę jej pilnował jak małolata. Może da sobie radę, nie będę jej szukał. Pójdziemy potem do karczmy i może ją znajdziemy... Czego potrzebujesz Voodoo? Może poszukasz mieszkania w stolicy? - zaproponowałem.

Voodoo?
| 620 słów → 30೧ |

10.01.2019

Od Commodusa c.d. Voodoo

Zdążyło minąć już kilka dni, od kiedy przybyłem do Eos, wprowadziłem się do nowego mieszkania w samym centrum Litore i poznałem Oscara oraz Yasmin. To wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka, tak prędko, że nawet ja nie byłem w stanie określić, kiedy zdążyłem przywyknąć do nowej atmosfery, wszechobecnej magii i tym podobnych. Nauczyłem się w końcu używać udolnie telekinezy, poniekąd ogarnąłem także moje moce, choć nad tym chciałbym jeszcze popracować i to niemało. Hm, ten czas rzeczywiście bardzo szybko mi zleciał także w nowym towarzystwie! Ciągle poznaję kogoś nowego i podoba mi się to, w końcu życie w mieszkaniu z ludźmi nie sprzyjało zbytnio zapoznawaniu się z nowymi osobnikami. Brakowało mi tego, ale odkryłem w sobie ten towarzyski i charyzmatyczny charakter dopiero, gdy trafiłem tutaj. Zapoznawanie się z psami szło mi całkiem nieźle, zauważyłem w sobie pierwszą z pozytywnych cech - odwagę. Tak, może to nieco dziwne, ale uważałem wcześniej, że jestem po prostu cały do kitu. Życie lubi jednak jak widać zaskakiwać nawet totalnych pechowców, jakim byłem ja.
Lecz teraz nie chciałem myśleć nad tym wszystkim. Siedziałem spokojnie na drewnianym krześle w swojej pracowni, z której okna mogłem swobodnie obserwować nocny księżyc. Dachy niezbyt wysokich budynków w centrum miasta na szczęście nie zasłaniały mi tego pięknego widoku. Dzisiaj wydawał się on o wiele większy, do tego pokazał się nam w całej okazałości. Pełnia biła białym światłem prosto na głowy pojedynczych psów wracających do domów lub zataczających się pijanych gości któregoś z baru. Mimo późnej pory, ulice Litore pozostawały ciągle ruchliwe, chociaż wcale nie przechodziło tędy teraz zbyt wiele psów. Chaos i zamieszanie mogły nadawać krzyki psów pchających się od budynku do budynku. Większość z nich szukała zapewne coraz to kolejnych imprez i zabaw. Od razu ciśnie się na myśl pytanie, dlaczego nie jestem wśród nich... Cóż. Każdy ma prawo po prostu czasami nie być w dogodnym nastroju na zabawę. Tym bardziej, że emocje tego wieczora targały mną niemiłosiernie, miałem ochotę tylko myśleć. Wystawiłem głowę na zewnątrz, nie zwracając już zbytniej uwagi na to, co dzieje się w dole. To wszystko tylko psuło moją harmonię, która wisiała zaraz nad chaosem ulic Litore. Moją uwagę więc przykuwało od teraz wyłącznie niebo. Granatowy jego odcień wchodził w błękit, ze względu na dość jasną noc spowodowaną właśnie pełnią krągłego i wzdętego niczym piłka księżyca. Zdawał się obserwować wszystko dookoła, tak samo jak ja, puszczając mi tylko niekiedy oko wyraźnie widocznym, przysłanianym od czasu do czasu dużym i ciemnym kraterem na jego powierzchni. Czarne, ale mocno prześwitujące obłoczki tańczyły między gwiazdami, często zasłaniając je całkowicie lub tylko częściowo. Chmurki wydawały się mi zaś