11.05.2019

Od Elijaha - Alchemia [4/4]

Nauka trwała w najlepsze. Kazała mi ponazywać jeszcze całe naręcze pierwiastków. W skupieniu przyglądałem się najróżniejszym bryłom, cieczom i kolorowym gazom. Oglądałem flakoniki z każdej strony, starałem się wycisnąć ze swojego umysłu tyle, ile tylko było możliwe. Nie mogłem jednak przypomnieć sobie czegoś, czego nigdy nie pamiętałem. Gdy zakończyliśmy ten dział, samica przeszła do reakcji. Wrzucała próbki różnych substancji do jednej kolby i kazała mi obserwować, a potem zdawać jej dokładną relację z tego, co zaszło. Zazwyczaj kiwała przecząco łbem i rozpoczynała własną opowieść, zaskakująco odmienną od mojej wersji. Następnie zaczęła szperać w swojej niby niewielkiej, ale przepastnej torbie. Po chwili gorączkowych poszukiwań, wyciągnęła zeń z trudem jakąś księgę. Otwarła ją, prawdopodobnie na przypadkowej stronie. Gdy okładka uderzyła o ziemię, w powietrze wzbił się obłok kurzu. Wzdrygnąłem się, widząc to zaniedbanie. Samica wytłumaczyła mi jeszcze kilka spraw, nie skąpiąc przy tym, raczej średnio przydatnych, ciekawostek. Przytakiwałem posłusznie, starając się skupić. Może nie była najlepszą nauczycielką, ale udało mi się wchłonąć nieco wiedzy. Nawet, jeśli nie była to zaawansowana alchemia - coś umiałem.
- Koniec szkolenia! - stwierdziła po tych męczących godzinach, nad wyraz zadowolona z siebie.
Dla odmiany również się uśmiechnąłem, nie chcąc sprawiać jej przykrości. Bądź co bądź zgodziła się mnie podszkolić, nie żądając za to żadnej opłaty. Ku mojemu zdziwieniu samica wróciła do przepatrywania najgłębszych odmętów swojej sakwy. Patrzyłem na to z dystansem, nie wiedząc, co też może mi jeszcze zgotować. Myślałem, że zapomniała wspomnieć o czymś ważnym, może chciała jeszcze coś pokazać. Rzeczywistość była jednak zgoła inna niż moje wyobrażenia. Niedługo potem światło dzienne ujrzało... jakieś wdzianko? Szczęka opadła mi prawie do samej ziemi. Torba mojej mentorki doprawdy nie miała dna. Jakieś pół metra nad ziemią lewitowała długa, fioletowoniebieska, błyszcząca peleryna. Na jej powierzchni wyrysowane były srebrne gwiazdy. Obok niej wesoło fruwała szpiczasta, pokaźnych rozmiarów czapka - pod kolor. Suka natychmiast wcisnęła na mnie "gustowne" ubranko, bez uprzedniego pytania mnie o zgodę.
- Witaj w świecie alchemii! - krzyknęła patetycznie, przybierając jakąś dziwaczną pozę.
O losie...

Koniec
323 słowa

6.05.2019

Od Horusa - Znajomość magicznych stworzeń [2/2]

- Jeszcze raz dziękuje za nocleg - Horus ukłonił się lekko i odwracając się, pomachał rodzinie dalmatyńczyka.
Pierwszą myślą jaka naszła psa, to odwiedzenie rynku i zakup nowej broni. Może później odwiedzi jakąś karczmę... albo odwiedzi Lady. Tak, to zdecydowanie lepszy pomysł. Dawno u niej nie był, może później zahaczy o domostwo młodej Yasmine i Aragona. Choć Aragon pewnie jest u Lady a Yas włóczy się gdzieś, szukając dorywczej roboty. Ruszył więc ochoczo w stronę Lapsae. W pewnym momencie usłyszał już daleka szuranie kół o wyboistą drogę, nie minęła chwila gdy siedział już na kupie siana. Udało mu się przekupić woźnicę, aby pozwolił mu z nim się zabrać. Ten na początku niechętnie nastawiony do bojownika, trwał w swojej decyzji do momentu, kiedy owczarek nie zaoferował mu nowej uprzęży dla jego konia. Wtedy jego żółtawe ślepia zaświeciły się i pozwolił mu z nim jechać.
- Ej, wojownik. O ile nim jesteś - zawołał chropowatym głosem wilczur - Poopowiadać ci o potworach?
- A co? Znasz się? - zapytał obojętnym głosem Horus, zajęty liczeniem swojego skromnego majątku w skórzanej sakiewce.
Zdążył się już wygodnie usadowić w roku bryczki do przewozu siana, znalazł nawet końską derkę, na której się położył.
- Masz przed sobą emerytowanego łowcę bestii, to chyba się znam, prawda? - karmelowy pies jeszcze raz zmierzył psa siedzącego na koźle wzrokiem - A po za tym zaoferowałeś mojej drogiej Wennie nowe otakowanie. Sam nie mam pieniędzy, a to już sparciało, rani ją w pysk...
Był silnie umięśniony i mimo wieku, nie zatracił tego "czegoś" w sobie. Kipiała od niego energia, ale i zarazem zmęczenie.
- Z chęcią - odpowiedział z narastającym zainteresowaniem - Ostatnio właśnie próbowałem się w tym kierunku trochę douczyć, wiele już zapomniałem.
- To siadaj bliżej i słuchaj.
Pies zwolnił brązowego konia do wolnego stępa i zaczął opowiadać, tak wiele i tak dużo, że czasami Horus potrzebował kilku sekund aby wszystko sobie uporządkować w głowie. Ale każde słowo, co do literki zapamiętał.

