6.05.2019

Od Elijaha - Alchemia [3/4]

Spojrzałem na nią z lekką, choć skrywaną irytacją. Jasne, cez. Przecież to takie  o c z y w i s t e.
- Widzisz, to akurat łatwo zapamiętać. Przybiera szczególną formę. Jaką? - zapytała z uśmiechem, zmuszając mnie do myślenia i odpowiedzi.
Zacząłem ruszać głową, by ze wszystkich możliwych stron obejrzeć fiolkę. Istotnie, szarawy twór był charakterystyczny.
- Wygląda jak... gałązki - padło z moich ust, po chwili zwątpienia.
Energicznie pokiwała łbem, na znak, że miałem rację. Schowała szkło do swojej torby, umiejscawiając je w konkretnym przedziale, odgrodzonym od innych elastyczną gumką. Przeszła się wzdłuż okazałego rzędu, przyglądając się poszczególnym przedmiotom z uwagą. Przymrużyła oczy, jakby nie była w stanie ujrzeć tego, co potrzebuje. Wreszcie krzyknęła coś pod nosem radośnie, za pomocą telekinezy podnosząc następny flakonik.
- Aha! Tego szukałam! - wróciła do mnie, podtykając mi niewielki słoiczek pod sam nos.
Uniosłem podejrzliwie jedną brew. W dalszym ciągu nie miałem do niej za grosz zaufania, a jej dziwnie wybryki tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Zezowałem, by ujrzeć, co też może się znajdować w pojemniczku. Jakiś... kryształ?
- Szmaragd! - olśniło mnie, patrząc na kolor bryły.
Pomachała łbem z uznaniem. Wypiąłem dumnie pierś, pewien, że udzieliłem jedynej poprawnej odpowiedzi.
- No, powiedzmy. W zasadzie powinieneś stwierdzić, że to beryl, ale szmaragd też może być. - wzruszyła ramionami, chowając ten mój nieszczęsny szmaragd do swojego podróżnego tobołka.
Cóż za porażająca dokładność! Miałem tylko nadzieję, że nigdy nie zdarzyło się jej w ten sposób pomylić chociażby cyjanku z solą. Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, co przygotowała dla mnie na koniec. W dziwnej kolbie był... płomień!? Nie miałem pojęcia jakim cudem znalazł się tam ogień, ale widziałem coś innego, dziwnego! Był...
- Zielony? - powiedziałem to na głos, choć wcale nie miałem zamiaru.
Prychnęła, nieco rozbawiona.
- Oczywiście! Myślisz, że płomienie mogą być tylko czerwonawe? - popatrzyła się na mnie z lekkim politowaniem. - No, już. Co to może być? - moje znudzone i pełne przygnębienia spojrzenie wyraźnie dało jej znać, że nie mam pojęcia.
Bor, jak się dowiedziałem.

cdn.
320 słów

Od Yasmin cd. Elijaha

Uśmiechnęłam się z lekka złośliwie. Samiec wyglądał zaiste interesująco, będąc obłożony torbami z wszelakimi medykamentami. Przy każdym ruchu szkliste pojemniki brzękały, tworząc z eskulapa istną żywą filharmonię. Znalazłam już czuły punkt Elijaha, będący pewnego rodzaju urazem do czegokolwiek zaprzęgniętego w konie. To się jeszcze pomęczy, w Jutrzence dyliżanse to jeden z najszybszych i najwygodniejszych transportów.
- Wybacz, ale dwugodzinny spacer nie za bardzo mi odpowiada - powiedziałam, z lekka obojętnie, usadawiając się wygodnie w bryczce.
Wyjęłam zakupione wcześniej pieczywo i podałam słodki wypiek owinięty w szorstki papier Elijahowi. Nie wiem jak on, ale ja zgłodniałam od tego jeżdżenia po kilka razy i nie wytrzymałam, kiedy poczułam smakowity zapach kruszonej rozkoszy. Od razu wybiegłam i zakupiłam kilka sztuk słodkich bułek, ostatniej nowości piekarzy.

