Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vivienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vivienne. Pokaż wszystkie posty

7.08.2018

Od Vivienne - Zlecenie 3

Poranek, zwyczajny, jak każdy inny. Siedziała u siebie, pogrążona w we śnie, jednakże po krótkiej chwili wstała, zostawiając łóżko w całkowitym nieładzie. Nie miała najmniejszej ochoty teraz go ścielić. Była cholernie głodna, zjadłaby wszystko, naprawdę, wszystko, co pojawiłoby się na jej drodze. Ciężkim, wciąż zaspany i leniwym ciągle chodem ruszyła w stronę drzwi, energicznie je popychając. Skrzypnęły, a później mocno trzasnęły. Nie przejmowała się tym, miała to, szczerze mówiąc, kompletnie gdzieś, uważając, że połowa drzwi od budynków mieszkalnych w Litore ma taką wadę, albo raczej tylko tak zakładała, nie była tego oczywiście pewna, ale miała wrażenie, że nie mieszka w najgorszym, sypiącym się mieszkaniu.
~**~
 Załatwianie spraw, które mają na celu zaspokojenie wszystkich porannych potrzeb jest bez wątpienia nudne, ale bezpodstawne siedzenie w karczmie to już przesada. Opierała się łapą o stół i przysłuchiwała się dziwacznej rozmowie psów z innego stolika. Zamówiła coś do jedzenia, dokładniej pieczonego kurczaka, którego wsunęła w niecałe pół godziny. Z całego cielska ptaka najbardziej upodobała sobie skrzydełka. Sama nie wiedziała, jaki był ku temu powód. Uwielbiała "bawić" się małymi kosteczkami, jednakże była w miejscu publicznym i okazywanie takich nawyków nie skończyłoby się dobrze. Była bardzo zniesmaczona, ale gdyby tutaj nie przyszła musiałaby ponownie bawić się w polowanie, które nie w każdym wypadku skończyłoby się powodzeniem. Miała wstać i wyjść, nie robiąc sobie nic więcej z tej obecności, ale coś ją powstrzymało; grupka wcześniej wspomnianych psów zaczęła bardzo interesującą konwersację, Vivienne po prostu musiała chwilę usiedzieć na czterech literach i chamsko podsłuchać tej rozmowy. Nie potrafiła teraz odejść. Jakaś dziwna siła po prostu kazała jej tam zostać.
- Chłopaki, chodźcie ze mną do Puszczy - zaczął jeden. Wyglądał na intelektualistę, nie był specjalnie mocno zbudowany i gdyby nie głos, suczka nie byłaby przekonana co do jego płci.
- A jaki jest tego powód? - odezwał się drugi.
- Znalazłem w bibliotece tekst, który mówi o ruinach ukrytych w kniei... I potrzebuję kogoś, kto by mnie chronił.
 Grupa psów wybuchła śmiechem. Vivienne jednak nie ciągnęło do śmiechu. Była bardzo zaciekawiona. Ruiny? To może brzmieć ciekawie.
- Ale co jest takiego śmiesznego? - spytał ze skwaszoną miną.
- Te twoje bajeczki - odpowiedział największy z psów. Po chwili każdy kolejny osobnik zaczynał opuszczać stolik. Pies wpatrywał się w stolik. Był całkiem sam, reszta psów przestała widocznie zwracać na nie uwagi. Osobnik był smutny, a Vivienne niemożliwie zainteresowana tą sprawą. Co prawda wciąż była jeszcze zielona, jeżeli chodzi o sprawy Eos, ale czuła, że to może się opłacić. Nieśmiało podeszła do psa, ośmieszonego przez własnych kumpli. Nie, nie miała najmniejszej ochoty chociażby patrzeć na jego mordę, ale jakaś niepojęta siła ciągnęła ją i za wszelką cenę nie chciała odpuścić. Pies spojrzał na nią z wielkim zdziwieniem. Rozszerzył oczy, ale nie przesadnie. Biała usiadła przy krześle i, jak gdyby nigdy nic oparła łapy o stół, bezczynnie siedząc.
- Czego chcesz? - fuknął pies. Nie musiał wyrażać niczego w słowach, jego oczy wołały "odwal się, też chcesz mnie wyśmiać", ale na niej to nie robiło najmniejszego wrażenia. Wzięła łapy ze stołu i spojrzała na psa.
- Chcę wiedzieć, co jest grane - zaczęła - mówiłeś o jakichś Ruinach...
- Podsłuchiwałaś! - krzyknął.
 Vivienne walnęła łapą o stół, momentalnie go uciszając. Spojrzała na niego z furią, niemalże wchodząc na stół.
- Mam tam iść, czy nie? - głośno spytała. Nieznajomy pokiwał głową. Śnieżnobiała triumfalnie się uśmiechnęła. Pies zbliżył się do niej, dając jej kilka Soli, jako zakładkę, a już po chwili ruszyli. Vivienne wyszła z karczmy, idąc tam, gdzie pies. Przez całą drogę praktycznie nic do siebie nie mówili, a gdyby nie miła zapłata, suczka nie poszłaby z tym... Idiotą? Możliwe. Sama nie wiedziała, po co ma go ochraniać. Nie może pójść sam, no, ale najwidoczniej jest tchórzem, i potrzebuje kogoś, jak suczka. Szli, obydwoje, jednakże Vivienne starała się utrzymywać jak największy dystans. A skąd wie, czy za chwilę nie wbiję jej noża w plecy?
- Gdzie są właściwie te Ruiny? - spytała suczka, udając, że nie wie.
- W kniei. To niedaleko - powiedział pies. Widziała ekscytację na jego pysku.
 Siedem minut później obydwoje stanęli. Pies zaczął rozglądać się wokół, z coraz bardziej niepewną miną. Vivienne od razu załapała, o co chodziło. Byli na miejscu, a tutaj kompletna pustka.
- Ale... - zaczął. Vivienne westchnęła.
- Jesteś głupim głąbem i chyba na mózg padłeś - zaczęła - ale dzięki za Sole.