Bryczka zatrzymała się na rynku koło południa, wtedy Cyrus (tak nazywał się brązowo czarny, osiwiały wilczur) wyprzęgł Wennie z pojazdu i ruszył za nim z uwiązem w pysku. Owczarek długo szukał dobrego rymarza, ale w końcu znalazł. Wiedza jaką przekazał mu stary pies była wiele warta i chciał się jakoś porządnie odwdzięczyć, a nie na odwal. Może i zapłacił parę Soli więcej, ale był pewien że klacz będzie jeszcze długo korzystać z uprzęży.
- Do zobaczenia, wojowniku - krzyknął pies na pożegnanie.
Jego głos brzmiał śmiesznie, ale była w nim nutka dawnej potęgi. Wiek robi swoje... Horus odwrócił się i pomachał, po chwili ponownie ruszył na trakt.

415

Od Horusa - Znajomość magicznych stworzeń [1/2]

Każda godzina powoli stawała się monotonna. Owczarek krzyżował wzrok z starym zegarem, ten jednak nieubłagalnie leciał do przodu, nie zmieniając taktu nawet o sekundę. Wygodna kanapa w swym domostwie już nawet nie nadrabiała pędzącego czasu i posuwającego się o krok znudzenia.
- Nie, nie wytrzymam już... - powiedział po cichu do siebie, po czym wstał i przeciągnął się niedbale.
Miał wrażenie, że czuje, jak każdy mięsień w jego ciele drga, kiedy tylko ruszy choćby łapą. Poczłapał i chwycił skórzany pas na broń, ten miał jedynie dwie sprzączki, bez zbędnych pierdół i ozdóbek. Ubrał go jednym ruchem i telekinezą dociągnął paski, dopiero po chwili sięgnął założyć na niego sztylet Ibis i wierny Lunares. W sumie miał tylko te dwie bronie, pies zmarszczył brwi. Mało, bardzo mało jak na wojownika. Zerknąwszy do sakwy, upewnił się że ma wystarczająco Soli na zakup czegoś nowego. Wyszedł z domu w miarę pogodnym nastroju, mając nadzieję że nikt do niego nie podejdzie.

Podczas gdy truchtał do Lapsae, naszła go myśl nauki trochę o Jutrzence. Dawno już nie miał w łapach książki, a przydałoby się wiedzieć co nie co o tutejszych potworach. Horus jednak żył tu już na tyle długo, że wszystkie znał, ale chciał odnowić sobie zakurzoną wiedzę. Więc zamiast na rynek, ruszył do pewnego znajomego tropiciela. Zszedł więc z drogi głównej i skracając sobie wędrówkę, przeszedł odcinek końcowej przez las. Gdy dotarł, zapukał do drzwi i po chwili ujrzał młodego, na oko rocznego szczeniaka. 
- Witam, zastałem Henry'ego? Mniemam, że twojego ojca... - powiedział karmelowo-biały owczarek.
- Tak, już go wołam - odpowiedział piesek, na jego pysk wkradł się nieśmiały uśmiech.
Po kilku minutach Horus został powitany przez samego Henry'ego, porządnie obściskany przez jego siostrę i wycałowany w poliki przez żonę. Przez chwilę miał mętlik w głowie kto kim jest, ale szybko mu to minęło.
- Co cię sprowadza, przyjacielu? Dawno cię nie widziałem... - powiedział do Horusa stary dalmatyńczyk z siwizną na pysku - Pamiętam, jak rok temu staliśmy razem na strażnicy. My się wtedy upiliśmy, a ty przyszedłeś trzeźwy z tą suką Fallon... chyba tak się nazywała. Wtedy obiecałem ci przysługę.
- Wiesz jak to jest, raz robota tu, raz tam... - owczarek wziął oddech - Przychodzę z zapytaniem, czy nie podszkoliłbyś mnie trochę jeśli chodzi o wiedzę na temat potworów. Wiem, że masz z tym styczność bardzo często, a ja sam pozapominałem parę rzeczy... warto by było odświeżyć wiedzę.
- Nie ma problemu, możemy zacząć już teraz.