Podróż nie trwała za długo. Tak jak poprzednio, na wyłożonej kamieniami drodze koń galopował i zwalniał dopiero na sklepisku blisko Helecho. I tym razem tak było. Jedyną różnicą była liczba owych czterokopytnych zwierząt i bardziej pojętny dorożkarz. Powóz zajechał na rynek i Elijah od razu wyszedł z powozu, otrzepując się nieco. Wyskoczyłam za nim i podałam mu torbę wypełnioną lekarstwami. Chwyciłam za jeden pasek i pokazałam łbem, aby uczynił podobnie.
- Mogę zająć się czymś niegroźnym dla życia... no nie wiem, jakieś skaleczenia. Znam jedynie podstawy, a po za tym to ty tu jesteś lekarzem.
Medyk się zmieszał, ale końcowo skinął głową, zezwalając na moje działania. Uśmiechnęłam się do niego szeroko i ruszyłam w poszukiwaniu "pacjentów". Długo szukać nie musiałam, od razu zauważyłam samca z raną na grzbiecie. Ostrożnie podeszłam, aby go nie przestraszyć czy coś, ale ten na mój widok jedynie wlepił we mnie swoje spojrzenie.
- Znam cię - powiedział na wstępie - Jesteś...?
- Mówiłeś, że mnie znasz - odpowiedziałam z lekkim przekąsem - Czyli powinieneś znać i moje imię.
Zmierzyłam psa wzrokiem, może jakiś pijany znajomy Horusa? W końcu był strażnikiem... on ta jego cała banda. Ale jeśli chodzi o trunki, to ja już więcej piłam niż ten leszcz...
- Nie... nie pamiętam. Ale wiem kim jesteś - na te słowa ponownie przewróciłam oczami.
- Dobra, co ci się stało? Jak ci mogę pomóc? - obejrzałam jego ranę ogólnikowo.
Nie była głęboka, sprawiała pewnie drażliwy ból.
- A nie widzisz, głupia? Chyba ty tu jesteś medykiem - jego oczy zabłysnęły złośliwie - Radź sobie.
- Dobra - warknęłam cicho - Zamknij się już.
- Uuuuu, jaka ostra panienka - samiec zaśmiał się tubalnie i spojrzał się na mnie groźnie.
Ten jego wzrok... nie kojarzył mi się z niczym dobrym. Mogłam pójść po Horusa lub po Elijaha, ale moja godność mi na to nie pozwalała. Przyniosłam szybko trochę spirytusu i bandaży, choć całość znalazłam na pobliskiej studni. Użyję tylko trochę i oddam... Wiedziałam, że łaciaty medyk ma przy sobie trochę lepszych specyfików, ale nie chciałam zostawiać delikwenta samego. Co jak co, ale nie wyglądał najlepiej. A skoro już tu jestem, to powinnam się na coś przydać. Starannie oczyściłam ranę alkoholem i pomalutku, kawałek po kawałku, owinęłam tułowie samca bawełnianym materiałem. Na początku wyszło trochę krzywo, ale przymknęłam na to oko. Najważniejsze, że nie wda się zakażenie. Zerknęłam na krzątającego się w pobliżu eskulapa, wyciągał co chwilę różne rzeczy i podchodził do psów, ciągle je smarując maściami czy innymi rzeczami. Przeciągnęłam się i ruszyłam do kolejnego pacjenta, będącego tym razem młodą suczką. Na jej łapie malowało się zwęglone futro i paskudne oparzenie.