Zlecenie 3 - 100೧ + 30PU + 5೧ za słowa

18.07.2018

Od Vivienne

Vivienne, z powodu braku lepszych rzeczy do robienia postanowiła wybrać się dzisiaj w najróżniejsze tereny, nie miała jednak konkretnego planu i postanowiła pójść tam, gdzie ją łapy poniosą. Od swojego domku do końca Litore nie brakowało jej dużo, szczęśliwa, bez zniesmaczonego wyrazu twarzy postanowiła opuścić jego mury i gdzieś, po prostu gdzieś, powędrować. Czuła zapach świeżego powietrza i wolności, wiatr szarpał i rozrywał delikatnie końcówki jej sierści, dając przyjemne ukojenie. Westchnęła. Wybrała losową stronę, z wyraźnym zadowoleniem i radością z chwilowej samotności. Przyspieszyła kroku, ale po chwili go zwolniła. Nie wiedziała, co ją czeka i szczerze, wolała zachować swoje siły na awyryjną sytuacje. Słońce już powoli zachodziło, niemalże całkowicie zachodząc za horyzont. Za niedługo nieboskłon będzie obfity w niebo nocne. Vivienne zastanawiała się, czy "uciec" z własnego domu, ponownie nocując pod gołym niebem, czy przestać dziwaczyć i spać w swoim domku. Po chwili namysłu wybrała to drugie, szczerze, tęskniła za ciepłym kocem, za przyjemnym, niegłośnym tykaniem zegara. Ostatnio coraz więcej spała na dworze, postanowiła zrobić sobie od tego przerwę. Niekoniecznie dużą, nie wiedziała, jak długa będzie ów przerwa.
 Po chwili ziemię zaczęła zdobić dość długa trawa, w której można było na pewno znaleźć pierdyliard robactw i roślin, jednakże niezbyt się tym przejmowała. Nie spoglądała pod łapy, wolała się nie upewniać. Trawa zaczęła mocniej szeleścić, wiatr zaczął wiać mocniej, a słońce naprawdę zaczynało się chować. Zrobiło się jakby zimniej, o wiele zimniej. Przednia łapa suczki niechcący wpadła do jakiegoś zbiornika wody. Gdy tylko to poczuła, automatycznie cofnęła łapę. Znajdowała się właśnie na bagnach, a była tak zawzięta, że nie widziała końca drogi. Ale cóż, znalazła się na bagnach. Wpatrywała się w taflę brudnawej wody. Nagle, z tej brudnej, zamglonej wody zaczęło wynurzać się dość masywne cielsko. Uderzająco przypominało wydrę, ale Vivienne nie miała całkowitej pewności, czy to właśnie to zwierzę. Miało monstrualne zębiska i wpatrywało się w białą z furią. Długo nie czekając, rzuciło się na nią. Kłapnęło ostro zębami.
- O ty kur... - zaczęła, ale nie dokończyła, bo w tej chwili potwór wyszedł z wody i zaczął atak. Suczka cofnęła się o krok. Miała w namyśle uciec, jednak tego nie zrobiła. Dziad ją wnerwił. Chyba pora coś zabić. Wrogo wyszczerzyła zęby, próbując wzbudzić w nim strach. Moczarnik nic sobie z tego nie robił, próbował ją ugryźć, jednak ona mu się nie dała. Złapała go za ogon, a ten wykorzystał sytuację, próbując ją ugryźć. Na marnę. Przygwoździła jego łeb do ziemi, próbując go zgnieść. Niestety, na nic. Potwór tracił powoli siły. Vivienne postanowiła to wykorzystać. Jednym ruchem złapała go za szyję, ciągnąc i rwąc na kawałki... I jej się udało. Strzeliła martwe ciało moczarnika na ziemię. Oblizała swoje zęby. Kapała z nich krew stwora. Zostawiła martwe ciało i odeszła w swoją stronę. Wtem, dostrzegła nieznajomego psa, który najwidoczniej obserwował całą bójkę.