rozbitkami na tratwie, kiedy to prądy morskie wzmacniają się wśród bezkresu otoczonego z każdej strony jedynie horyzontem. Prądami był w tym wypadku dość mocny wiatr, który wręcz targał nerwowo strzępiastymi kawałkami wielkiej jeszcze przed chwilą, nocnej chmury. Zerwał się tak niespodziewanie, że same obłoczki wydały świst zaskoczenia nagłym, wrogim gościem. Jednak tylko dzięki niemu można było chwilowo dostrzec maleńkie, jasne punkciki. Te wskazówki marynarzy, te, które mogą oznaczać szczęście lub wręcz przeciwnie - zapowiadały zły los. To nadawało im tak wiele sprzeczności, iż można było ich nienawidzić, ale można było je zarazem uwielbiać. Przypominają nam, że ten dzień ma się już ku końcowi, że jesteśmy jak co dzień, starsi niż wczoraj, że to o dzień bliżej do śmierci dla każdego stworzenia. Ale jednocześnie wspominają o naszych bliskich, którzy odeszli, lub są daleko od nas. Są przepiękne, tak cudne i wywołujące codziennie łzy w wielu zamyślonych duszach. Można porównać je również do swych ukochanych ślepi, gdy nie można patrzeć się w nie bez opamiętania, bo los nie pozwala. Kiedy to cały świat rzuca pod nogi potężne kłody, krzycząc 'skacz' i śmiejąc się złowrogo, sieje drogę do nich ostrymi cierniami. Wówczas spojrzysz w górę i przypomnisz sobie ten blask. Ten błysk pojawiający się w oku, za każdym razem, gdy tylko cię ujrzy. Czujesz się wtedy wspaniale, choć tak wiernie tęsknisz. I zaczynasz cieszyć się jak idiota, gapiąc się w gwiazdy. To sarkastyczne podsumowanie wywołało uśmiech na moim pysku. Koniec tego, bo jeszcze ktoś pomyśli, że z ciebie romantyk, Caiusie. A to nieprawda! Nieprawda! Zaśmiałem się głośno w stronę moich myśli i machnąłem łapą, odchodząc od okna. Uwielbiałem myśleć, ale czasami chciałbym po prostu nie móc tego robić.
Bowiem pomyślałem, że dobrze byłoby coś zjeść. No tak, ale jeżeli nie ma się w mieszkaniu nic do przekąszenia, a pobliskie jadłodajnie są zamknięte lub wręcz zalewają je fale coraz to kolejnych imprezowiczów... To wybiera się na polowanie. Jest do cholery środek nocy, a mi przypomniało się całkiem przypadkiem, że warto jednak byłoby chronić się przed przedwczesną śmiercią głodową. Narażam się na rozszarpanie przez jakieś dzikie bestie żyjące w Puszczy i jak na złość prowadzące pewnie nocny tryb życia. Cóż, jak robić głupoty to byle nie samemu. Zamyśliłem się, kto mógłby zgodzić się na polowanie w środku nocy. Najodpowiedniejszą do tego osobą byłby oczywiście Oscar, którego z pewnością nawet nie zdziwiłby ten pomysł. Z góry przewidując, że pies nie będzie miał czasu na polowanie, wybiłem sobie z głowy ten pomysł. No cóż, jeżeli niebyt zna się inne osoby odpowiednie do nieodpowiednich czynów, należy je poznać. Postanowiłem zrobić to już w Puszczy, może akurat ktoś także zrobił się nieco głodny. Pełen optymizmu i nieco ślepej nadziei, zamknąłem drzwi swojego mieszkania i wyleciałem na ulicę, pędząc za woźnicą. Ten na szczęście usłyszał moje krzyki, którymi zapewne obudzić zdołałem pół Litore, bo zatrzymał się na boku. Wskoczyłem w bryczkę od razu wciskając psu do łapy pieniądze.