Nie powiem, było to bardzo ciekawe doświadczenie w moim życiu. Szczególnie na tle ostatnich wydarzeń. Ostatnio ciągle walczyłam, spędzałam godziny na treningu umiejętności zabijania czy polowania a praca z Elijahem oderwała mnie ciągle od nauki mordu, na naukę leczenia. Ciała, jak i umysłu. Łuk zamieniłam na bandaż a strzały na różne kolorowe mazidełka. Może nie znałam działania każdego, ale trochę się nauczyłam nowych rzeczy o nich. Zamiast zabijać, opatrywałam rany. Może i brzmi to trochę głupio, ale jest to prawda. Tak więc kiedy stanęłam przed psem po skończonej pracy, na niebie malował się już późny wieczór. Szczęśliwa, ale trochę zmęczona przypatrywałam się jego poczynaniom. Słońce zaszło godzinę temu a aktualnie znikały ostatnie promienie słońca. Elijah wykorzystał większość swoich medykamentów, ale na dobry cel. Wiele psów w Helecho dostało fachową opiekę medyczną, a ci którzy trafili do mnie, także nie byli aż tak poszkodowani. Ziewnęłam i zostawiłam pracującego medyka, niech zrobi to, co ma do zrobienia. Ruszyłam szybkim krokiem do mojego domu, aby sprawdzić co u Horusa. Ten jak tylko został w miarę opatrzony, bez pytania wparował do mojego domu. Znając życie, moja i tak licha spiżarka jest już pusta... Otworzyłam drzwi, które wydały z siebie głośne skrzypnięcie.
- Yasmin? To ty? - od razu zapytał się karmelowy owczarek.
- Tak, tak. Nie jestem skrytobójcą - odpowiedziałam, śmiejąc się i od razu ruszyłam do niego szybkim krokiem.
Nie wyglądał aż tak źle, a pan od ziółek aka zawsze mam zły humor odwalił kawał dobrej roboty. Owczarek wymościł się na moim łóżku, opatulony kocem. Niedaleko dostrzegłam talerz z suszoną wędliną.
- Kojarzysz tego medyka, no, jak mu tam było... Elejej... Elek...
- Elijah - sprostowałam samca i spojrzałam się na niego wyczekująco.
Śmiesznie wyglądał próbując wymówić imię, język latał mu w pysku a on sam wydawał dziwne odgłosy.
- No, powiedz mu, że wygląda jak istne książkowe chuchro. Niech zacznie ćwiczyć czy coś... - powiedział trochę na żarty, trochę na serio - Jakby kiedyś chciał się podszkolić w walce, daj mu znać. Mam u niego mały dług i z miłą chęcią go odpłacę.
- Tak, bo do ciebie wszyscy walą się drzwiami i oknami - zerknęłam z ukosa na psa - Ty mój drogi nauczycielu. Tydzień temu, wtedy przy jeziorze prawie mnie zabiłeś...
- Ale się nauczyłaś w końcu tego przewrotu tak? Nie żartuj sobie... gdyby nie śmierć Aarona i przewrót w Jutrzence, mówiłabyś na mnie mój Generale...
- Idę coś jeszcze załatwić - krzyknęłam przy drzwiach na odchodne.
- Ubierz płaszcz, cholero - odkrzyknął z salonu - Wystarczy że ja już konam... chyba mam katar.
Ponownie roześmiałam się i wyszłam z domu, o wiele w lepszym nastroju.

Elijah czekał na coś, zerkając na wszystkie strony. Wokoło była cisza, nawet wiatr się wyciszył pod wieczór. Czuć było wszędzie zapach potu i krwi, który kontrastował z zapachami kwiatów. Był już spakowany, jedynie on sam siedział i wyczekiwał, na coś lub na kogoś.
- Na co czekasz? - zapytałam wesoło, w momencie kiedy mnie ujrzał.
Mimo że zobaczył mnie już wcześniej, wzdrygnął się na dźwięk mojego głosu. Już dawno się ściemniło, ale mi to nie przeszkadzało. Czułam się lepiej, niż za dnia. Ulice nie były pełne psów i można było spokojnie odetchnąć.
- Na pewno nie na ciebie - odpowiedział, po czym podniósł się z ziemi.
Otrzepał się z kurzu i dopiął klamry od torby. Stanęłam wyczekująco, chcąc przekazać mu wiadomość od Horusa, ale on wstał i założył na swój grzbiet juki. Zdziwiona widziałam jak pomału rusza, odchodząc. Nie wiedziałam, jak mam zareagować. Stałam tam jeszcze przez chwilę, z rozdziawionym pyskiem i smutną aurą wokoło.

Elijah?
(dzisiaj trochę krócej, ale mam dużo roboty na głowie... nie wiedziałam jak pchnąć akcję do przodu no i wymyśliłam takie coś :p)



5.05.2019

Od Elijaha - Alchemia [2/4]