Ktoś? :3
461 słowa -> 20 ೧ 

16.07.2018

Od Vivienne - do Lady

 Księżyc świecił, gwiazdy migotały. W Eos panowała właśnie noc, piękna, zniewalająca, gwieździste niebo dodawało mu tego czegoś, czegoś, co czyniło każdą noc wyjątkową, czegoś, co ratowało tę noc od całkowitej prostoty. Vivienne przeciągnęła się, ziewając. Obiecała sobie, że ją prześpi, ale szczerze, nie do końca złamała tą obietnicę. Poszła spać stosunkowo wcześnie, przenocowała pod gołym niebem od godziny dwudziestej drugiej, jednakże z bliżej nieznanych jej powodów obudziła się o w pół do czwartej w nocy i nie wyczuwała żadnych oznak zaspania czy zmęczenia, przy czym postanowiła zerwać się na równe nogi i pospacerować po jeszcze nieznanych terenach Eos. Bacznie obserwowała księżyc, który w miarę upływu czasu coraz bardziej opadał na dół, jakby starał się gdzieś schować. Biała suczka nie chciała, by nagle wyskoczyło słońce, ze swoimi rażącymi w oczy promieniami, cisza nocna pozwalała jej się zrelaksować, dodawała suczce otuchy. Cóż, nie zawsze można jednak nazwać to ciszą, bowiem te dziwne odgłosy robactwa w trawie... Szczerze, nie wyobrażała sobie bez tego prawdziwej nocy. Bez tego, jak i oczywiście chłodnego wiaterku, delikatnie rozwiewującego jej śnieżnobiałe futerko. Uwielbiała nocne klimaty, co z tego, że zazwyczaj przesypiała te noce, cieszyła się z chwili samotności, co nie zmienia faktu, że właściwie cały czas spędzała tylko ze sobą. Nie gardziła towarzystwem, jednakże trudno jej było zawierać nowe przyjaźnie, oraz niezbyt ją to pociągało.
 Chodziła, uważnie podziwiając każdy kawałek horyzontu. Przycupnęła przy niewielkim, młodym dębie, kładąc się na ziemi brzuchem do góry i dokładnie podziwiając gwiazdy. Szukała jakiegoś fascynującego łączenia białych kulek, ciekawego gwiazdozbioru. Jeden wyglądał jak taki wielki kwiatek z takimi długimi liściami, a drugi, który wpadł jej w oko bardzo przypominał królika. Miała teraz ochotę wstać i wyruszyć, ale nagle, znienacka, jakby kompletnie znikąd pojawiło się cholerne zmęczenie i oczy zaczęły jej się kleić. Powieki opadły powoli w dół, ona poddawała się temu powoli i z wielką niechęcią. Miała wrażenie że zaraz wstanie, ale wszystko na nic, zaczęła zasypiać, aż wreszcie usnęła pod drzewem.