Przez kilka mocnych godzin oba psy studiowały książki i oglądały trofea myśliwskie dalmatyńczyka, jedząc przy tym placek Marble, siostry Henry'ego.

416

Od Elijaha - Alchemia [3/4]

Spojrzałem na nią z lekką, choć skrywaną irytacją. Jasne, cez. Przecież to takie  o c z y w i s t e.
- Widzisz, to akurat łatwo zapamiętać. Przybiera szczególną formę. Jaką? - zapytała z uśmiechem, zmuszając mnie do myślenia i odpowiedzi.
Zacząłem ruszać głową, by ze wszystkich możliwych stron obejrzeć fiolkę. Istotnie, szarawy twór był charakterystyczny.
- Wygląda jak... gałązki - padło z moich ust, po chwili zwątpienia.
Energicznie pokiwała łbem, na znak, że miałem rację. Schowała szkło do swojej torby, umiejscawiając je w konkretnym przedziale, odgrodzonym od innych elastyczną gumką. Przeszła się wzdłuż okazałego rzędu, przyglądając się poszczególnym przedmiotom z uwagą. Przymrużyła oczy, jakby nie była w stanie ujrzeć tego, co potrzebuje. Wreszcie krzyknęła coś pod nosem radośnie, za pomocą telekinezy podnosząc następny flakonik.
- Aha! Tego szukałam! - wróciła do mnie, podtykając mi niewielki słoiczek pod sam nos.
Uniosłem podejrzliwie jedną brew. W dalszym ciągu nie miałem do niej za grosz zaufania, a jej dziwnie wybryki tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Zezowałem, by ujrzeć, co też może się znajdować w pojemniczku. Jakiś... kryształ?
- Szmaragd! - olśniło mnie, patrząc na kolor bryły.
Pomachała łbem z uznaniem. Wypiąłem dumnie pierś, pewien, że udzieliłem jedynej poprawnej odpowiedzi.
- No, powiedzmy. W zasadzie powinieneś stwierdzić, że to beryl, ale szmaragd też może być. - wzruszyła ramionami, chowając ten mój nieszczęsny szmaragd do swojego podróżnego tobołka.
Cóż za porażająca dokładność! Miałem tylko nadzieję, że nigdy nie zdarzyło się jej w ten sposób pomylić chociażby cyjanku z solą. Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, co przygotowała dla mnie na koniec. W dziwnej kolbie był... płomień!? Nie miałem pojęcia jakim cudem znalazł się tam ogień, ale widziałem coś innego, dziwnego! Był...
- Zielony? - powiedziałem to na głos, choć wcale nie miałem zamiaru.
Prychnęła, nieco rozbawiona.
- Oczywiście! Myślisz, że płomienie mogą być tylko czerwonawe? - popatrzyła się na mnie z lekkim politowaniem. - No, już. Co to może być? - moje znudzone i pełne przygnębienia spojrzenie wyraźnie dało jej znać, że nie mam pojęcia.
Bor, jak się dowiedziałem.

cdn.
320 słów

Od Yasmin cd. Elijaha

Uśmiechnęłam się z lekka złośliwie. Samiec wyglądał zaiste interesująco, będąc obłożony torbami z wszelakimi medykamentami. Przy każdym ruchu szkliste pojemniki brzękały, tworząc z eskulapa istną żywą filharmonię. Znalazłam już czuły punkt Elijaha, będący pewnego rodzaju urazem do czegokolwiek zaprzęgniętego w konie. To się jeszcze pomęczy, w Jutrzence dyliżanse to jeden z najszybszych i najwygodniejszych transportów.
- Wybacz, ale dwugodzinny spacer nie za bardzo mi odpowiada - powiedziałam, z lekka obojętnie, usadawiając się wygodnie w bryczce.
Wyjęłam zakupione wcześniej pieczywo i podałam słodki wypiek owinięty w szorstki papier Elijahowi. Nie wiem jak on, ale ja zgłodniałam od tego jeżdżenia po kilka razy i nie wytrzymałam, kiedy poczułam smakowity zapach kruszonej rozkoszy. Od razu wybiegłam i zakupiłam kilka sztuk słodkich bułek, ostatniej nowości piekarzy.