Za jej namową zostawiłem kozła przed wejściem na trakt. Schowałem jego zwłoki wśród traw, by upewnić się, że żaden podróżny nie skusi się na darmowy posiłek, w momencie, gdy ja będę zajęty. Układałem ostatnie źdźbła, gdy poczułem mocne uderzenie w grzbiet. Z impetem padłem na ziemię, odruchowo przewracając się na plecy i kopiąc przeciwnika w brzuch. Zamarłem, gdy nad sobą ujrzałem... tygrysa. Skoczyłem na równe nogi, pragnąc jedynie ucieczki. Uskoczyłem przed jednym z zamaszystych ciosów ogromną łapą. Przeturlałem się po gruncie, lądując niemal pod stopami mojej mentorki.
- Już, spokój. - zaśmiała się, kładąc łapę na pysku rozjuszonego kota.
Otworzyłem pysk, zdziwiony, patrząc na nią z niezrozumieniem. Podniosłem się z trudem, dalej czując ból w miejscu, które padło ofiarą ataku zwierzęcia. Odsunąłem się jak najdalej od napastnika, woląc nie narażać się na zostanie celem po raz drugi.
- Zginąłbyś - stwierdziła bez ogródek, przekierowując wzrok na mnie.
W tym momencie realnie zastanawiałem się już, co jest z nią nie tak.
- Gdybyś był alchemikiem, mógłbyś wytworzyć kwas, który by go pokonał. - w dalszym ciągu głaskała pasiastego mordercę, nic nie robiąc sobie z faktu, że byłem nieco poobijany i zirytowany.
Wolałem już nic nie mówić, choć z miłą chęcią podważyłbym zasadność tego twierdzenia. Wydawało się zupełnie bezsensowne - chyba, że ów samica nosiła przy sobie żrące kwasy, zawsze.
- Najpierw podstawy! - znowu zaczęła gadać do siebie.
Wysypała ze swojej torby najróżniejsze flakoniki, fiolki, słoiki, pojemniki, szkiełka, kolby... I w zasadzie wszystko, co tylko mogłem sobie wyobrazić. W każdym z nich znajdowała się inna substancja - od kolorowych gazów, przez najróżniejsze ciecze, po sztabki czy inne ciała stałe. Niektóre były również mniej oczywiste - jakieś dziwne żelki, galaretki, ziarnka... Patrzyłem na to z mieszaniną podziwu i zakłopotania.
- No, ponazywaj mi to wszystko! - jednym ruchem rozłożyła przede mną flakoniki w dwóch rządkach.
Zaciąłem się z głupawym wyrazem pyska.
- Eee... metal? - wyjąkałem, marszcząc brwi.
Zachowała się tak, jakbym opowiedział jej najlepszy kawał, jaki słyszała od lat.
- Cez! Cez, skarbeńku!

cdn.
316 słów | Walka

Od Elijaha - Alchemia [1/4]

Ze spokojem obserwowałem kozła, który pasł się kilka metrów ode mnie. Była to rasa często hodowana w Eos - nie znałem co prawda jej nazwy, ale kojarzyłem wygląd. Ten konkretny osobnik żył dziko. Stada nieraz uciekały i jakoś aklimatyzowały się do życia w lesie czy na niezamieszkanych przez psy łąkach. Ten zapewne miał w sobie krew dzikich zwierząt już od pokoleń. Poruszał się swobodnie, ale jednak czujnie. Bez problemu selekcjonował rośliny, zjadając tylko te nieszkodliwe. Był drobny.
- Taka specyfika gatunku... - wzruszyłem ramionami, mówiąc sam do siebie.
Podniósł łeb, leniwie przeżuwając kolejną porcję zielska. Schyliłem się. Wolałem jeszcze się nie ujawniać. Mogłem co prawda użyć mocy i po prostu nakazać roślinom, by spętały mu nogi, a nawet - udusiły zwierzę, w moim mniemaniu była to jednak gra niewarta świeczki. Wymagało to dużo energii, w dodatku nie rozwijało mojej osoby w żaden sposób. Musiałem ćwiczyć. Po ulicach Lapsae przechadzało się wiele dobrze zbudowanych psów. W zasadzie każdy kultywował jakąś formę treningu, tymczasem ja odstawałem od nich, znacząco. Podkradłem się bliżej, jednocześnie kierując się w prawą stronę, by znaleźć się poza polem widzenia kozła. Stworzenie zbytnio było skupione na mozolnym przeżuwaniu. Wiedziałem, że musiałem załatwić tę sprawę szybko. Siłą nie pokonam go na pewno - potrzebowałem dobrej pułapki. Niemal pełzałem po trawiastej ziemi, kryjąc się przy samym gruncie. Biała sierść zwierzęcia odbijała promienie słoneczne, czyniąc go idealnym, dobrze widocznym celem. Byłem od niego już wręcz na wyciągnięcie ręki, gdy mięśnie ssaka zadrgały. Zwęszył podstęp. Chciał się odwrócić lub uciekać. Skoczyłem. Przeorałem pazurami jego zad, pnąc się wyżej, na plecy. Zacisnąłem szczęki na muskularnym karku. Mocniej wbiłem szpony, by zapewnić sobie równowagę. Kły uszkodziły tkanki, przechodząc coraz głębiej. Kozioł padł na ziemię pod moim ciężarem. Szarpał się, kopał, beczał w przestrachu. Teraz albo nigdy. Przekrzywiłem łeb, przetrącając mu tym samym kark. Ostatnie pośmiertne skurcze trzęsły jego kończynami. Oczy wywróciły mu się białkami do góry. Padł.
- Naucz ty się lepiej alchemii. - do moich uszu dobiegł znajomy głos. - Nie musiałbyś się przynajmniej tak rzucać. Wystarczyłoby wytworzyć truciznę. - odwróciłem się w stronę dźwięku.
Suka, brązowa, niewielka, okryta charakterystycznym płaszczem. Widywałem ją kilka razy, ale nie znałem jej imienia.
- Wolę tradycyjne metody. - zacząłem taszczyć ciało kozła w stronę drogi.
Uśmiechnęła się tajemniczo.
- Myślisz, że alchemia używana jest tylko w polowaniu? Mylisz się, głupcze! To niesamowicie przydatna umiejętność, szczególnie dla kogoś takiego jak ty. - wzruszyłem ramionami, siłując się z martwym zwierzęciem.
Podeszła do mnie, jednocześnie pomagając mi pokonać niewielką górkę.
- Chodź, mogę cię nauczyć. To nie potrwa długo - zaproponowała dobrotliwie.
Chciałem ją zbyć, lecz jej nalegania sprawiły, iż w mojej głowie pojawiły się obrazy, które wręcz wychwalały tę dziedzinę. Może faktycznie to dobra decyzja?
- Prowadź więc, pani. - skłoniłem się z uśmiechem.