 Była godzina w pół do dziewiątej. Vivienne powoli wstała z ziemi, ziewając. Poranki są zawsze najgorsze, jesteś zaspany i wszystko musisz ogarniać, jesteś zmęczony, nie masz ochoty robić niczego, tylko jeszcze chwilę spać, jeszcze chwilę leżeć... Śnieżnobiała suczka zaczęła szwędać się w poszukiwaniu jedzenia, ale przypomniała sobie, ano, tak, tutaj sam musisz sobie obiad złapać, później zabić, a później... No. później tylko zjeść. Naprawdę, nie miała na to najmniejszej ochoty, ale życie jej uświadomiło, że musi jeść, inaczej zginie, jej instynkt przetrwania nakazywał jej natychmiast znaleźć sobie pożywienie. Była głodna, ale bez przesady. Otrzepała się i pobiegła w stronę lasu. Tam można znaleźć chociażby królika, o ile nie większe, lepsze zwierzę. Zawsze coś gdzieś się w tym lesie szwęda, a mieszkańcy Eos śmiało to wykorzystują. Jej uwagę przykuła młoda, młodziutka sarenka, którą oczywiście upoluje. Jadła sobie liście, wesoło, zupełnie nieświadome niczego zwierzę jadło rośliny, a groźny drapieżnik, Vivienne, zje sobie roślinożercę, przepraszam, sarenko, ale musisz zginąć, aby suczka mogła żyć, więc albo przygotuj sobie porządny plan ucieczki, albo umieraj. Zwierzę długo sobie jeszcze nie pożyło. Suczka wbiła ostre żeby w jego kark, zatapiając je mocniej, mocniej i mocniej, niszcząc i rozrywając wszystko, co stanie na ich drodze. Zwierze zaczęło ostro kopać, jednakże suczka leżała na jego karku, więc kopyta sarny nie stanowiły dla niej zagrożenia. Zwierzę zaczynało tracić siły, upadło na ziemię i było całkowicie bezbronne, gdy tylko suczka wbiła kły w jego krtań, umarło w kilkanaście sekund, rycząc z bólu. Vivienne nie żałowała posiłku, chociaż sarna stanowiła bardzo dużą zdobycz i nie zjadła całej. Resztki zostawiła na ziemi, było tego mięsa naprawdę niedużo, raz w życiu postanowiła, że podzieli się z innymi. Odeszła od tego mięsa i poczuła, jak z każdym krokiem czuje się mniej zmęczona i będzie gotowa na dzienne wyzwania. Innymi słowy, zaczęły wracać do niej siły, jednakże w tej chwili, o dziwo uznała za głupie siedzenie w lesie i patrzenie na ofiarę, przez co zdziwiła samą siebie. Zaczęła oddalać się z lasu, mocno wciskając łapy w podłoże. Z nieopanowej nudy chciała zostawić ślady i się nim przyglądać, ale uznała to za zajęcie bardzo głupie i na dodatek nudne. Cały czas myślała, co teraz zrobić, jednak w ostateczności pobiegła do miasteczka Litore. Chcąc, czy też nie, teoretycznie miała tam swój dom i pracowicie tam mieszkała. Drzwi lekko skrzypiły, gdy je otworzyła, na szczęście nie było to poważne uszkodzenie. Przez jakiś czas wpatrywała się w sufit, starając się znaleźć jakieś zajęcie. Odkąd się obudziła ten dzień przemijał trochę nudnawo, ale zegarek wskazywał dopiero jedenastą godzinę. Westchnęła i usiadła na kanapie, z której w późniejszym czasie zeszła. Opuściła domek. Miała nadzieję, że spotka tego aussie i może trochę z nim porozmawia, no bo jakby na to nie patrzeć, teraz ta samotność była wręcz nudna i głupia, a do psa nie żywiła ani odrazy, ani nienawiści. Drzwi lekko trzasnęły i zaskrzypiały, postanowiła, że kiedyś je naoliwi, ale nie wiedziała, jak to się robi. Wychodząc zupełnie nie patrzyła przed siebie, nagle, poczuła gorące uderzenie puchu, a już po chwili zauważyła tuż przed sobą czarną suczkę, która gwałtownie się cofnęła. Biała położyła uszy na sobie, dając wyraźny okaz zaniepokojenia. Nieznajoma otworzyła lekko pyszczek, jakby chciała coś powiedzieć, ale po chwili go zamknęła. Dwie suczki wpatrywały się w siebie, jedna, o imieniu Vivienne, a druga, jeszcze nieznana nam bohaterka miała o wiele łagodniejsze spojrzenie i starała się lekko opanować sytuacje. Biała suczka to zauważyła. Lekko i niepewnie zaczęła podnosić uszy do góry, nie przesadzając już z tą całą agresją.
— Umm... Przepraszam, nie zauważyłam cię — odrzekła czarna suczka. Biała zaś starała się uśmiechnąć, jednak nie potrafiła robić tego sztucznie. Wiedziała, jak dziwnie teraz wygląda, ale czarna jakoś nie wydawała być się tym jakoś bardzo przejęta.
— Nie, to ja przepraszam, nie uważałam — Vivienne ciężko przechodziło przez gardło to zdanie, nie miała zbytnio ochoty przepraszać za cokolwiek.
 Obie stały bezczynnie, w końcu biała suczka chciała się wycofać, jednak z oddali widać było sylwetkę biegnącego psa. Pewnie jej przyjaciel albo partner, ale jakoś nie zaprzątała sobie tym głowy. Pies przybiegł, stając koło nieznajomej. Vivienne cofnęła się do tyłu.
— Lady, co tu się dzieje?

<Lady?>
Równe 1000 słów -> 50 ౧ + 10 ౧ za słowa + Polowanie - 5 PU.