Podróż nie trwała za długo. Tak jak poprzednio, na wyłożonej kamieniami drodze koń galopował i zwalniał dopiero na sklepisku blisko Helecho. I tym razem tak było. Jedyną różnicą była liczba owych czterokopytnych zwierząt i bardziej pojętny dorożkarz. Powóz zajechał na rynek i Elijah od razu wyszedł z powozu, otrzepując się nieco. Wyskoczyłam za nim i podałam mu torbę wypełnioną lekarstwami. Chwyciłam za jeden pasek i pokazałam łbem, aby uczynił podobnie.
- Mogę zająć się czymś niegroźnym dla życia... no nie wiem, jakieś skaleczenia. Znam jedynie podstawy, a po za tym to ty tu jesteś lekarzem.
Medyk się zmieszał, ale końcowo skinął głową, zezwalając na moje działania. Uśmiechnęłam się do niego szeroko i ruszyłam w poszukiwaniu "pacjentów". Długo szukać nie musiałam, od razu zauważyłam samca z raną na grzbiecie. Ostrożnie podeszłam, aby go nie przestraszyć czy coś, ale ten na mój widok jedynie wlepił we mnie swoje spojrzenie.
- Znam cię - powiedział na wstępie - Jesteś...?
- Mówiłeś, że mnie znasz - odpowiedziałam z lekkim przekąsem - Czyli powinieneś znać i moje imię.
Zmierzyłam psa wzrokiem, może jakiś pijany znajomy Horusa? W końcu był strażnikiem... on ta jego cała banda. Ale jeśli chodzi o trunki, to ja już więcej piłam niż ten leszcz...
- Nie... nie pamiętam. Ale wiem kim jesteś - na te słowa ponownie przewróciłam oczami.
- Dobra, co ci się stało? Jak ci mogę pomóc? - obejrzałam jego ranę ogólnikowo.
Nie była głęboka, sprawiała pewnie drażliwy ból.
- A nie widzisz, głupia? Chyba ty tu jesteś medykiem - jego oczy zabłysnęły złośliwie - Radź sobie.
- Dobra - warknęłam cicho - Zamknij się już.
- Uuuuu, jaka ostra panienka - samiec zaśmiał się tubalnie i spojrzał się na mnie groźnie.
Ten jego wzrok... nie kojarzył mi się z niczym dobrym. Mogłam pójść po Horusa lub po Elijaha, ale moja godność mi na to nie pozwalała. Przyniosłam szybko trochę spirytusu i bandaży, choć całość znalazłam na pobliskiej studni. Użyję tylko trochę i oddam... Wiedziałam, że łaciaty medyk ma przy sobie trochę lepszych specyfików, ale nie chciałam zostawiać delikwenta samego. Co jak co, ale nie wyglądał najlepiej. A skoro już tu jestem, to powinnam się na coś przydać. Starannie oczyściłam ranę alkoholem i pomalutku, kawałek po kawałku, owinęłam tułowie samca bawełnianym materiałem. Na początku wyszło trochę krzywo, ale przymknęłam na to oko. Najważniejsze, że nie wda się zakażenie. Zerknęłam na krzątającego się w pobliżu eskulapa, wyciągał co chwilę różne rzeczy i podchodził do psów, ciągle je smarując maściami czy innymi rzeczami. Przeciągnęłam się i ruszyłam do kolejnego pacjenta, będącego tym razem młodą suczką. Na jej łapie malowało się zwęglone futro i paskudne oparzenie.