- Do Puszczy, poproszę. - powiedziałem jakby nigdy nic. Woźnica patrzył na mnie chwilę niepewnym wzrokiem, całkiem zdziwiony moją decyzją. Rozmyślał pewnie nad moim zdrowiem psychicznym i stopniem obłąkania czy też nawiedzenia. W końcu jednak zdecydował się zawieźć mnie w miarę szybko tam, gdzie chciałem się znaleźć. Widocznie wywnioskował z mojej niecierpliwej postawy, że to jakaś ważna, nagła sytuacja. Śmieszyło mnie to nieco, no ale brnijmy w to dalej. Przynajmniej szybciej będę mógł zaspokoić głód i to nie byle resztkami i nie po dwóch godzinach czekania w kolejce, a teraz. Co prawda trzeba będzie się wiele więcej namęczyć, ale co mi tam, przecież znajdę sobie pewnie jakieś towarzystwo. Nawet jeśli nie, to używanie moich mocy szło mi sprawniej. Odkryłem, że mogę podpalać dosłownie wszystko. Problem mam jeszcze z gaszeniem, ale parę razy udało mi się zrobić i to. Najlepiej chyba opanować zdołałem zadziwiającą umiejętność podpalania siebie samego, bez żadnego uszczerbku na moim zdrowiu i wyglądzie. Musiałem wówczas uważać, aby nie podpalać za sobą chociażby krzewów lub ulic...tjaa, Lapsae z pewnością mnie jeszcze z tego znakomicie kojarzy. Nie zważając zbyt na ciemną i w większości polną drogę, nie zauważyłem nawet kiedy powóz stanął, a woźnica czekał, aż wyskoczę wprost na teren Puszczy. Wokół było już całkowicie czarno. Lekkie kontury bujnej roślinności szumiały tylko muskane przez zimny wiatr nocy. Pod łapami czułem wysokie trawy i kłujące rośliny, a także jakieś drobne kwiatki po których deptałem nieświadomie. Słychać było niekiedy odgłosy ptaków, które prowadziły nocny tryb życia. Kilka z nich przeleciało ku mojemu przerażeniu kilka centymetrów nade mną. Zerwały się z wyższych gałązek jakiegoś krzaku, spłoszone wyczuciem obecności wrogiego drapieżnika. Wziąłem ze sobą patyk, którego końcówkę chciałem podpalić. Skupiłem się na miejscu, w którym miał wzniecić się ogień. Bursztynowe oczy poczęły błyszczeć, jakby one same były dwoma parzącymi iskrami. Niedługo trwały moje próby - wnet się udało. Chwilę byłem w stanie zrobić z patyka swego rodzaju pochodnię, jednak ogień w mgnieniu oka trawił drewienko i sypał na ziemię popiół. Puściłem natychmiast dopalający się już patyk i westchnąłem. No cóż, trzeba zdać się jedynie na węch, co nie było takie do końca łatwe wśród gęstej roślinności. Niedługo jednak potem wyczułem nosem bardzo blisko znany już skądś zapach zwierzyny. Pochodziłem ostrożnie bliżej i bliżej niego, a w powietrzu czuć było coraz to większe napięcie. Jakby napięcie mięśni ofiary będącej już w pełni gotowej do ucieczki. I ja byłem gotowy. Prawie bezszelestnie skradałem się niczym kot, kładąc się niekiedy i przysłuchując dokładnie. Mój nos nie zawiódł mnie i tym razem. Zza kilku drzewek rosnących w gęstwinie wyskoczyła na ścieżkę sarna, lub coś na jej rodzaj. Rzuciłem się natychmiast w pogoń za żwawym zwierzęciem. Nie miałem pojęcia jak mogło ono wyglądać, lecz jak na kopytnego nie było jakieś wysokie. Ciemny kontur wśród gęstwiny i szybkie susy zdradzały mi, że zwierz nie mógł być także wyjątkowo dobrze zbudowany czy silny. Założyłem więc, że to łania albo jakieś młode. Sarna z początku biegła znacznie szybciej, przerażona moją obecnością. Z czasem słabła, a ja doganiałem ją. Probowała czmychnąć w bok, jednak wszędzie drogę zagradzały drzewa. Wyczerpane zwierzę łatwo dało się już po chwili dogonić, tym bardziej jeżeli uchodzi się za szybkiego. Zdezorientowane moim nagłym przyspieszeniem zwierzę toczyło kółka na zadzie, chcąc zmienić kierunek biegu, jednak ja zaganiałem je to z prawej, to w lewej. Z każdą sekundą znajdowałem się o krok bliżej do gardła łani. Gdy ta zaczęła wahać się nie widząc już drogi ratunku - działałem natychmiastowo, nie rozmyślając nad niczym. Skoczyłem, uwieszając się zębami na krtani ofiary. Zacisnąłem mocno szczęki, aby ta zakończyła cierpienia szybciej. I aby przy okazji przestała się rzucać jak oszalała, jakby całkiem nie spodziewała się ponieść śmierci. Łania upadła najpierw na nadgarstki, szamocąc się już coraz mniej. Nie puszczałem silnego ścisku żuchwy