15.07.2018

Od Vivienne - CD. Horusa

 Ni stąd, ni zowąd, oczy Vivienne na nowo dostrzegły twarz psa, dokładnie tak, jakby był jedynym osobnikiem w sforze. Wpatrywał się w nią z pogodnym wyrazem twarzy, po chwili spytał białej suczki, czy jeszcze nikogo nie zjadła. O dziwo nie zaczęła arogancko prychać i fuczeć, ba, nawet udało jej się uśmiechnąć. Nie był to jednak sztuczny, wymuszony uśmiech, to było coś szczerego, coś sprawiło, że nie czuła już do niego takiej odrazy i czuła, że pies, którego od jakiegoś czasu znała może w przyszłości okazać się dobrym znajomym, a czasem nawet i przyjacielem. Nie, nie czuła póki co żadnych oznak przyjaźni, jednakże brak jakiejkolwiek, chociażby najmniejszej więzi pomiędzy nią, a psem byłby kłamstwem, zwyczajnym kłamstwem, a póki co określała to jako niepewną znajomość. Kwiat przyjaźni dopiero kwitnie, może jednak szybko zwiędnąć, jeżeli się o niego nie zadba.
— Nie, jeszcze nikogo nie zjadłam — odpowiedź, a raczej ton tej wypowiedzi miał emitować śmiech, jednakże niezbyt jej to wyszło, problem tkwi w tym, że nie potrafiła sztucznie zachowywać się przy jakiejkolwiek osobie. Udało jej się pojechać konnym zaprzęgiem razem z psem, przez większość czasu milczała, ale szybko, jak z automatu odpowiadała na wszelkie pytania psa, a to nie wszystko, raz nawet udało jej się porządnie rozkręcić rozmowę z psem, wydawała jakoś nic nie robić sobie z tego, że woźnica słyszy każde ich słowo, a w jego głowie może teraz szaleć burza krytyki tych tekstów i różne myśli na temat tej rozmowy. Vivienne wkrótce wysiadła, zostawiając psa. Chciała tak naprawdę popolować, a pies wydawał się mieć skwaszoną minę, gdy tylko wysiadła. Zrobiło jej się trochę żal, gdyż jego towarzystwo o dziwo niezbyt jej przeszkadzało, ale jej brzuch ściskał głód, a jej oczy chciały natychmiast zobaczyć ślady krwi na trawie, jej kubki smakowe marzyły o skosztowaniu ciepłego mięsa bezbronnej zwierzyny, chciała po prostu coś zabić i zjeść. Różnego rodzaju liście szeleściły pod jej łapami, co w jakimś stopniu utrudniłoby jej dostanie się do zwierzyny. Starała się coś z tym zrobić, jednakże każdy ruch łapy kończył się szelestem, wkurzona suczka zamachnęła się łapą i wyrzuciła całą ściółkę w powietrze, groźnie kłapiąc zębami. Nie zrezygnowała jednak z polowania, była głodna, a jej dziwne nawyki dodatkowo zachęcały do polowania. Jej oczy odnalazły królika, małego, bezbronnego, idealnego do zjedzenia, zaczęła się skradać i próbować nie hałasować, jednak jej łapa stanęła w złym miejscu. Zwierzę pokicało, zrobiło kilka skoków, jednak chwilę później jego głupi rozum uznał, że zagrożenie minęło i zaczęło... Właściwie, to co to uszaste stworzenie robiło? Jakoś niezbyt wiedziała oraz niezbyt ją to interesowało, ten dziad stoi niżej w łańcuchu pokarmowym, musiał umrzeć, żeby drugi mógł żyć. Biała kilka razy zastanawiała się, jak może czuć się umierająca osoba, ale po chwili zawsze jakaś myśl wyrywała ją spośród tych dziwnych rozmyślań. Jej tylne kończyny z wielką siłą odbiły się od ziemi, niczym jeden wielki, psowaty, śnieżnobiały królik. Leciała w jego stronę, a wszystko to działo się tak szybko, że nie zdarzył jej uciec. Wbiła pazury w jego kark, a on zaczął miotać się we wszystkie strony i piszczeć. Im głębiej wtykała pazury, tym bardziej próbował się bronić. Na marnę. Skrawek trawy był przepełniony krwią, a królik leżał nieżywy. Uszy suczki automatycznie położyły się na szyi, gdy usłyszała szelest krzaków. Rozluźniła się dopiero wtedy, gdy zobaczyła znajomą twarz i ciągły figlarny uśmieszek na owej twarzy. To był ten pies, ten, którego właśnie przed chwilą zostawiła w zaprzęgu.
— O mój... Naprawdę, niezła akcja — przyznał. Suczka poczuła napływ dumy. Lekko się uśmiechnęła, i sama sobie musiała przyznać, że to jedna z tych lepszych, jak to pies nazwał, akcji.