cdn.
439 słów | Polowanie

Od Elijaha cd. Yasmin

Błagalnie wzniosłem oczy ku niebu, wręcz modląc się o to, by wreszcie zamilkła. Rozjuszona suka wydawała się za to niezrażona. Patrzyła się na mnie wyczekująco, uprzednio przenosząc ciężar ciała na lewą stronę. Przechyliła łeb, a jej uszy opadły ku dołowi. Z tego co zdążyłem się zorientować, była dorosła, a jednak stale miała w sobie pierwiastek wyglądu szczeniaka.
- Nie mamy całego dnia - przypomniała, niby spokojnie, choć z nutką uszczypliwości w głosie.
Milczałem. Nie oznacza to jednakowoż, że po prostu stałem tam bezrefleksyjnie, niemo wpatrując się w jakiś bliżej nieokreślony punkt - o nie. W myślach kalkulowałem, co bardziej mi się opłaca. Oczywiście skazywanie samego siebie na towarzystwo Yasmine było posunięciem wręcz masochistycznym, lecz nawet ja nie mogłem całkowicie zlekceważyć dobra pacjentów. Może, skoro proponowała pomoc, wiedziała co nieco na temat medycyny, a nawet jeżeli nie - mogła się przydać w innych czynnościach. Miło mieć pomocnika nawet przy prozaicznym noszeniu wody.
- Chodź. Przydasz się. - westchnąłem, kierując się w stronę obskurnych drzwi oberży, która zaoferowała mi kupno mieszkania.
Otworzyłem białe, pokryte zdartą farbą wrota. Szybko pokonałem ciemny korytarz, ignorując głośne śmiechy i odgłos chlupoczącego w kuflach piwa. Karczma zlokalizowana na dole budynku była wiecznie żywa, nie pozwalając mi się skupić. Irytując się tym harmidrem, przekląłem pod nosem. Moim bluzgom towarzyszył cichy chichot rozbawionej Yasmin, która stale trzymała się za mną. Skierowałem się na schody, szybko wspinając się po stromych stopniach. Z lekką zadyszką dotarłem na drugie piętro. Skrzywiłem się, gdy w pełni zrozumiałem, że musiałem wrócić do mojego mieszkania. W dodatku z gościem. Należało tu uprzątnąć, jak najszybciej. Skarciłem się w myślach; nie czas na to. Spokoju nie dawał mi jednak fakt, że prócz bałaganu w Lapsae, czekał mnie jeszcze dziurawy i przeciekający dach w Helecho. Może lepiej byłoby wynająć eksperta?
- Mógłbyś się... - odchrząknęła, chcąc zwrócić moją uwagę. - Pospieszyć?
Rzuciłem jej kolejne z repertuaru moich morderczych spojrzeń. Zamilkła, choć wyraźnie niezadowolona. Podszedłem do lichego, ale dosyć sporych rozmiarów stołu. Na jego blacie rozłożone były wszelkie sakwy, słoiki i inne, najróżniejszego kształtu pojemniki, jeszcze nie uporządkowane, czekające na to, aż znajdę im ich miejsce. Przejrzałem je pobieżnie. Było ich dużo, co tylko utrudniało mi znalezienie tego, czego potrzebowałem.
- Pomóc ci? - ponowiła pytanie, jakby zapominając o fakcie, że przed chwilą jej na to pozwoliłem.
Przybrałem nieco niezadowolony wyraz pyska, gdy samica podeszła do stołu. Powiodła wzrokiem po moich zbiorach bez słowa. Przystanęła przy kilku, dokładniej oceniła liście i łodyżki ziół. Spojrzała na etykiety, którymi obarczone były poszczególne pojemniki. Jej uwagę szczególnie zwróciły dwa - gęsta, zielona maź i nieco bardziej wodnista, niebieskawa. Po chwili rozeznania, z pewnością siebie, wskazała właśnie te słoiki.