Nie powiem, było to bardzo ciekawe doświadczenie w moim życiu. Szczególnie na tle ostatnich wydarzeń. Ostatnio ciągle walczyłam, spędzałam godziny na treningu umiejętności zabijania czy polowania a praca z Elijahem oderwała mnie ciągle od nauki mordu, na naukę leczenia. Ciała, jak i umysłu. Łuk zamieniłam na bandaż a strzały na różne kolorowe mazidełka. Może nie znałam działania każdego, ale trochę się nauczyłam nowych rzeczy o nich. Zamiast zabijać, opatrywałam rany. Może i brzmi to trochę głupio, ale jest to prawda. Tak więc kiedy stanęłam przed psem po skończonej pracy, na niebie malował się już późny wieczór. Szczęśliwa, ale trochę zmęczona przypatrywałam się jego poczynaniom. Słońce zaszło godzinę temu a aktualnie znikały ostatnie promienie słońca. Elijah wykorzystał większość swoich medykamentów, ale na dobry cel. Wiele psów w Helecho dostało fachową opiekę medyczną, a ci którzy trafili do mnie, także nie byli aż tak poszkodowani. Ziewnęłam i zostawiłam pracującego medyka, niech zrobi to, co ma do zrobienia. Ruszyłam szybkim krokiem do mojego domu, aby sprawdzić co u Horusa. Ten jak tylko został w miarę opatrzony, bez pytania wparował do mojego domu. Znając życie, moja i tak licha spiżarka jest już pusta... Otworzyłam drzwi, które wydały z siebie głośne skrzypnięcie.
- Yasmin? To ty? - od razu zapytał się karmelowy owczarek.
- Tak, tak. Nie jestem skrytobójcą - odpowiedziałam, śmiejąc się i od razu ruszyłam do niego szybkim krokiem.
Nie wyglądał aż tak źle, a pan od ziółek aka zawsze mam zły humor odwalił kawał dobrej roboty. Owczarek wymościł się na moim łóżku, opatulony kocem. Niedaleko dostrzegłam talerz z suszoną wędliną.
- Kojarzysz tego medyka, no, jak mu tam było... Elejej... Elek...
- Elijah - sprostowałam samca i spojrzałam się na niego wyczekująco.
Śmiesznie wyglądał próbując wymówić imię, język latał mu w pysku a on sam wydawał dziwne odgłosy.
- No, powiedz mu, że wygląda jak istne książkowe chuchro. Niech zacznie ćwiczyć czy coś... - powiedział trochę na żarty, trochę na serio - Jakby kiedyś chciał się podszkolić w walce, daj mu znać. Mam u niego mały dług i z miłą chęcią go odpłacę.
- Tak, bo do ciebie wszyscy walą się drzwiami i oknami - zerknęłam z ukosa na psa - Ty mój drogi nauczycielu. Tydzień temu, wtedy przy jeziorze prawie mnie zabiłeś...
- Ale się nauczyłaś w końcu tego przewrotu tak? Nie żartuj sobie... gdyby nie śmierć Aarona i przewrót w Jutrzence, mówiłabyś na mnie mój Generale...
- Idę coś jeszcze załatwić - krzyknęłam przy drzwiach na odchodne.
- Ubierz płaszcz, cholero - odkrzyknął z salonu - Wystarczy że ja już konam... chyba mam katar.
Ponownie roześmiałam się i wyszłam z domu, o wiele w lepszym nastroju.

Elijah czekał na coś, zerkając na wszystkie strony. Wokoło była cisza, nawet wiatr się wyciszył pod wieczór. Czuć było wszędzie zapach potu i krwi, który kontrastował z zapachami kwiatów. Był już spakowany, jedynie on sam siedział i wyczekiwał, na coś lub na kogoś.
- Na co czekasz? - zapytałam wesoło, w momencie kiedy mnie ujrzał.
Mimo że zobaczył mnie już wcześniej, wzdrygnął się na dźwięk mojego głosu. Już dawno się ściemniło, ale mi to nie przeszkadzało. Czułam się lepiej, niż za dnia. Ulice nie były pełne psów i można było spokojnie odetchnąć.
- Na pewno nie na ciebie - odpowiedział, po czym podniósł się z ziemi.
Otrzepał się z kurzu i dopiął klamry od torby. Stanęłam wyczekująco, chcąc przekazać mu wiadomość od Horusa, ale on wstał i założył na swój grzbiet juki. Zdziwiona widziałam jak pomału rusza, odchodząc. Nie wiedziałam, jak mam zareagować. Stałam tam jeszcze przez chwilę, z rozdziawionym pyskiem i smutną aurą wokoło.

Elijah?
(dzisiaj trochę krócej, ale mam dużo roboty na głowie... nie wiedziałam jak pchnąć akcję do przodu no i wymyśliłam takie coś :p)