na jej gardle. Czekałem, aż padnie nieżywa na bok, a jej mięśnie rozluźnią się. Z tak wykończonym zwierzęciem poszło całkiem szybko i sprawnie. Nie minęła minuta, a ja stwierdziłem że to już odpowiedni moment do oddzielenia jej skóry od kości i podpieczenia lekko mięśni. Zdecydowałem się zacząć od umięśnionych partii zadu. Wyszarpałem z początku kawałek mięsa, nie gustując jednak z skórach czy tłuszczach. Odłożyłem je na bok i skupiłem się, wpatrując się weń. Udało się, mięso płonęło przez chwilę ogniem. Następnie gorączkowo próbowałem zgasić ogień, aby nie przypalić sobie dzisiejszej kolacji. Ponownie przyglądałem się kawałków mięśnia, tym razem aby zgasić go. Po kilku próbach wreszcie się udało. Zadowolony z siebie rzuciłem się na jedzenie, uważając aby nie poparzyć zbytnio pyska gorącą potrawą. Na szczęście nie zdołała spalić się w nieco dłuższym procesie podpiekania, niż początkowo zakładałem. Smak był wręcz wyborny, nie za tłusty, nie za słodki, ale co najważniejsze nie za surowy. Nie wiem dlaczego, lecz nie cierpię wręcz surowego mięsa. Zawsze wolałem to ugotowane, może to przyzwyczajenie jeszcze z czasów zamieszkiwania przeze mnie Ziemi? Jeden kawałek nie nasycał mnie oczywiście wystarczająco. Z tego też względu powtórzyłem kilkakrotnie przyrządzanie mięsa z pomocą, jak się okazuje, mojego zadziwiająco pomocnego mi żywiołu. Byłem tak zajęty jedzeniem kolejnych i kolejnych kawałków czystego mięsa, że nie zauważyłem nawet kiedy ktoś zjawił się w pobliżu mnie. Usłyszałem wyraźne kroki kierowane w pobliże miejsca, w którym obecnie konsumowałem sarninę. Podniosłem gwałtownie głowę, rozglądając się oraz nadal nasłuchując uważnie. Mój biały pyszczek cały umazany był krwią ofiary. Próbowałem ją usunąć, aby w drodze powrotnej nie narobić strachu pijanym psom tułającym się nocami po Litore lub nawet woźnicy. Jednak okazało się to nie lada wyzwaniem, gdyż było jej coraz więcej z każdym kolejnym kawałkiem mięsa. W powietrzu byłem w stanie wyczuć już teraz, że w pobliżu czai się pies. Nie odzywał się,  a kroki stawiał ciszej niż z początku i jakby ostrożniej. Zapewne nie spodziewał się, że jakiś idiota pokroju mnie wpadnie na pomysł polowania w środku nocy, zapominając o niebezpieczeństwach czających się tu na mnie pewnie z każdej strony. Cieszył mnie fakt, że jest to osobnik mojego gatunku. Rozluźniłem się też bardziej kiedy byłem już w stanie rozpoznać jego kształty w ciemnościach. Potwierdziło to tylko me wsześniejsze przypuszczenia, zdecydowanie stał przede mną nie kto inny jak któryś z okolicznych psów. Mój strach jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Wydawało mi się, że on musiał to wyczuć, gdyż sam podszedł do mnie blisko, przypatrując się uważnie. Rozpaliłem więc ogień na odpadkach po moim jedzeniu w postaci skór. Światło ognia rozjaśniło całe otoczenie i teraz mogłem przyjrzeć się postaci dokładniej. Był to rudego umaszczenia pies, nieznanej mi rasy, choć z całą pewnością rasowy. Uśmiechnąłem się niepewnie w jego stronę. Wyglądał całkiem przyjaźnie, więc postanowiłem właściwie go poznać  skoro już stworzyła się ku temu dogodna sytuacja.
-Witaj, jak ci na imię? — wyrzekłem pewnym, chociaż przyciszonym głosem, nie chcąc psuć atmosfery tego miejsca. Rudzielec wyczuł moje przykazne intencje, bowiem nie wahał się z odpowiedzią na moje pytanie.
- Cześć. Voodoo, a ty? - otrzymałem odpowiedź taką,  jakiej właściwie się spodziewałem. No, może prócz tak osobliwego i oryginalnego imiona.
- Commodus, ale zwą mnie Caius. Mów do mnie jak chcesz. - zaśmiałem się, recytując wręcz swoją standardową odpowiedź, nadużywają ostatnio przeze mnie. Tak to jest być gdzieś nowym, nikt cię nie zna, a ty nie znasz nikogo...
- Co właściwie robisz w Puszczy w środku nocy? - zaśmiał się niepewnie Voodoo. Tja, żebym ja sam wiedział co ja tu dokładnie robię i dlaczego teraz a nie chociażby o świcie.
- Zgłodniałem trochę więc postawiłem wybrać się na polowanie. Ale widzę, że nie ja jedyny przybyłem do Puszczu w środku nocy. Co sprowadza tutaj ciebie drogi Voo?

<Voodoo?>
| 2128 słów →  105೧ | Polowanie → 10PU |