<Horus?>
590 słów → 25 ೧ | Polowanie → 5 PU

15.06.2018

Od Vivienne - CD. Horusa

Vivienne, podczas najzwyklejszej nieuwagi jej towarzysza zaczęła iść wydeptaną dróżką prowadzącą do miasteczka. Wiedziała, że owczarek nie szedł za nią, postanowiła więc z tego skorzystać i chociaż na chwilę uciec od towarzystwa. To, co jeszcze parę minut temu miało tu miejsce, działo się w tak szybkim tempie, że biała suczka wciąż nie była w pełni świadoma tego, co się tu wydarzyło. Czyżby czuła do psa tę przyjacielską więź... Co się z nią tak właściwie działo? Momentami miała ochotę przywalić mu z całej siły, a czasami zawrzeć przyjscielski sojusz. Te dwie opcje wciąż się ze sobą biły, a w mózgu suczki właśnie odbywał się jakiś dziwny rytuał, który chyba nazywał się procesem myśleniowym. Zbyt bardzo ją jednak pochłonął, w tym stopniu, że całkowicie odcięło jej oczy od mózgu. Zapatrzyła się, a niespełna trzysta metrów od miasteczka wpadła do jakiegoś rowu, czy dziury wykopanej w ciągu jakichś dziwnych prac, lub specjalnie, by kogoś sprankować, a osobą, która miała się nabrać, była Vivienne. Zaczęła krzyczeć i drzeć się na całe gardło, co miało na celu prośbę o pomoc. W tym wypadku zachowała się bezczelnie, mało w których przypadkach ona popisywała się bohaterstwem, w większości przypadków zostawiła poszkodowanego na pastwę losu. W kilka chwil nadbiegł ten cały Horus, który wydawał się być zaciekawiony i Vivienne czuła, że zależy mu na przyjaźni. Jej zdanie? Nie zbyt mu przeszkadza, okazał się być spoko, ale... Nie. Nie są przyjaciółmi.
- Fajnie tam na dole? - Zażartował. Suczka prychnęła arogancko. Pies postanowił mimo jej fochów jej pomóc, nie pytając o zdanie. Tak, szybko poszło, ale teraz zawitał nowy problem - nad ich głowami zaczęło latać kilka dziwnych stworzeń przypominających lekko ptaki, tylko, że miały monstrualne zęby oraz pazury. Jako nowa mieszkanka Eos Vivienne dość łatwo je zlekceważyła, jednak Hours był jak najbardziej przeciwko temu.
- Ghule... - Wyszeptał.
- Że co?
- No ghule! - Vivienne dalej nie znała znaczenia tego dziwnego słowa. Widziała w oczach psa jakąś dziwną rzecz, lęk i strach, który najwidoczniej sama powinna czuć, nie wiedziała jednak, dlaczego. Popatrzyła na te dziwne stworzenia, jej towarzysz starał się jednego zabić.
- Skoro jesteś taka twarda i groźna, to dawaj, pomóż mi, zamiast bezczynnie stać! - te słowa nie pozostawiały śnieżnobiałej innego wyjścia. Zabije te ptaszki, skoro są podobno niebezpieczne. Usilnie próbowała złapać jednego, powalić i zabić.