- Medycy najczęściej używali podobnych składników - oznajmiła krótko, wzruszając ramionami.
Potem jak gdyby nigdy nic wolnym krokiem udała się w kierunku drzwi, zostawiając mnie w osłupieniu. Mój szok spowodowała nie jej brawura, lecz fakt, że wybrała dobrze. Istotnie, właśnie tych medykamentów zamierzałem użyć - nie mogłem ich jedynie znaleźć. Yasmin była jednym, wielkim kłębkiem niewiadomych. Jej osoba wymuszała coraz więcej pytań, a odpowiedzi - jak nie było, tak nie ma. Była tylko wyśmienitą obserwatorką czy faktycznie coś wiedziała o medycynie? Próbowałem odgonić od siebie te natrętne myśli, by skupić się na zadaniu. Jednym ruchem zgarnąłem wszystko, co było mi potrzebne, na tyle wprawnie, że całość wylądowała w mojej podręcznej torbie. Ugiąłem się lekko pod niespodziewanym ciężarem - już zapomniałem, jak to jest taszczyć ze sobą pół lecznicy. Spojrzałem na drzwi. Yasmine już tam nie było. Szepnąłem coś błagalnie. Zostawiła mnie? Poszła sama? Zdecydowała, że nie chce się bawić w lekarza? Żwawym krokiem ruszyłem na dół, rozbawiając przechodzącego schodami psa, towarzyszącym mi dźwiękiem zderzających się słoików. Młodziak śmiał się skrycie pod nosem, tymczasem ja warknąłem na niego, pragnąc go uciszyć. Udawał, że odzyskał powagę, ale stale widziałem radosne ogniki w jego ciemnych oczach. Przyśpieszyłem. Powoli zaczynało irytować mnie to całe Lapsae. Gdyby nie fach, który wykonuje oraz wiążącą się z tym konieczność bycia łatwo dostępnym, zapewne zaszyłbym się gdzieś w najgłębszych odmętach terenów Sfory Jutrzenki. Opuściłem kamienicę, kierując się na wybrukowany, szeroki, główny trakt. Żołądek ściskał mi się na myśl, że powinienem po raz kolejny przywołać jakiś powóz. Wolałbym pójść na piechotę. Szczerze nienawidziłem tego środka lokomocji - z dwóch powodów. Za to, że czułem się tam, jakby ktoś grał mną w koszykówkę oraz za to, że było to stosunkowo drogie. W moim plemieniu, ani w czasie wyprawy, nie miałem przy sobie nawet grosza. Nie potrzebowałem pieniędzy. W Eos udało mi się co nieco zarobić, dalej były to jednak smętnie małe ilości. Wystarczyło, że wydałem kilkanaście soli na pośpieszną przejażdżkę do Helecho.
- Będziesz tu tak stał? - z zamyślenia wyrwał mnie czyjś, nieco drwiący głos.
Gwałtownie odwróciłem się w stronę dźwięku, trochę przestraszony. Zobaczyłem tam Yasmin - a jakże. Opierała się o szorstką powierzchnię budynku, niknąc w porywistym tłumie. Podszedłem do niej, przepychając się przez potok innych psów.
- Wsiadaj. - bez emocji wskazała na dorożkę, zaprzęgniętą raptem w jednego konia, którą zdążyła zatrzymać już wcześniej.
Posłałem jej błagalne spojrzenie, z nadzieją, że zmieni zdanie i jakimś cudem zapewni nam odmienny środek transportu. Była jednak nieubłagana.

Yasmin?
820 słów