Hoorus? Krótkie, wiem :v

| 381 słów → 15೧ |

14.06.2018

Od Vivienne - CD. Horusa

Nie potrafiła w tej chwili odejść, odpuścić, czy zostać nagle potulnym barankiem, jak gdyby nigdy nic. Jej niebieskie oczy otoczone grubą, mocno czarną warstwą jakiegoś rodzaju skóry, której nazwa jakoś popłynęła w dal jej mózgu, a śnieżnobiała suczka patrzyła nimi na nieznajomego z falą furii i nienawiści. Raz po raz stawiała uszy i szczerzyła zęby, a na każdą próbę rozmowy z psem odpowiadała gorzkim wulgaryzmem, mającym na celu wzbudzenia u tego paplaka szacunku. Czuła się lekko zagubiona, ale także niesamowicie pewna siebie, gotowa w każdej chwili wypruć owemu psu flaki i pożywić się jego ciepłym mięsem.
- Czy odpowiesz na którykolwiek z moich pytań, czy za każdym razem będziesz odpowiadała sarkazmem i pokazywała, że masz mnie gdzieś? - Spytał. Dość ostro, bo w całym cyklu życiowym suczki nie spotkała jeszcze takiego psa. Coś w nim było: nie coś, za co czuła do niego jakąś przyjaźń, bo o tym można chyba zapomnieć. Ten tupet, śmiałość, nie bał się jej dowalić, pokazać, że on również jest czegoś wart i nie pozwolił robić z siebie popychadła.
- Mówiłam ci już, spierdzielaj, nie pokazuj mi się na oczy - powiedziała, lekko schylając łeb w stronę ziemi. Psowi widocznie to odpowiadało. Jednym ruchem rzucił się na nią, a wyglądało to tak, jakby to Vivienne zawładnęła ów psem, robiąc z niego sadystę. Jednym ruchem uniknęła jego ostrych zębów. Próbowała rozedrzeć jego ogon, jednak zamiast tego, przez przypadek wpadła w drzewo. Gdy ta leżała osłabiona, pies wykorzystał tę sytuację i powalił ją na ziemię. Zwierzęta chwilę wpatrywały się w siebie. Biała suczka próbowała go ugryźć, jednak ten na to nie pozwolił. Unieruchomił jej pyszczek i zaczął ją lekko podgryzać, by wzbudzić w niej odrobinę lęku, strachu i szacunku. Na atak jego zębów, nie mocnych i niezbyt niebezpiecznych zareagowała odrzuceniem go, całymi siłami kopiąc go w brzuch. Bezskutecznie.
- Dobra, dobra, tyle! Przepraszam! - odpowiedziała, nieco przerażona. Nie wiedziała kompletnie, jak zareagować. Pies zszedł z niej, a ona natychmiastowo się cofnęła. Pokazała mu język, w stu procentach pokazując mu, co o nim myśli. Po chwilę jakby wstąpił w nią dobry duch.
- Nieźle walczysz - przyznała. Próbowała się uśmiechnąć, jednak nie potrafiła. Ta niezręczna sytuacja zawładnęła nią w tym stopniu, że nie potrafiła teraz zachowywać się, jak gdyby nigdy nic.
- Nazywam się Horus - burknął. Suczkę zdziwił nagły obrót całej sytuacji. W tej chwili powinna chyba podać swoje imię... Prawda?
- Barbarus Rabarbarus Mikus Tyłkikus, bardzo mi nie... To znaczy. Miło. Tak, miło - wyjąkała. Pies nie potrafił powstrzymać się od śmiechu. Vivienne popatrzyła na niego srogo.
- A jak serio masz na imię? - zaczął, wciąż zrywając boki że śmiechu. Suczka westchnęła. Może jeden raz w życiu będzie coś warta.
- Nazywam się Vivienne. Vivienne. Nie skracaj tego, nigdy, tak mam na imię i tak mnie nazywaj - odpowiedziała, z nieco większa nutą wyrozumiałości. Popatrzyła na psa, który mierzył ją wzrokiem, jakby robił jej jakieś dziwnego rodzaju testy. Gdy lekko, aczkolwiek niepewnie się uśmiechnął, poczuła, że zaliczyła test. Vivienne jakoś niezbyt nazywała go przyjacielem, ale czuła, że nagle nie rzuci jej nożem w gardło. Czy może mu zaufać...? Postanowiła go sprawdzić. W razie niebezpieczeństwa, będzie potrafiła się obronić.
Skoczyła na psa, jakby do ataku, jednak zęby miała schowane. Wysunie je tylko w razie niebezpieczeństwa.
- Ha, ja nie jestem leszczem! Co mi teraz zrobisz? - Triumfowała. Myślała, że jednak pomyliła się z faktem, iż jest to silny pies. Ten jednak odwrócił bieg całej sytuacji i poraz kolejny przycisnął ją do ziemi. Poczuła się nieco ośmieszona.
- Co ja ci zrobię? Oj, mógłbym cię nawet zabić... - Nie czuła jednak, że za chwilę się na nią rzuci. Nie robił tego i nie wyglądał na taką sadystkę jak suczka.
- Zabić... Ale nie zabijesz. Prócz tego, nic mi nie zrobisz - prychnęła arogancko. Ten jednak nic jej nie robił, tylko dalej przygważdżał białą do ziemii, ale ona nie czuła jakoś faktu, że coś, prócz śmierci jej zagraża. Miała nadzieję, że za chwilę z niej zejdzie. Ten jednak dalej nic nie robił, tylko starał się o to, żeby dalej nie mogła się ruszać. No bo... Co mógłby jej takiego strasznego zrobić? Miała teraz ogromną ochotę przywalić mu w japę, ale nie dała rady. Durniu, złaź ze mnie!

Horus? Róbta co chceta, tylko nie zabijaj Viv :c
| 698 słów → 30೧ |

12.06.2018

Od Vivienne - do Horusa

Wielki, świecący na niebie księżyc zapewniał w tej chwili jedyną ochronę przez całkowitą ciemnością. Jego promień odbijał się od skał i drzew, a każdemu przedmiotowi nadawał srebrny, jasny, aż rażący owym srebrem kolor. Wyglądało to tak, jakby w tych właśnie przedmiotach coś było - coś, nie zwykłe coś. Czy to właściwie możliwe, żeby drzewa świeciły? Czyżby Srebrny Glob chciał nas zmylić i ukryć fakt, iż całe światło płynie właśnie z jego tajemniczego źródła? Co tak właściwie powoduje jego niesamowite światło? Cóż to za siła, za moc, dzięki której to właśnie on, a nic innego pozwala nam ujrzeć końcówki swoich łap, gdy panuje kompletna ciemność? Chociaż, gdyby na to nie patrząc, nasz "Król" ma także pomocników. Gwiazdy. Vivienne była niezwykle ciekawa, co by się tak właściwie stało, gdyby z nocnego nieba usunąć wszystkie, maleńkie kuleczki światła, które upodobała sobie jako żywioł? Na pewno nie byłaby pewna tego widoku. Jeśli by teraz tak popatrzeć na tę sytuację, to... Nie. Niebo bez gwiazd to tak naprawdę nie niebo i chyba nie tylko dla samej Vivienne.
Zaczęła wychodzić z małej groty, w której miała okazję przenocować. Ów grota mieściła się w Heleho, nieco oddalona od domków zamieszkane przez psy, trudno było określić, czy miała bezpośredni kontakt z członkami, oraz, czy faktycznie tego chciała. Miała zadatki na prawdziwą introwetyczkę, której bodajże nikt nie zrozumie. Spójrzmy prawdzie w oczy - nie każdego interesuje każdy napotkany na drodze pies, nie będzie chodziła w zatłoczonej ulicy i każdemu możliwemu wmawiała "Cześć, jestem Vivienne! Zostaniemy przyjaciółmi?". Logiczne? Logiczne!
Przeciągnęła się, ziewając wydała dziwny, podobny do wzdychania dźwięk, tyle, że o wiele głębszy i dłuższy. Zaczęła zastanawiać się po chwili nad opuszczeniem jaskini i udaniu się na nocną przechadzkę po terenach Eos. Bądźmy szczerzy, nie była specjalne zmęczona, wręcz przeciwnie! Czuła niezaspokojone pragnienie rozprostowania nóg i ucieczki w nieznane jak dotąd tereny. Odkąd tu dotarła, odkąd wszystko jest takie inne, takie nowe... Ma ochotę zmienić się na lepszą. Problem tkwi w tym, że po prostu nie potrafi. Gdyby tak na nią spojrzeć, zaglądać głęboko w jej niebieskie, wielkie oczy, suczka nie może ukryć wielkiej samotności. Czasami dotyka ją to w tym stopniu, że miewała chęci zawarcia znajomości, jednak gdy jest się właśnie tą suczką, to wydaje się niemożliwe.
Szum wiatru i dziwny dźwięk, jaki wydawały świerszcze... Jak by to nazwać? Białej suczce czasami przychodziło do głowy, jak nazwać ten dźwięk, jednak już po chwili wypadało to z głowy jak kamień. Chwilami wracało, jakby sprawdzało, czy Vivienne ma się dobrze, ale okazywało się być jej obojętne, bo już po chwili uciekało jak najdalej. Świerszcze jednak były nocną podstawą dźwiękową, a z tego, co suczka zapamiętała, właśnie ten dźwięk psy określały jako pustkę, ciszę.
Jej uszy zaczęły kłaść się po grzbiecie, który czuł, jak dotykają go płatki uszu. Tu ktoś jest. Suczka wstała, gotowa do wszelkiej reakcji, jakakolwiek by ona była. Jej oczy śledziły uważnie każdą część horyzontu, nie wyłączając nieba, na wypadek, gdyby napastnik okazał się być latającym stworzeniem. Gdy biała suczka miała już ignorować każdy szept uważając, że nic jej już nie grozi, usłyszała szelest krzaków i łamanie gałązki. Od razu wiedziała, co się święci. Nie jest tu sama.
Odwróciła wzrok i spostrzegła drugiego psa. Na pierwszy rzut oka wyglądał jej na płeć męska, dokładniejsze wytyczne to samiec, border collie. Vivienne natychmiast położyła uszy na sobie, próbując odruchowo nie wystawiać zębów. Chciała siać strach i panikę. W jej głowie nie mogło zabraknąć psychopatycznych pomysłów. Nie wiedziała, co nagle ją trafiło, pierwszą napotkaną przez suczkę osobą, która pozornie wydaje się przyjazna nazywać potencjalną ofiarę. Jej wyraz twarzy nie wskazywał na jakieś wielkie zaniepokojenie, oprócz jej fizycznego nastawienia do samca. Bowiem w jej mózgu szalała straszliwa burza. Niestety. Sadyzm wygrał.
Vivienne natychmiastowo rzuciła się na psa, próbując chociażby go ugryźć. Była zdeterminowana i chciała przynajmniej wzbudzić w nim szacunek. Szacunek? To coś bowiem śmie nazywać szacunkiem? Czy to może jedna, wielka, niewyleczona psychoza, dzięki której nigdy nie będzie normalna? Pies uciekał. Był najzwyczajniej w świecie wystraszony, ale biała suczka pragnęła zatopić kły w jego boku, szyi, bądź gardle. Wszystko to działo się bardzo szybko, a Vivienne nie była w pełni świadoma tego, co robi. Dlaczego właściwie go goni? Czyżby ten jeden, wielki, paskudny sadyzm już w stu procentach przejął kontrolę nad mózgiem pozornie nieszkodliwej suczki? Zwolniła. "Co ja robię...?". Obróciła głowę w drugą stronę, a pies zniknął z jej pola widzenia. Chwilę później zniknął, przepadł, niczym kamień w wodzie. Vivienne przez chwilę żałowała tego, że odpuściła. Ale po chwili zdała sobie sprawę, że pewne rzeczy powinno się ograniczać, a nie pierwszą lepszą osobę traktować, jakby była powietrzem. Powietrzem - niby niczego nie wartym, jednak po części bez owego powietrza nie da się żyć.

Horus?
| 771 słów → 35 ೧ |

Powitajmy Vivienne!

Powitajmy nową suczkę w sforze!
Vivienne to trzyletni Husky Syberyjski. Postanowiła objąć stanowisko wojownika.
Podczas wizyty u Wyroczni poznała swój żywioł - gwiazdy.
Teraz zostanie oprowadzona po terenach sfory przez Przewodnika.

Chcę poznać ją lepiej!